Kaskada podwyżek

Kaskada podwyżek

Sierpniową podwyżką cen biletów Koleje Mazowieckie umocniły swoją pozycję najdroższego przewoźnika regionalnego w Polsce. Na Mazowszu za podróże koleją płaci się już nawet ponad dwa razy drożej niż w innych województwach

Sierpc, miasto powiatowe na północnym-zachodzie województwa mazowieckiego. 32 km na wschód od Sierpca leży Raciąż, 33 km na zachód – Lipno. Bilet kolejowy z Sierpca do Raciąża kosztuje 10,60 zł, natomiast bilet z Sierpca do Lipna – mimo niemal identycznej odległości – kosztuje prawie o połowę taniej: 5,50 zł.

Ta drastyczna różnica w cenach biletów wynika z tego, że każdy z odcinków obsługiwany jest przez innego przewoźnika: z Sierpca do Lipna kursują pociągi spółki Arriva Rail Polska, natomiast między Sierpcem i Raciążem jeżdżą Koleje Mazowieckie, które spośród wszystkich polskich przewoźników kolejowych najczęściej podnoszą ceny biletów.

Podwyżki po mazowiecku

Podwyżka cen biletów, czyli de facto sięgnięcie do kieszeni pasażera w celu zwiększenia przychodów spółki, jest rozwiązaniem ostatecznym, stosowanym w sytuacjach krytycznych, kiedy inne rozwiązania decydujące o stabilności finansowej przewoźnika nie przyniosą pożądanych efektów – mówi dwumiesięcznikowi „Z Biegiem Szyn” Anna Groszyk-Książak z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego.

Tyle tylko, że po to „rozwiązanie ostateczne, stosowane w sytuacjach krytycznych” Koleje Mazowieckie sięgają przynajmniej raz do roku. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat bilety mazowieckiego przewoźnika drożały aż sześciokrotnie: w kwietniu 2007 r., w lipcu 2008 r., w marcu 2009 r., w marcu 2010 r., w styczniu 2011 r. i ostatnio w sierpniu 2011 r. W wyniku tej kaskady podwyżek 30-kilometrowa podróż Kolejami Mazowieckimi zdrożała z 5,70 zł do 9,40 zł, a więc aż o 65% (dla porównania, inflacja od początku 2007 r. do połowy 2011 r. wyniosła niespełna 17%; dane GUS).

Samorządowi urzędnicy twierdzą jednak, że gdyby zrezygnowano z podwyżek cen biletów, wówczas konieczne stałoby się cięcie połączeń: – Innym sposobem na zbilansowanie rachunku ekonomicznego spółki mogło być ograniczenie pracy eksploatacyjnej równoznaczne z odwołaniem części pociągów – mówi Anna Groszyk-Książak. – Efektem tego byłby widoczny spadek wpływów ze sprzedaży biletów i w dalszym ciągu mielibyśmy do czynienia z deficytem w rachunku ekonomicznym przewoźnika.

Podróż za jeden tysiąc

Na Mazowszu 10-kilometrowy przejazd pociągiem kosztuje 5,20 zł. Tymczasem w regionach obsługiwanych przez Przewozy Regionalne, Koleje Dolnośląskie oraz Koleje Wielkopolskie za podróż na odległość 10 km płaci się 3,70 zł, w pociągach SKM Trójmiasto – 3,40 zł, a w składach Arriva Rail Polska – 2,50 zł, czyli ponad połowę taniej niż na Mazowszu!

Regionalne różnice w cenach biletów kolejowych przestały być symboliczne. Dotyczy to także biletów okresowych. Miesięczny bilet na 50-kilometrową trasę kosztuje w Kolejach Mazowieckich 254 zł, w Przewozach Regionalnych, Kolejach Dolnośląskich i Kolejach Wielkopolskich – 245 zł, w pociągach Arriva Rail Polska – 231 zł, a w trójmiejskiej Szybkiej Kolei Miejskiej – 163 zł.

