Komornicy u bram szpitali

Komornicy u bram szpitali

Zobowiązania szpitali publicznych rosną, a wraz z nimi z roku na rok przybywa coraz więcej zajęć komorniczych. Jak wynika z danych samorządu komorników, spraw prowadzonych przez nich w placówkach medycznych w 2009 roku było niecałe 2 tys., a w ubiegłym roku już o ponad 500 więcej. Tendencja wzrostowa utrzymuje się również w tym roku.

Podstawową przyczyną wzrostu zobowiązań szpitali jest niższa wartość kontraktów z NFZ. W latach 2008 – 2010 środki NFZ na leczenie szpitalne systematycznie rosły w granicach 4 – 5 proc. rocznie, zaś w tym roku wartość środków przeznaczonych na leczenie szpitalne uległa zmniejszeniu o około 10 proc. Dodatkowo, o tegoroczne kontrakty z funduszem ubiegało się znacznie więcej podmiotów prywatnych niż w latach poprzednich, co dodatkowo zmniejszyło pulę środków finansowych dostępnych dla publicznych placówek.

Obawy dostawców leków i sprzętu o płynność finansową szpitali spowodowały, że coraz częściej korzystają oni z usług komorników.

Do Samodzielnego Publicznego Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Chełmie w połowie sierpnia zgłosiło się naraz aż czterech komorników z różnych części kraju, a łączna wartość ich egzekucji przekroczyła pół miliona złotych. Szpital z dnia na dzień utracił płynność finansową. Zdaniem Roberta Lisa, dyrektora placówki, zajęcia komornicze w jego szpitalu mają związek z wejściem w życie 1 lipca ustawy o działalności leczniczej, która spowodowała panikę na rynku wierzytelności.

Nieuchronność przekształceń zadłużonych szpitali oraz możliwość ich upadłości powoduje strach wierzycieli, że nie odzyskają swoich należności – uważa Robert Lis.

W tej sytuacji trudniej niż dotychczas negocjuje się z wierzycielami oraz firmami, które zajmują się obsługą zobowiązań. Mariusz Jędrzejczak, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Zgierzu, twierdzi, że wierzyciele usztywnili swoje stanowisko i niełatwo jest wynegocjować rozłożenie płatności na raty lub odroczenie spłaty długów o kilka miesięcy.

Zajęcia komornicze w placówkach medycznych często uniemożliwiają przyjmowanie pacjentów i wypłaty pensji pracownikom. Jednak zadłużone szpitale są i tak lepiej chronione przed zajęciami niż jeszcze przed rokiem. Mogą bowiem wnioskować do sądu o zmniejszenie kosztów egzekucji ich wierzytelności przez komorników.

Od czerwca 2010 r. obowiązują nowe przepisy, zgodnie z którymi szpital może wystąpić do sądu o obniżenie kosztów egzekucji komorniczej. Dzięki temu więcej środków zostanie mu na leczenie czy wypłaty. Jednak czasami zdarza się, że i to nie wystarcza. Na decyzję sądu o obniżeniu opłat zakłady opieki zdrowotnej muszą czekać nieraz nawet pół roku, a sama procedura jest czasochłonna i wymaga poniesienia przez szpital sporych nakładów na obsługę prawną.

Nie byłoby tych kosztów, gdyby marże komornicze zostały odgórnie obniżone – na co nie zgadza się samorząd komorników, który w sierpniu 2010 r., czyli zaraz po tym, jak przepisy dające szpitalom możliwość obniżenia opłat weszły w życie, zaskarżył ich prawomocność do Trybunału Konstytucyjnego.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Hel(l)

Hel(l)

Półwysep Helski stał się jednym z niechlubnych przykładów do czego prowadzi agresywna turystyka, nastawiona na szybki zysk kosztem degradacji walorów przyrodniczych – alarmuje WWF Polska.

Organizacja właśnie opublikowała raport poświęcony problemowi wpływowi przemysłu turystycznego na ten rejon polskiego wybrzeża. Właściciele kempingów z Półwyspu nadal bezkarnie łamią prawo, natomiast przy aprobacie lokalnych władz dochodzi do promowania agresywnych form turystyki w miejscach, które nie powinny być celem masowych wycieczek.

Właściciele kempingów położonych na Półwyspie Helskim bezkarnie łamią prawo i niszczą środowisko. Jednym z głównych problemów przedstawionym w raporcie jest nadsypywanie piasku i rozbudowa kempingów od strony Zatoki Puckiej wbrew obowiązującym zakazom. Zmiany linii brzegowej kempingów, czyli nielegalne dosypanie terenu kosztem wód Zatoki, przy jednoczesnym niszczeniu fragmentu siedliska, dotyczy większości pól kempingowych na odcinku Władysławowo – Chałupy.

Sztuczne nadsypywanie brzegu zaczęło się pod koniec lat 90. i było uzasadniane koniecznością odbudowy brzegu zabieranego przez wody zatoki. Urząd Morski odpowiedzialny za nadzór nad pracami nie weryfikował tych informacji.

– „Ten nielegalny proceder nadsypywania terenu przy kempingach odbywa się na obszarach Natura 2000, co więcej bez kontroli i koniecznych zezwoleń” – mówi Anna Marzec z WWF Polska. – „W efekcie na terenie kempingu Ekolaguna ważne i cenne trzcinowiska zostały w całości zniszczone, a w ich miejscu sztucznie usypano plażę. Podobna sytuacja miała miejsce na innych kempingach, np. na Solarze w latach 2004-2009 usypano aż do 40 m plaży”.

Kempingi, w sezonie wakacyjnym przekraczają przyjętą pojemność osób na hektar, która została określona na 150 osób. Niezgodna z prawem jest również lokalizacja kempingów, które powinny znajdować się w odległości 20 metrów od brzegu. Łamany jest ponadto zakaz używania łodzi motorowych.

Problem kempingów nie jest nowy. Minister Środowiska Andrzej Kraszewski już w zeszłym roku podczas spotkania ministrów państw basenu Morza Bałtyckiego zapowiedział, że Polska będzie lepiej chronić wybrzeże, a problem kempingów na Półwyspie Helskim zostanie rozwiązany. Od tej deklaracji minął już rok i nic się w tej sprawie nie zmieniło, a nielegalny proceder trwa.

W konsekwencji wszystkie kempingi od lat użytkują teren znacznie większy od terenu formalnie przekazanego pod użytkowanie kempingowe w miejscowym planie zagospodarowania. Ma tu miejsce bezumowne korzystanie z gruntów skarbu państwa. Urząd Morski wydał wyłącznie nakaz usunięcie do dnia 1 maja 2010 roku płotów, wiat i innych obiektów związanych z prowadzoną działalnością kempingową z terenu poza działkami przeznaczonymi na kemping w miejscowym planie zagospodarowania. Prawie żaden z właścicieli i dzierżawców kempingów do nakazu się nie zastosował! W związku z tym, Urząd Morski postanowił odgrodzić część kempingów płotem, wytyczając granicę między działkami należącymi do skarbu państwa od zajmowanych przez kempingi. W niektórych miejscach płot został jednak przesunięty.

Inne zagrożenie dla przyrody, z przytoczonych przez autorów raportu przykładów, to propagowanie masowej turystyki na mieliźnie Ryf Mew. Ta piaszczysta łacha jest jedynym izolowanym w naturalny sposób od ludzi i infrastruktury obszarem Zatoki Gdańskiej. Ma ona olbrzymie znaczenie dla zapewnienia miejsca odpoczynku dla ptaków w czasie wiosennych i jesiennych migracji oraz dla fok. Jednak od kilku lat obserwowane jest tu niepokojące zjawisko. Przez Ryf Mew przechodzą sięgające dziś już 100 osób tzw. Marsze Śledzia. Ich organizatorzy promują w ten sposób wchodzenie na łachę, która podlega ochronie prawnej jako część siedliska o kodzie 1160. W efekcie może to doprowadzić do zniszczenia ważnej ostoi przyrody, których jest dramatycznie mało u polskich wybrzeży Bałtyku. Rezultaty „promocji” turystycznych walorów Ryfu Mew przez organizatorów Marszu Śledzia są widoczne już teraz.

– „Największym walorem Ryfu Mew jest dziś to, że pozostaje on ciągle poza zasięgiem większości turystów przebywających nad Zatoką Gdańską” – uważa dr Szymon Bzoma z Grupy Badawczej Ptaków Wodnych KULING. – „Piaszczyste wysepki i otaczające je płytkie wody stwarzają idealne warunki dla ptaków siewkowych, które od połowy lipca do końca października wykorzystują Ryf Mew jako miejsce odpoczynku i żerowania w trakcie dalekodystansowych wędrówek na zimowiska, nawet do kilkuset ptaków dziennie. Przez większą część tego okresu ptaki siewkowe nie mogą już korzystać z innych miejsc na wybrzeżu, gdyż plaże są intensywnie wykorzystywane przez turystów. W rejonie Zatoki Gdańskiej Ryf Mew jest dziś jednym z trzech ostatnich miejsc będących nadal ostojami tych ptaków, poza Ujściem Redy i Ujściem Przekopu Wisły, i jedynym nie objętym ochroną rezerwatową. Wraz ze wzrostem liczby turystów ptaki siewkowate są skutecznie wypłaszane, a sytuacja poprawia się dopiero we wrześniu. Zachowanie Ryfu Mew jako miejsca gdzie ptaki mogłyby nie niepokojone spędzać dzień jest bezwzględnie konieczne. Niestety wraz z promowaniem masowej turystyki w tym rejonie staje się to niemożliwe”.

