Warszawskie „oszczędności”

Warszawskie „oszczędności”

W Warszawie oszczędzać muszą przede wszystkim jej mieszkańcy, podwyżek nie brakuje. Miasto sprzedaje za to (taniej) Stołeczne Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej.

„SPEC zarządza największym systemem ciepłowniczym w Unii Europejskiej” – pisze w „Naszym Dzienniku” Jakub M. Opara. Jak zaznacza: „to jeden z największych dostawców ciepła na świecie. Szczyci się świetnymi wynikami finansowymi: w 2009 r. blisko 1,3 mld zł przychodów netto, zysk netto na poziomie 36 mln zł, roczne wydatki na inwestycje – od 140 do 150 mln złotych. Sprzedawanie kury znoszącej złote jajka teoretycznie powinno być wbrew biznesowemu abecadłu i logice, niestety, ratusz już podjął decyzję, umieszczając w planie budżetu dochody z prywatyzacji na poziomie 750 mln złotych. Jest to o tyle dziwne, że wstępna analiza wartości przedsiębiorstwa oscylowała w granicach 1,5 mld złotych. Jedyną nadzieją na powstrzymanie tej sprzedaży pozostaje wniosek warszawskiego PiS o przeprowadzenie referendum wśród mieszkańców Warszawy, w którym mogliby wypowiedzieć się w kwestii, która ich bezpośrednio dotyczy”.

Od siebie dodamy, że neoliberalna logika nie od dziś uczy robienia „oszczędności” (via prywatyzacja) tam, gdzie mądrze gospodarująca władza mogłaby zdobywać środki przeznaczane „dla dobra wspólnego”. Ale tych zawsze lepiej poszukać w kieszeni obywateli, zwłaszcza gorzej sytuowanych.

Szczegóły akcji przeciw prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej – na jej stronie. Do końca zbierania podpisów przeciw prywatyzacji SPEC pozostały niecałe dwa dni.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

System zawodzi

System zawodzi

Samorządową pomoc dla lokalnych rynków pracy można  nazwać „pułapką systemową” – uważa Jacek Męcina, specjalista rynku pracy, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych.

Jak twierdzi: – Mamy powiatowe urzędy pracy i analizujemy rynki pracy z perspektywy powiatu, a te jednostki samorządowe mają znacznie mniej możliwości pozyskiwania inwestorów niż władze regionalne czy gminne. Ich wpływ na możliwość poprawy sytuacji na rynku pracy jest dość ograniczony w porównaniu z innymi szczeblami samorządowymi.

Pod koniec maja – informuje „Rzeczpospolita” – stopa bezrobocia w żadnym województwie nie przekroczyła 20 proc., jednak w 11 regionach jest ponad 80 powiatów, gdzie bez pracy (oficjalnie, w rejestrach urzędów pracy) jest przynajmniej co piąty dorosły mieszkaniec. Ale są też takie, gdzie jest to ponad 30 proc. Są to z reguły powiaty ze sobą graniczące, tak że tworzą „wyspy” wysokiego bezrobocia, a utrzymuje się ono od lat.

Powiaty przygraniczne stają się powoli terenami peryferyjnymi. Już nie tylko Polski, ale też Unii Europejskiej – zauważa Jacek Protas, marszałek województwa warmińsko-mazurskiego. Zdaniem marszałka władze samorządowe mogą łagodzić skutki bezrobocia, ale nie są kreatorami  aktywnej polityki, ta należy do gmin. Tereny przygraniczne potrzebują wsparcia władzy centralnej. Mazurskie władze regionalne  starają się o wprowadzenie małego ruchu przygranicznego, tak by Warmia i Mazury stały się terenami turystycznymi także dla Rosjan.

Część władz samorządowych uznaje, że najskuteczniejszą formą wspierania rozwoju lokalnych rynków pracy jest tworzenie specjalnych stref ekonomicznych.

Maciej Bukowski, szef Instytutu Badań  Strukturalnych, zwraca uwagę, że władze powiatowe czasem zbyt dużą wagę przywiązują do efektów statystycznych i bieżącego zmniejszenia stopy bezrobocia niż do rozwiązywania problemów na rynku pracy.

Zdaniem Bogdana Pochodaja, wicestarosty powiatu braniewskiego (ponad 30-proc. bezrobocie) trudno prowadzić skuteczną politykę na rynku pracy, gdy o 70 proc. zostały zmniejszone kwoty, jakimi dysponują powiatowe urzędy pracy na aktywną pomoc.

Brak jest także często spójności pomiędzy programami wsparcia rynku pracy na różnych szczeblach władzy samorządowej i rządowej.

Bez pracy, bez płacy

Bez pracy, bez płacy

Pracodawcy zwalniają niepełnosprawnych emerytów, zmieniają im warunki zatrudnienia, bo do ich pensji nie otrzymują dofinansowania z PFRON.

Od 1 marca firmy, które zatrudniają niepełnosprawnych emerytów, otrzymują z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) dofinansowanie do ich pensji tylko wtedy, gdy podwładni mają orzeczony znaczny stopień niepełnosprawności. Dopłaty stracili emeryci z umiarkowanym lub lekkim stopniem niepełnosprawności – informuje dziennik „Gazeta Prawna”.

Nie przedłużyliśmy umów z emerytami zatrudnionymi na czas określony – przyznaje Ewa Dziki z firmy Domena Sp. z o.o., która jest zakładem pracy chronionej. Jak wyjaśnia, dofinansowanie do pensji pozwalało częściowo rekompensować koszty związane z zatrudnieniem niepełnosprawnego pracownika, m.in. zapewnienia mu opieki medycznej i krótszego czasu pracy.

Część firm zdecydowała się na zmianę formy zatrudnienia emerytów. – Niektórym pracownikom zaproponowaliśmy przejście na umowy-zlecenia – wyjaśnia Joanna Ziuzia ze Stekop SA.

Edyta Sieradzka, wiceprezes Ogólnopolskiej Bazy Pracodawców Osób Niepełnosprawnych, wyjaśnia jednak, że niektórzy pracodawcy nie decydują się na zwolnienia emerytów z lekkim lub umiarkowanym stopniem niepełnosprawności, aby nie tracić innych uprawnień. – Wielu niepełnosprawnych dalej pracuje na etacie, bo zatrudnienie nowej osoby nie daje gwarancji otrzymania dofinansowania – mówi.

___

Polecamy także naszą rozmowę z Moniką Bugajewską-Tykarską, „Zakłady pracy niechronionej”.

Jest biedniej

Jest biedniej

30 proc. gospodarstw domowych w Polsce ucierpiało w wyniku globalnego kryzysu finansowego z lat 2008-09. Kryzys nie wszystkim grupom społecznym dał się we znaki w równym stopniu, informuje „Life in Transition”.

Raport opublikowany przez Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOR) stwierdza, że w Polsce kryzys najbardziej uderzył w osoby w średnim wieku o niskich przychodach. Podobnie jak w innych państwach, wyraził się on w spadku przychodów. Obronną ręką wyszła 1/3 społeczeństwa, której materialnie powodzi się dobrze. W tej grupie kryzys odczuło tylko 13 proc. osób. Podstawą raportu są badania ankietowe przeprowadzone z końcem 2010 r.

Polskie społeczeństwo podzielono w nich pod kątem przychodów na trzy grupy równej wielkości: o wysokich, średnich i niskich przychodach. Polacy należą do najbardziej zadowolonych w grupie 29 państw, w których działa bank. 56 proc. ankietowanych deklaruje zadowolenie z życia, wobec średnio 43 proc. we wszystkich państwach działania Banku i 72 proc. w Europie Zachodniej. W porównaniu z poprzednim raportem LiT z 2006 r., zadowolonych jest o 5 pkt proc. więcej. Najmniej zadowolona jest grupa osób o najniższych przychodach. W grupie najlepiej sytuowanych zadowolenie deklaruje 3/4 ankietowanych.

Ponad połowa wszystkich respondentów twierdzi, że ich dzieciom będzie się powodzić lepiej niż im samym. O ile poziom optymizmu w tym względzie wśród osób, którym powodzi się dobrze jest taki sam, co przed czterema laty, o tyle wśród zarabiających najmniej przyrósł o 8 pkt proc. 30 proc. ogółu ankietowanych uważa, że gospodarka rynkowa jest najlepszym modelem gospodarki (spadek o 10 pkt proc. w porównaniu z 2006 r.). Mniej niż 50 proc. przekonane jest, iż demokracja w oczywisty sposób jest najlepszym systemem politycznym. Tak jak w innych dawnych państwach postkomunistycznych, większość Polaków sądzi jednak, iż połączenie gospodarki rynkowej i demokracji jest lepszym rozwiązaniem niż inne. Najbardziej negatywne wyobrażenie mają Polacy o systemie prawa i wymiarze sprawiedliwości.

Ponad połowa ankietowanych sądzi, że nie funkcjonują one jak powinny. Mniej niż 50 proc. przekonanych jest, że w Polsce działa silna polityczna opozycja, prawa mniejszości są przestrzegane, a sądownictwo chroni obywatela przed nadużyciami władzy. Najbardziej godnymi zaufania instytucjami życia publicznego w Polsce są wojsko i policja, a zaufanie do banków i zagranicznych inwestorów jest nawet wyższe niż w Europie Zachodniej. Ogólnie w ostatnich 4 latach wzrosło zaufanie do wszystkich instytucji publicznych, łącznie z politykami, Sejmem i partiami politycznymi. Raport EBOR-u odnotowuje też spadek tzw. społecznej percepcji nt. łapówkarstwa. W 2006 r. 16 proc. ankietowanych przekonanych było o tym, że problem ten występuje w służbie zdrowia. Obecnie jest to tylko 8 proc.