Przy dojazdach na odległość 50 km pasażer Kolei Mazowieckich w skali roku wydaje na bilety miesięczne aż o 1092 zł więcej niż podróżny trójmiejskiej SKM (pociągi tej spółki obsługują trasę Tczew – Pruszcz Gdański – Gdańsk – Sopot – Gdynia – Rumia – Reda – Wejherowo – Lębork – Słupsk).

Koleje Mazowieckie – spośród wszystkich przewoźników regionalnych – sprzedają najdroższe bilety miesięczne we wszystkich segmentach odległościowych do 70 km, czyli w relacjach, w których najczęściej podróżuje się z biletami okresowymi.

Taryfa samorządowa

W segmencie biletów jednorazowych Koleje Mazowieckie droższe są od wszystkich pozostałych przewoźników regionalnych – zarówno od spółki prowadzącej działalność na większą skalę (Przewozy Regionalne), jak i mniejszych operatorów: SKM Trójmiasto, Koleje Dolnośląskie, Koleje Wielkopolskie oraz Arriva Rail Polska.

Cechująca się najniższymi cenami biletów jednorazowych taryfa stosowana przez spółkę Arriva Rail Polska została ukształtowana nie przez przewoźnika, lecz przez miejscowego organizatora przewozów, czyli samorząd województwa kujawsko-pomorskiego. To jedyny taki przypadek na polskiej kolei. – Nie trzeba nikogo przekonywać, że ceny biletów mają istotny wpływ na wybór przez podróżnych środka transportu oraz ogólnie na dostępność transportową – mówi „Z Biegiem Szyn” Przemysław Mazur z departamentu transportu publicznego w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Kujawsko-Pomorskiego. – Województwo dotując przewozy stawia sobie za cel zapewnienie bezpiecznych, sprawnych i charakteryzujących się wysoką jakością usług transportu pasażerskiego, ale przy uwzględnieniu czynników społecznych oraz rozwoju regionalnego. Tak więc naturalną konsekwencją jest bezpośrednie kształtowanie taryf przewozowych przez województwo.

Poskromić podwyżki

Założeniem wprowadzonej w grudniu 2010 r. Taryfy Kujawsko-Pomorskiej było nie tylko obniżenie cen biletów kolejowych, ale także wprowadzenie konkurencyjnych stawek wobec przewoźników autobusowych. Choć taryfa została stworzona przez samorząd, to wpływy z biletów trafiają do przewoźnika. Dlatego samorząd województwa kujawsko-pomorskiego stworzył instrumenty powstrzymujące niekontrolowany wzrost cen biletów kolejowych. Po pierwsze, podwyżki taryfy nie mogą przekroczyć wskaźnika inflacji publikowanego przez GUS. Po drugie, ewentualne podwyżki nie mogą być wprowadzane w dowolnym momencie roku, lecz jedynie 1 stycznia.

Władze województwa kujawsko-Pomorskiego dostrzegają już pierwsze efekty wprowadzenia samorządowej taryfy: – W ostatnich latach obserwowaliśmy spadek ilości podróżnych. Ale wydaje się, że udało się zatrzymać, a nawet odwrócić ten trend. Na linii Toruń – Kwidzyn obserwujemy wzrost liczby podróżnych o 8,64%. Na linii Bydgoszcz – Tuchola wzrost wyniósł 0,45% – mówi Przemysław Mazur.

Na Mazowszu urzędnicy pozostają sceptyczni wobec koncepcji kształtowania kolejowej taryfy przewozowej nie przez przewoźnika, lecz przez samorząd województwa: – Samorząd województwa mazowieckiego, będąc 100-procentowym udziałowcem spółki Koleje Mazowieckie, ma prawo decydować o kierunkach rozwoju firmy, inwestycjach, a także o kształcie taryfy przewozowej określającej wysokość cen biletów. Z tego punktu widzenia nie ma znaczenia, kto wprowadza taryfę przewozową – mówi Anna Groszyk-Książak z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego.

Karol Trammer

Przedruk za: „Z Biegiem Szyn” nr 55, wrzesień-październik 2011 (www.zbs.net.pl)

 

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Dzieciaki do pracy

Dzieciaki do pracy

Obniża się granica wieku osób szukających zatrudnienia. Zarabiać chcą już nawet trzynastolatki, a pracy dla swoich dzieci coraz częściej szukają rodzice – wynika z badań Agencji Pracy i Doradztwa Personalnego Start People.

Pełny etat mogą otrzymać osoby powyżej 16. roku życia, które ukończyły gimnazjum. Liczba niepełnoletnich kandydatów, którzy do końca lipca br. zgłosili się do agencji pracy Start People, wyniosła 641. To tyle, ile w całym roku 2009. W 2010 r. za pośrednictwem tej firmy zatrudnienia szukało 779 młodych ludzi. Największy przyrost chętnych zanotowano w Warszawie (w 2010 r. było ich o 38 proc. więcej niż rok wcześniej), choć tendencja wzrostowa obserwowana jest wszędzie.

Największym powodzeniem cieszą się zajęcia dorywcze. Młodzież chętnie podejmuje pracę przy różnych eventach. Chłopcy zainteresowani są także pracami produkcyjnymi, a dziewczęta najczęściej zostają hostessami lub roznoszą ulotki – mówi Anna Brzezińska, project manager w Start People.

Z obserwacji pracowników agencji wynika również, że za pracą dla swoich dzieci coraz częściej rozglądają się rodzice.Także inne agencje pośrednictwa pracy notują coraz większe zainteresowanie podjęciem zatrudnienia przez osoby niepełnoletnie.

Wykopmy śmieci z rynku

Wykopmy śmieci z rynku

Od 1 września na Węgrzech obowiązuje tzw. podatek chipsowy od żywności i napojów o wysokiej zawartości cukru, soli, węglowodanów oraz kofeiny. Łódzki magistrat również wypowiada wojnę niezdrowym przekąskom w szkołach. Najwyższy czas na zmianę nawyków żywieniowych – apelują specjaliści i przyklaskują legislacyjnym rozwiązaniom.

Krzysztof Piątkowski, wiceprezydent Łodzi odpowiedzialny za edukację, już dwa lata temu napisał projekt uchwały, która miała ograniczyć w szkołach dostęp uczniów do „niezdrowych słodyczy, barwionych napojów gazowanych oraz przekąsek ziemniaczanych jak chipsy„. Podparł się opinią prof. Marka Naruszewicza z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Niestety, został oskarżony o zamach na swobodę gospodarczą i uchwała przepadła. Wtedy Piątkowski był radnym PiS, dziś jest wiceprezydentem firmującym rządy PO, dlatego swoje szanse w starciu z chipsami ocenia lepiej.

Reperkusjami gospodarczymi wprowadzenia podatku w wysokości 5 forintów od litra słodzonego napoju, 250 forintów od litra napoju energetyzującego i 100-200 forintów od kilograma herbatników i ciast, straszą również węgierscy eksperci. Według czwartkowego wydania dziennika gospodarczego „Vilaggazdasad” niemiecki właściciel zakładów Chio-chips może wycofać się z decyzji budowy na Węgrzech swojej nowej fabryki produkującej popcorn i przekąski. Gazeta pisze, że podobnie może postąpić producent napojów energetyzujących Hell.

Nowy podatek nie dotyczy wielu tradycyjnych produktów węgierskich takich jak salami, kiełbaski, kiszka, czy słonina, w których zawartość chemicznych środków konserwujących czy aromatyzujących jest dużo niższa niż w „syntetycznych przekąskach”, serwowanych na każdym kroku.

 

Przedwyborcze obiecanki

Przedwyborcze obiecanki

Zwiększenie środków z Funduszu Pracy na aktywizację bezrobotnych, subsydiowanie zatrudnienia i zmiany w kodeksie pracy postulują wszystkie ugrupowania. Łącznie z Platformą, która obcięła na to fundusze w tym roku.

W obliczu nadchodzącego spowolnienia gospodarczego poprawa sytuacji na rynku pracy będzie jednym z głównych wyzwań przyszłego rządu. Eksperci przewidują, że utrzymanie stopy bezrobocia na przewidywanym przez rząd poziomie 10 proc. jest nierealne. Szacują, że pod koniec przyszłego roku wyniesie ona około 12 proc. Dlatego w czasie kampanii wyborczej partie prześcigają się w pomysłach na wspieranie zatrudnienia. Nie podają jednak kosztów takich działań. Najbardziej realny postulat to zwiększenie środków z Funduszu Pracy na aktywne formy zwalczania bezrobocia.

Skandalem jest ograniczenie w 2011 r. przez rząd PO – PSL o 54 proc. środków na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu z 7 mld zł w roku poprzednim do 3,225 mld zł” – podkreśla PiS w swoim programie i postuluje zwiększenie środków. Taki sam pomysł zgłaszają SLD i PSL. A nawet – PO. Peeselowska minister Jolanta Fedak przypomina jednak, że środki te ograniczył minister finansów.

Kolejnym pomysłem jest subsydiowanie zatrudnienia. SLD proponuje – znane z pakietu antykryzysowego – dopłaty do wynagrodzenia pracownika podczas przestoju ekonomicznego, dofinansowanie składek na ubezpieczenie społeczne w części płaconej przez pracodawcę (płatne z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych), dofinansowanie kosztów szkolenia i studiów podyplomowych. Z kolei PiS proponuje utrzymanie zatrudnienia najstarszych pracowników oraz ułatwiony dostęp do pieniędzy z Funduszu Pracy dla pracodawców, którzy szkolą lub przekwalifikowują pracowników po pięćdziesiątce. Zdaniem minister Fedak nie ma potrzeby, by proponować nowe rozwiązania.

Instrumentów do działań na rynku pracy jest bardzo dużo, ale brakuje pieniędzy – mówi szefowa resortu pracy. PSL uważa, że państwo powinno wspierać zatrudnienie osób po pięćdziesiątce. Ale oprócz różnych form wspierania zatrudnienia kolejną metodą walki z bezrobociem ma być wspieranie zakładania firm. PiS proponuje m.in. dostęp do preferencyjnych kredytów dla osób podejmujących działalność gospodarczą i zniesienie obowiązku opłacania składek na ZUS dla studentów prowadzących firmy.

Partie myślą też o zmianach w prawie pracy. PiS proponuje ustawowy zakaz zwalniania pracownika z powodu osiągnięcia wieku emerytalnego. Do tego chce, by umowy na czas określony zawierać najwyżej na półtora roku. Lewica opowiada się za zrównaniem zasiłków chorobowych, bo np. dla sędziów i prokuratorów wynoszą one 100 proc. pensji. Obie partie opozycyjne zapowiadają wprowadzenie rozwiązań ograniczających samozatrudnienie. PO natomiast dosyć mgliście mówi o uelastycznieniu kodeksu pracy. Niechętnie patrzy na to koalicyjne PSL.

Jeżeli tak, to tylko metodą flexicurity (bezpieczeństwo i elastyczność). Uelastycznienie kodeksu pracy z uwagi na społeczną drażliwość rozwiązań powinno się odbywać poprzez osiągnięcie konsensusu w ramach komisji trójstronnej – mówi Jolanta Fedak. Do postulatów dotyczących prawa pracy dochodzą płacowe. SLD obiecuje podwyżkę płacy minimalnej co najmniej do połowy przeciętnego wynagrodzenia. Jednocześnie SLD proponuje odmrożenie płac w budżetówce i przeprowadzenie waloryzacji.

W podobnym kierunku idą propozycje PiS, które chce wypracowania efektywnego modelu wynagradzania pracowników administracji publicznej i całej budżetówki z uwzględnieniem zarobków sfery prywatnej. Zbieżne z tym są pomysły PO, która zapowiada wprowadzenie efektywniejszego systemu wynagrodzeń. Przy burzy pomysłów na walkę z bezrobociem i waloryzację pensji budżetówki żadna z formacji nie wskazała sposobu sfinansowania tych zmian.

Przedruk za: http://forsal.pl/artykuly/543603,partie_obiecuja_etat_dla_kazdego.html