Jak za komuny…

Jak za komuny…

Pracownik tyskiej firmy Nexteer Automotive Poland stracił pracę za czytanie związkowej gazety.

Sprawę nagłośniło w środę biuro prasowe śląsko-dąbrowskiej „S”. Według informacji związkowców, pracownik włączył maszynę, którą obsługuje, i czekając aż urządzenie się rozgrzeje wziął do ręki leżący obok numer związkowego tygodnika. To że w czasie potrzebnym na rozgrzanie urządzenia załoga przegląda gazety, dotąd nikomu nie przeszkadzało.

Pracownik miał zostać pouczony przez kierownika, że w firmie jest zakaz czytania „takich rzeczy”; odmówił napisania w tej sprawie notatki służbowej, uważając, że nie ma do tego powodu. Kilkadziesiąt minut później otrzymał wypowiedzenie.

Gdy zwolniony pracownik zapytał o powody, kadrowa stwierdziła, że „chodzi o czytanie związkowej gazety”. Zakład opuścił w eskorcie ochroniarzy. Jego zdaniem, w firmie wydano zakaz czytania jakichkolwiek materiałów związkowych.

Przedstawiciele zarządu firmy, w której od kilku miesięcy trwa konflikt związkowców z Solidarności z zarządem, zaprzeczają, że czytanie związkowej gazety stało się przyczyną zwolnienia pracownika. Nie chcą jednak udzielać bardziej szczegółowych informacji o powodach i okolicznościach zwolnienia.

Zwolniony zapowiada, że o swoje prawa będzie walczył w sądzie. Na drogę sądową sprawę skierował także szef „Solidarności” w Nexteer Grzegorz Zmuda, w czerwcu zwolniony z pracy dyscyplinarnie. Pierwszą rozprawę w jego sprawie zaplanowano na czwartek w wydziale pracy i ubezpieczeń społecznych Sądu Rejonowego w Tychach.

Według Zmudy, zwolniono go za to, że podczas legalnego strajku ostrzegawczego w tyskiej firmie używane były trąbki i gwizdki. Zdaniem przewodniczącego i prawników śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” to zwolnienie było bezprawne.

Polski kapitalizm nie wiele różni się jak widać od „komuny”. Za „ludowej” Polski także szykanowano pracowników i zwalniano ich z pracy za „Solidarność”…

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Zmiany na gorsze

Zmiany na gorsze

Związki zawodowe działające w sądownictwie krytykują zapisy znowelizowanej ustawy o ustroju sądów powszechnych. Twierdzą, że Sejm i Senat przyjęły ustawę bez konsultacji społecznych.

Jeżeli prezydent Bronisław Komorowski ją podpisze, wejdzie ona w życie w ciągu pół roku. – Od wielu lat nikt nie wprowadził żadnych konstruktywnych zmian do systemu sądownictwa, a ta ustawa będzie tylko dalszym pogłębianiem patologii – ocenia Waldemar Urbanowicz, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości Rzeczypospolitej Polskiej.

Najwięcej obaw budzi reorganizacja sądów i utworzenie tylko dwóch wydziałów: cywilnego oraz karnego, co oznacza, że ten pierwszy orzekałby w sprawach rodzinnych i nieletnich. Zdaniem Edyty Odyjas, przewodniczącej Międzyzakładowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ Solidarność Pracowników Sądów, ta zmiana doprowadzi to do likwidacji sądów rodzinnych i znacznie wydłuży tego typu postępowania. – Nadzór nad rodziną, szybkie przyznawanie alimentów czy kierowanie jednego z rodziców na leczenie odwykowe, to są sprawy, które powinny być rozpatrywane w trybie pilnym – zaznacza Edyta Odyjas.

Związkowcy podkreślają, że w trakcie reorganizacji sędziowie specjaliści z zakresu prawa rodzinnego zostaną „wchłonięci” przez oddziały cywilne i zaczną zajmować się również innymi sprawami, np. majątkowymi i finansowymi. – Wyrywanie osób, które zdają sobie sprawę ze specyfiki tej pracy, będzie ogromną stratą dla całego społeczeństwa – dodaje Waldemar Urbanowicz. Zmiany skrytykowało również Stowarzyszenie Sędziów Rodzinnych.

Taki sam problem pojawi się w przypadku spraw pracowniczych. Osoby, które zechcą dochodzić swoich praw w sądzie zamiast kilku, czy kilkunastu kilometrów będą musiały pokonać ponad 100. – Trudno wyobrazić sobie pracownika, który został niesłusznie zwolniony z pracy, nie ma środków do życia i musi pokonać 100 km, żeby dotrzeć do sądu pracy. Zmiana w ustawie w żaden sposób nie zabezpiecza takich osób, a jedynie zniechęca je do podjęcia jakichkolwiek działań – mówi Edyta Odyjas.

