Jak kapitalizm, to kapitalizm

Jak kapitalizm, to kapitalizm

Wysokie bezrobocie, obawy przed spowolnieniem gospodarczym sprzyjają zwiększaniu się różnic między płacami menedżerów i szeregowych pracowników.

Takie wnioski płyną z najnowszego badania wynagrodzeń przeprowadzonego przez firmę doradczą Aon Hewitt, która przeanalizowała zarobki w 9,5 tys. firm produkcyjnych w województwie mazowieckim, informuje „Dziennik Gazeta Prawna”.

Największe rozbieżności są w działach logistycznych, handlowych i IT. Szeregowy specjalista z działu logistycznego zarabia ok. 5 tys. zł brutto, zaś menedżer kierujący ludźmi dostaje dwa i pół razy więcej – prawie 12,3 tys. zł. Niewiele mniejsze różnice występują w działach IT: średnie zarobki wynoszą tu 5,4 tys. zł, podczas gdy szefowie dostają ok. 10 tys. zł.

W latach 2006-2007, kiedy mieliśmy do czynienia z rynkiem pracownika, różnice te były o kilkanaście procent niższe. Wtedy znacznie większe były wymagania płacowe szeregowych pracowników, a średnie płace rosły w tempie 10 proc. rocznie. Dziś tempo wzrostu płac wynosi ok. 5 proc. W takiej sytuacji firmy starają się głównie dopieszczać doświadczonych menedżerów, których znacznie trudniej pozyskać na rynku. To przede wszystkim oni mogą dziś liczyć na podwyżki, bo mają największy wpływ na wyniki spółek.

W branży przemysłowej najwięcej zarabiają dyrektorzy zakładu (42 tys. zł brutto), szefowie ds. sprzedaży (33 tys. zł), a także dyrektorzy ds. zakupów (28 tys. zł). Pensje szeregowych pracowników i zwykłych specjalistów wahają się w przedziale 4 – 6 tys. zł brutto.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Fikcyjna opieka

Fikcyjna opieka

Fachowa opieka położnych nad kobietami często pozostaje tylko na papierze – alarmuje Najwyższa Izba Kontroli.

Formalnie 84 proc. kobiet w ramach podstawowej opieki zdrowotnej objętych jest pomocą położnej. Jednak jak sprawdziła NIK, dla wielu kobiet opieka okazuje się tylko rejestracją.

Według NIK to wina systemu, który „nie gwarantuje wydatkowania środków publicznych w sposób celowy i oszczędny”. NFZ na opiekę sprawowaną przez położne wydaje rocznie 260 mln zł. Aż 85 proc. środków z Narodowego Funduszu Zdrowia to wynagrodzenie „za gotowość” położnej, a tylko 15 proc – za wykonaną i udokumentowaną pracę.

Położne realizują tylko część zadań, do których są zobowiązane. W ograniczonym zakresie prowadzą edukację przedporodową i opiekują się kobietami po operacjach ginekologicznych – mówi „Rzeczpospolitej” Jolanta Stawska, dyrektor delegatury NIK w Krakowie, która prowadziła kontrolę.

Czym więc zajmują się położne, które w ramach swoich obowiązków powinny m.in. pomagać w przygotowaniach do porodu, zapewniać poradnictwo w zakresie odżywiania w czasie ciąży, laktacji i dotyczące szczepień oraz przeciwdziałania chorobom nowotworowym i HIV?

Najczęściej swoją aktywność ograniczają do rutynowych wizyt u matek z noworodkami – wyjaśnia Stawska. Zdarza się, że na te wizyty nie biorą nawet materiałów medycznych, bo ich nie mają.

Kontrolerzy zwrócili uwagę, że niektóre położne informowały NFZ nawet o kilkunastu wizytach u pacjentek w połogu dziennie.

Dokumentacja z tych wizyt była jednak niekompletna: na jej podstawie nie sposób stwierdzić, czy i jakie czynności wykonały położne. Brakowało w nich informacji o zdrowiu matki i dziecka – wytyka izba.

W raporcie kontrolerzy podkreślają również, że dostęp do opieki położniczej jest nierównomierny.

W woj. opolskim opieką położnych objęto niewiele ponad połowę ubezpieczonych kobiet i noworodków, głównie z powodu braku kadry. Dużo lepszy dostęp do położnej mają mieszkanki dużych miast niż wsi.

Leokadia Jędrzejowska, konsultant krajowy w dziedzinie pielęgniarstwa ginekologicznego i położniczego, uważa, że na lepszą pracę położnej wpłynęłoby zróżnicowanie stawek na wsi i w mieście. „Na wsi koszt dojazdu do pacjentek objętych opieką znacznie przewyższa oferowane przez NFZ stawki” – napisała do NIK, odnosząc się do zarzutów po kontroli.

NIK przeprowadziła kontrolę w ubiegłym roku w pięciu oddziałach NFZ i u 22 świadczeniodawców. Przyczyną kontroli był wzrost wydatków na te świadczenia o 35 proc. w skali kraju (do 260 mln zł).

Jak za komuny…

Jak za komuny…

Pracownik tyskiej firmy Nexteer Automotive Poland stracił pracę za czytanie związkowej gazety.

Sprawę nagłośniło w środę biuro prasowe śląsko-dąbrowskiej „S”. Według informacji związkowców, pracownik włączył maszynę, którą obsługuje, i czekając aż urządzenie się rozgrzeje wziął do ręki leżący obok numer związkowego tygodnika. To że w czasie potrzebnym na rozgrzanie urządzenia załoga przegląda gazety, dotąd nikomu nie przeszkadzało.

Pracownik miał zostać pouczony przez kierownika, że w firmie jest zakaz czytania „takich rzeczy”; odmówił napisania w tej sprawie notatki służbowej, uważając, że nie ma do tego powodu. Kilkadziesiąt minut później otrzymał wypowiedzenie.

Gdy zwolniony pracownik zapytał o powody, kadrowa stwierdziła, że „chodzi o czytanie związkowej gazety”. Zakład opuścił w eskorcie ochroniarzy. Jego zdaniem, w firmie wydano zakaz czytania jakichkolwiek materiałów związkowych.

Przedstawiciele zarządu firmy, w której od kilku miesięcy trwa konflikt związkowców z Solidarności z zarządem, zaprzeczają, że czytanie związkowej gazety stało się przyczyną zwolnienia pracownika. Nie chcą jednak udzielać bardziej szczegółowych informacji o powodach i okolicznościach zwolnienia.

Zwolniony zapowiada, że o swoje prawa będzie walczył w sądzie. Na drogę sądową sprawę skierował także szef „Solidarności” w Nexteer Grzegorz Zmuda, w czerwcu zwolniony z pracy dyscyplinarnie. Pierwszą rozprawę w jego sprawie zaplanowano na czwartek w wydziale pracy i ubezpieczeń społecznych Sądu Rejonowego w Tychach.

Według Zmudy, zwolniono go za to, że podczas legalnego strajku ostrzegawczego w tyskiej firmie używane były trąbki i gwizdki. Zdaniem przewodniczącego i prawników śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” to zwolnienie było bezprawne.

Polski kapitalizm nie wiele różni się jak widać od „komuny”. Za „ludowej” Polski także szykanowano pracowników i zwalniano ich z pracy za „Solidarność”…

Mocny głos ZNP

Mocny głos ZNP

Związek Nauczycielstwa Polskiego popiera protesty nauczycieli, rodziców i uczniów na Litwie, domagających się odwołania ustawy o oświacie, która z dniem 1 września 2011 r. wprowadziła w szkołach mniejszości narodowych obowiązek nauczania geografii, historii, wiedzy o świecie oraz podstaw wychowania patriotycznego w języku litewskim.

To problem dla tysięcy uczniów, posługujących się dotychczas w domu i szkole językiem polskim i rosyjskim. Uczniów, którzy w tych językach zdawali egzaminy. Zmiany w nauczaniu to także dramat dla dziesiątków polskich i rosyjskich nauczycieli, którzy z dnia na dzień mogą stracić zatrudnienie.

Nauczyciele po obu stronach zdają sobie sprawę, że konsekwencje tej decyzji i eskalacji konfliktu poniosą ich uczniowie.

Związek Nauczycielstwa Polskiego zrealizował film o sytuacji polskich szkół na Litwie: „Łudziliśmy się, że jesteśmy wolni…”.

To reportaż wyprodukowany przez Związek Nauczycielstwa Polskiego o sytuacji nauczycieli szkół mniejszości na Litwie, pokazujący ich reakcję na politykę władz litewskich.

ZNP chce zainteresować trudną sytuacją szkół mniejszości na Litwie struktury Międzynarodówki Edukacyjnej (EI), licząc na reakcję jej kierownictwa.

Film będzie prezentowany podczas posiedzenia Okrągłego Edukacyjnego Stołu Krajów Europy Środkowo-Wschodniej ETUCE w Kijowie 15 września 2011 r.

W realizacji filmu ZNP pomógł Litewski Związek Pracowników Oświaty i Nauki (Lietuvos švietimo profesinė sąjunga), który jako jedyny oficjalnie poparł protesty nauczycieli szkół mniejszości.

___
Źródło informacji: http://kronika.opzz.org.pl; „Kronika związkowa”, nr 143(2053)/2011.