„Polska w budowie” systemu nierówności

·

„Polska w budowie” systemu nierówności

·

Polityka nastawiona na redystrybucję służy nie tylko ubogim, ale w dłuższej perspektywie – przywołując hasło PO sprzed lat – sprawia, że żyje się lepiej wszystkim. Niestety z perspektywy czasu wiele wskazuje, że dla Platformy słowa te były sloganem w ówczesnej kampanii wyborczej, nie zaś hasłem otwierającym długookresowe poszukiwania sposobów budowania bardziej sprawiedliwego ładu społecznego.

Końcówka kadencji parlamentu skłania do podsumowań. Jedno z pytań brzmi: jak system polityczny wpływa na strukturę społeczną? Jak państwo swymi działaniami kształtuje relacje dochodowe między poszczególnymi warstwami?

Częściowej odpowiedzi udziela raport przygotowany przez Centrum Analiz Ekonomicznych. Pełna wersja dokumentu ukazała się 13 września. „Gazeta Wyborcza” dotarła wcześniej do zasadniczych obliczeń i wniosków. Jak czytamy w podtytule artykułu na ten temat: Państwo zamiast wspomagać najuboższych, wspiera ulgami podatkowymi najbogatszych (M. Bojanowski, „Ulgi nie pomogą najbiedniejszym”, „Gazeta Wyborcza”, 24 sierpnia 2011). Co składa się na tę ponurą diagnozę?

Z jednej strony, w 2007 r. (jeszcze pod koniec rządów PiS) podwyższono niemal 10-krotnie ulgę podatkową na dziecko. Nie przyniosło to żadnych korzyści rodzinom najmniej zamożnym. Tymi, którzy skorzystali z ulgi najwięcej, okazały się rodziny najbogatsze. Z drugiej strony, nastąpiło zmniejszenie liczby adresatów świadczeń rodzinnych, których wielkość nieznacznie wzrosła w ostatnich latach, ale próg pozostał na starym poziomie, więc wiele rodzin nie może już z nich korzystać.

Wspomniany raport zawiera dokładniejsze wyliczenia, kto i ile zyskał na zmianach. Ogólnie jednak można powiedzieć, że system podatkowo-zasiłkowy w tym względzie zaczął działać zgodnie z tak zwanym w naukach społecznych prawem św. Mateusza: „Albowiem temu, kto ma, będzie dane i obfitować będzie; a temu, kto nie ma, i to, co ma, będzie odjęte”.

Warto przy tym zauważyć mniej oczywiste aspekty problemu. Otóż sytuacja biednych pogarsza się podwójnie, a nawet potrójnie. Nie tylko dlatego, że państwo przeznacza na ich rzecz mniej pieniędzy, ale także z tego powodu, że rośnie dystans między nimi a bogatszymi, a więc subiektywny wymiar ubóstwa może się pogłębić. W badaniach prowadzonych w krajach rozwiniętych, do pomiaru ubóstwa i wykluczenia stosuje się nie tylko wskaźniki absolutne, ale także względne – określające pozycję materialną jednostki względem standardów danego społeczeństwa.

Pogorszenie sytuacji najsłabszych w wyniku omawianej polityki odbywa się w jeszcze jeden sposób. Wraz ze wzrostem dystansów osłabia się spójność społeczna, a ta jest ważnym czynnikiem ułatwiającym rozwiązywanie problemów, na których występowanie i skutki narażone są w większym stopniu osoby gorzej sytuowane.

Rozwój na nierównej drodze?

Widzimy więc, że władze przez ostatnie lata nie wykorzystały systemu podatkowo-zasiłkowego do łagodzenia nierówności społecznych, choć jest to jeden z głównych instrumentów do tego celu. Niestety, można odnieść wrażenie, iż obecna ekipa rządząca w ogóle sobie takiego celu nie stawia. W sztandarowym dokumencie strategicznym rządu „Polska 2030” proponuje się wizję rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego. Nie wnikając w szczegóły, można powiedzieć, że odrzuca on równość – o czym świadczy już sam pierwszy człon tej dość enigmatycznej nazwy – zarówno jako cel, jak i tym bardziej jako warunek rozwoju. Na kartach raportu kwestia wysokiego rozwarstwienia nie jest traktowana jako zasadnicze wyzwanie nawet w rozdziale „Spójność społeczna”, mimo że ogromne kontrasty społeczne jeśli nie uniemożliwiają, to z pewnością utrudniają osiągnięcie tej spójności.