Wątpliwości niesie też zmiana zasad zarządzania sądami i powoływanie dyrektorów, na razie dobrowolnie, a od 1 stycznia 2013 roku obligatoryjnie. Dyrektorzy mają być mianowani przez ministra sprawiedliwości i tylko przez niego odwoływani. Do tej pory sądami zarządzali prezesi. Związkowcy obawiają się, że fotele dyrektorskie będą obsadzane z klucza politycznego, a nie przez specjalistów, a między dyrektorami i prezesami będzie dochodziło do konfliktów kompetencyjnych. Może też dojść do takiej sytuacji, że dyrektor na polecenie ministra zacznie zwalniać pracowników.

Urbanowicz podkreśla, że w trakcie uchwalania ustawy pojawiały się zapytania dotyczące jej konstytucyjności, ale odpowiedź na to pytanie może dać jedynie Trybunał Konstytucyjny.

Źródło informacji tutaj.

Niechlubny rekord

Niechlubny rekord

Co trzeci zatrudniony na etacie pracuje na podstawie umowy czasowej, którą można rozwiązać niemal z dnia na dzień. To blisko 3,4 mln ludzi. Z najnowszych danych GUS wynika, że Polska jest unijnym rekordzistą, jeżeli chodzi o liczbę osób pozbawionych stabilnych etatów.

W II kwartale umowę o pracę na czas określony miało ponad 27 proc. pracowników najemnych – wynika z badań aktywności ekonomicznej ludności (BAEL). Ich liczba wzrosła w ciągu roku o 33 tys. W UE udział pracowników z umowami terminowymi wynosi średnio 14 proc, informuje „Dziennik Gazeta Prawna”.

Ogromna rzesza zatrudnionych na czas określony może przynosić gospodarce straty. Pracownicy nie czują się związani z firmą. Umowy na czas określony sprawiają też, że praca jest niestabilna, gorzej płatna i mniej rozwojowa. Taki kontrakt można rozwiązać bez podawania przyczyny, zwykle za dwutygodniowym wypowiedzeniem. Zatrudnieni na tego rodzaju zasadach mają również problemy z otrzymaniem kredytu na mieszkanie.

Międzynarodowy rynek pracy zmierza w kierunku coraz mniejszego związania pracownika z firmą – twierdzi Karolina Sędzimir, ekspert rynku pracy w PKO BP. Jej zdaniem umowy na czas określony związane są w dużej części z sezonowością prac w wielu branżach – między innymi w handlu, turystyce i budownictwie. Szybko przybywa ich także w przemyśle czy usługach. A ich kariera wiąże się między innymi z tym, że są tańsze i wygodniejsze dla pracodawców, bo na przykład ich wypowiedzenie trwa tylko dwa tygodnie.

Związkowcy chcą pomóc

Związkowcy chcą pomóc

Zarząd Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność wsparł działania zakładowej organizacji Solidarności w spółce ESAB. W liście do Brendana Colgana, szefa koncernu ESAB związkowcy z Solidarności zapowiedzieli, że są gotowi powołać spółkę pracowniczą, aby ratować zakład i miejsca pracy w tym przedsiębiorstwie.

Na początku sierpnia zarząd spółki poinformował zakładową Solidarność o zamiarze zwolnienia ponad jednej trzeciej załogi.  Redukcja jest wynikiem decyzji europejskich władz koncernu o likwidacji w katowickim zakładzie linii produkcyjnej wytwarzającej elektrody spawalnicze i przeniesieniu produkcji tego wyrobu do zakładu na Węgrzech. Zdaniem związkowców to wstęp do likwidacji przedsiębiorstwa.

Jeśli ktoś planuje zlikwidować spółkę, która ma ponad 40 proc. udział rynku polskim i od 2000 roku corocznie osiąga znaczne zyski, to nie robi tego po to, by na tej operacji stracić. Wszystko  wskazuje na to, że zamierza przenieść produkcję tam, gdzie będzie miał jeszcze niższe koszty produkcji niż w Polsce, czyli jeszcze wyższe zyski. A jednocześnie likwidując katowicki zakład, pozbywa się konkurencji – ocenia Dominik Kolorz, szef Śląsko-Dąbrowskiej Solidarności.

W liście do szefa koncernu zwróciliśmy się o to, aby władze firmy zweryfikowały swoje plany. Chcemy, aby katowicki zakład kontynuował produkcję, chcemy utrzymania miejsc pracy – dodaje szef Śląsko-Dąbrowskiej „S”.

Jednocześnie pragniemy podkreślić, że w przypadku, jeśli potwierdzą się obawy o zamiarach likwidacji ESAB sp z o.o i przeniesieniu produkcji poza granicę Polski, Zarząd Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność dołoży wszelkich starań, aby w zakładzie powstała spółka pracownicza, która umożliwi przetrwanie przedsiębiorstwa w Katowicach, zachowanie miejsc pracy i kontynuację produkcji – czytamy w liście Zarządu Regionu do Brendana Colgana.

Taki model postępowania może być skuteczny. Pierwszy przykład z brzegu to kopalnia Silesia w Czechowicach-Dziedzicach – podkreśla szef Śląsko-Dąbrowskiej „S”.

Katowicki ESAB zatrudnia 260 osób. W zeszłym roku firma przyniosła 14 mln zł zysku netto. Na początku sierpnia tego roku zarząd spółki poinformował, że chce zredukować załogę o 90 osób.

Źródło informacji tutaj.