– „Ryf Mew od wieków był wykorzystywany przez miejscowych rybaków, bez szkody dla przyrody. I to nie rybacy stanowią zagrożenie, lecz duże wycieczki, które do odwiedzenia tej piaszczystej łachy zachęcają maszerujące Śledzie, organizując przemarsz 100-osobowych grup. Skandaliczne jest również to, że organizatorzy Marszu mogą liczyć na wsparcie lokalnych władz” – dodaje Paweł Średziński z WWF Polska. – „To w interesie samorządu i jego obowiązkiem jest ochrona przyrody w rejonie Półwyspu Helskiego. Bez zachowania walorów przyrodniczych, Półwysep stanie się nieatrakcyjny. Nikt nie chce obserwować zdegradowanej przyrody”.

Raport opublikowany przez WWF przypomina też, że można pogodzić turystykę z ochroną przyrody. Wszystko zależy od właściwego planowania infrastruktury turystycznej oraz od dobrej woli władz lokalnych. Potrzebne jest zachowanie ostatnich naturalnych plaż od strony otwartego morza i Zatoki przez unikanie tworzenia w ich rejonie infrastruktury uważają autorzy raportu. Z kolei koncentrowanie atrakcji turystycznych i udogodnień powinno odbywać się w miejscach już zmienionych i zabudowanych.

Autorami raportu WWF „Przemysł turystyczny i przyroda morska na Półwyspie Helskim” są naukowcy: Jan Marcin Węsławski, Lech Kotwicki, Katarzyna Grzelak i Joanna Piwowarczyk z Instytutu Oceanologii PAN, oraz Iwona Sagan, Klaudia Nowicka i Iwona Marzejon z Katedry Geografii Ekonomicznej UG.

Cały raport, bogato ilustrowany, można pobrać pod tym adresem.

Jak wspólnie dbać o „swoje”

Jak wspólnie dbać o „swoje”

Władze lokalne holenderskiego miasta Venlo wprowadziły podatek w wysokości 1,30 euro za noc od każdego sezonowego pracownika.

Polentaks – co oznacza dosłownie podatek od Polaków – nałożono na pracodawców, zatrudniających sezonowo cudzoziemców, bez względu na ich narodowość. Jak tłumaczą urzędnicy miejscy, podatek nie ma dyskryminować polskich pracowników, tylko sprawić, by zagraniczni robotnicy również płacili na utrzymanie miasta.  Każdy, kto przebywa w mieście, korzysta przecież w równym stopniu z dróg, kanalizacji czy z interwencji policji. Z kolei każda osoba, która zatrzymuje się w hotelu lub na kempingu, opłaca podatek turystyczny. Większości sezonowych robotników udaje się go uniknąć, ponieważ mieszkają oni w ogrodach i sadach swoich pracodawców. Teraz to nie będzie możliwie, gdyż to właśnie pracodawca będzie odpowiedzialny za to, by jego pracownicy uiszczali podatek.

Polentaks nie dotyczy Polaków, którzy są zameldowani na stałe w Venlo i tu płacą podatki.

 

7 centów za T-shirt

7 centów za T-shirt

Brazylijskie władze oskarżyły koncern odzieżowy Zara o korzystanie z pracy niewolniczej. Za każdy uszyty sweter czy T-shirt pracownicy otrzymywali od 7 do 12 centów (20 do 40 groszy).

Robotnicy pracowali od 16 do 18 godzin, od poniedziałku do soboty, ściśnięci na kilku metrach kwadratowych w słabo oświetlonych mieszkaniach, w których nie ma toalet i ciepłej wody. Miesięcznie zarabiali równowartość 460 – 838 zł, podczas gdy płaca minimalna w Brazylii wynosi ok. 990 zł.

Prokuratura postawiła hiszpańskiemu koncernowi Inditex Group, do którego należy Zara, w sumie 52 zarzuty. Chodzi o złe warunki pracy i zbyt niskie pensje, które miał wypłacać pracownikom lokalny brazylijski dostawca. Wcześniej policja uwolniła z fabryki w Sao Paulo 15 robotników, w większości imigrantów z Peru, Boliwii i Paragwaju. Wszyscy przebywali w Brazylii nielegalnie.

Kierownictwo przedsiębiorstwa nie poczuwa się do winy i spycha odpowiedzialność na dostawcę. – To, że firma nie poczuwa się do winy, nie dziwi mnie. Z niewolniczej pracy korzysta dziś większość koncernów odzieżowych – mówi „Rz” Dominique Müller z organizacji Clean Clothes Campaign w Holandii.

Na liście firm korzystających dziś z tzw. sweat-shopów (sweat – z ang. pot) sporządzonej przez Międzynarodowe Forum Praw Pracowniczych (ILRF) znajdują się wciąż m.in. Ikea i Walmart, a większość z ok. 20 mln osób zatrudnionych w przemyśle odzieżowym zarabia średnio ok. 10 centów (30 groszy) na godzinę.