Tymczasem nierówności są bardzo niepokojące i bez mechanizmów je ograniczających mogą do 2030 r. wzrosnąć. Dokonują się one już na poziomie pierwotnego podziału dochodu narodowego. Obserwujemy w ciągu kilkunastu lat rosnące rozwarstwienie płacowe. Jak podają, posiłkując się danymi GUS, autorzy raportu „Polska Praca 2010”: W 1993 roku różnica pomiędzy najwyższymi a najniższymi wynagrodzeniami sięgała 493%. Natomiast w 2008 roku była już półtora razy wyższa i osiągnęła 794,1% (Komisja Krajowa NSZZ Solidarność, „Polska praca 2010”, s. 27). Diagram ilustrujący trendy wskazuje, iż zróżnicowanie to sukcesywnie rosło przez całe półtora dekady objętej porównaniem. A to tylko różnice w zarobkach. Rozwarstwienie majątkowe jest znacznie głębsze.

Do pewnego stopnia różnice te można łagodzić już na poziomie płacowym, ale pole manewru władzy państwowej jest tu stosunkowo niewielkie. Znacznie łatwiej można różnice w zamożności zmniejszać poprzez politykę fiskalną i socjalną. A tego władza nie czyni lub robi to nieskutecznie. Chodzi przy tym nie tylko o niwelowanie rozwarstwienia, ale i o problem redystrybucji środków, które są nierówno rozdzielone.

Każdy podręcznik polityki gospodarczej wskazuje na redystrybucję jako jedną z zasadniczych funkcji polityki fiskalnej. Tymczasem w Polsce system podatkowy słabo realizuje to zadanie. Nie chodzi tylko o wspomnianą ulgę na dzieci, ale np. o proporcje przychodów, jakie budżet czerpie z poszczególnych rodzajów podatków. Kolejne rządy obniżają podatki czy to dla firm, czy dla najbogatszych obywateli, rekompensując to podniesieniem stawek VAT, który dotyka wszystkich, ale – w relacji do posiadanych zasobów – osoby niezamożne szczególnie dotkliwie. Dziwi to tym bardziej, że jeszcze przed podjęciem tej decyzji obecny rząd miał szanse zapoznać się z raportem Eurostatu, z którego wynikało, że w Polsce udział podatków pośrednich w całości opodatkowania jest jednym z najwyższych, podczas gdy udział bezpośrednich jednym z niższych w UE (patrz tutaj). Decyzja jest więc kuriozalna, tym bardziej, że podwyżka VAT ogranicza w przypadku osób uboższych konsumpcję, a ta mogłaby napędzić produkcję. Zwłaszcza w dobie zagrożenia recesją powinniśmy o tym pamiętać.

Działania władzy uderzają nie tylko w uboższych, ale pośrednio w całą zbiorowość. Albo powiedzmy inaczej: poprzez uderzenie w najsłabszych, uderzają w ogół społeczeństwa. Ta ostatnia konstrukcja wydaje się precyzyjniejsza i jednocześnie naprowadza na ogólniejszą zależność, którą warto wziąć sobie do serca. Chodzi o zależność między ogólnym dobrobytem (rozpatrywanym nie tylko ekonomicznie) a dobrobytem najsłabszych członków społeczeństwa. Najpoważniejszym argumentem „rozwojowym” przeciwko oszczędzaniu na systemowym wsparciu dla najuboższych jest to, że prowadzi zazwyczaj do nieodwracalnego ubytku w kapitale ludzkim, będącym jednym z motorów nowoczesnej gospodarki. Rodzi to koszty zdrowotne i koszty utraconych możliwości, jakich osoby pogrążone w biedzie nie są w stanie (z pożytkiem dla społeczeństwa) wykorzystać. Koszty generuje zresztą nie tylko bieda w wymiarze absolutnym, ale także względnym, o której tu mówimy. Wielkie przepaście prowadzą do społecznych konfliktów i zagrażają bezpieczeństwu.

I wędka, i ryba

Oczywiście pojawia się jeszcze kwestia tego, czy transfery socjalne – takie jak zasiłek rodzinny – to najlepszy sposób na wydobywanie rodzin z ubóstwa. Część osób skłonna jest argumentować, że ważniejsze są działania aktywizujące. Nie ryba, lecz wędka – przekonują. Sprawa jednak nie jest tak prosta. Świadczenia rodzinne to coś innego niż świadczenia przysługujące na mocy ustawy o pomocy społecznej. Te pierwsze mają zwiększyć dochody wśród rodzin mniej zamożnych, te drugie – wspomóc ludzi w trudnych sytuacjach. Nie zawsze rodzina, której powinien przysługiwać zasiłek rodzinny, jest dotknięta jakąś dysfunkcją. Nieraz po prostu nie ma dość pieniędzy, by finansować różne potrzeby umożliwiające jej pełne uczestnictwo w życiu społecznym.

Bieda często widziana jest przez pryzmat stereotypów, w których wódka leje się hektolitrami, a od kilku pokoleń nikt w rodzinie nie podejmował pracy. Tymczasem w post-transformacyjnej Polsce mamy równolegle do czynienia z nową biedą, np. niskopłatnych pracowników, ludzi na czasowych umowach, którzy nie mogą wziąć kredytu mieszkaniowego, za to mają na utrzymaniu dzieci, co generuje dodatkowe wydatki. Takim osobom bardziej niż wędka jest potrzebna ryba, dzięki której zmniejszy się luka między codziennymi potrzebami a możliwościami finansowymi. Co więcej, to właśnie niemożność dopięcia domowego budżetu może doprowadzić do sytuacji patologicznych. To, jak codzienne trudności materialne stają się zaczynem poważnych konfliktów międzyludzkich i głębokich patologii, nieraz prowadzących wręcz do tragedii, zilustrował w przejmujący sposób film „Plac Zbawiciela”.

Poza tym nawet tam, gdzie zjawiska patologiczne są głęboko utrwalone i potrzebna jest reintegracja społeczna i życiowa, nie należy rezygnować z instrumentów osłonowych w postaci transferów pieniężnych. Dlatego, że przezwyciężenie nieporadności życiowej, rodzinnej i zawodowej ma szanse się powieść dopiero tam, gdzie ludzie zaczynają dysponować własnymi środkami, których jest na tyle dużo, iż mogą przy ich pomocy zaspokoić choćby podstawowe potrzeby. Bez ryby mało komu starczy siły i wytrwałości, by uczyć się skutecznego korzystania z wędki. Potrzebne jest więc jedno i drugie. Aby starczyło na obydwa typy instrumentów, trzeba przeznaczać na to spore środki publiczne. To się jednak – patrząc wielowymiarowo i długookresowo – po prostu opłaca.

By żyło się lepiej. Wszystkim

Wiele społeczeństw, zwłaszcza skandynawskich, dawno już to zrozumiało i woli poprzez mechanizmy hojnej i silnie progresywnej polityki fiskalnej wydać więcej, ale dzięki temu cieszyć się życiem w bezpieczniejszym i zdrowszym społeczeństwie, przy okazji nie tracąc później publicznych i prywatnych środków na walkę z problemami wyrosłymi z biedy i nierówności.

Reasumując: polityka nastawiona na redystrybucję służy nie tylko ubogim, ale w dłuższej perspektywie – przywołując hasło PO sprzed lat – sprawia, że żyje się lepiej wszystkim. Niestety z perspektywy czasu wiele wskazuje, że dla Platformy słowa te były tylko sloganem ówczesnej kampanii wyborczej, nie zaś hasłem otwierającym długookresowe poszukiwania sposobów budowania bardziej sprawiedliwego ładu społecznego.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie