Stracona dekada USA

Stracona dekada USA

W biedzie żyje już 46,2 mln obywateli kraju  – czytamy w rządowym raporcie USA – to największa liczba ubogich w ciągu ostatniego półwiecza

Oto wyniki opublikowanego niedawno raportu na temat rocznych dochodów i ubóstwa, United States Census Bureau, za rok 2010:

  • Dochody gospodarstw domowych spadły do tego stopnia, że z powodu kłopotów finansowych milion obywateli zrezygnowało w tym roku z ubezpieczenia zdrowotnego. Trwający od niemal dekady spadek liczby ubezpieczonych doprowadził już do tego, że 16,3 proc. obywateli nie ma dziś ubezpieczenia – to największy odsetek, odkąd zaczęto prowadzić takie statystyki;
  • Liczba Amerykanów, którzy znaleźli się poniżej ustawowej granicy ubóstwa wzrosła o 2,6 mln osób, z tego dwie trzecie nie przepracowało w 2010 roku nawet jednego tygodnia;
  • Średni dochód gospodarstwa domowego spadł o 2,3 proc. do 49 445 dolarów w porównaniu z rokiem poprzednim, a o 7 proc. w porównaniu z rokiem 2000;
  • Liczba biednych dzieci poniżej 18. roku życia osiągnęła najwyższy poziom od roku 1962
  • Najwyższy wskaźnik ubóstwa odnotowano w Missisipi (22,7 proc.), a najniższy w New Hampshire (6,6 proc.). Wśród Kalifornijczyków liczba osób, które znalazły się poniżej granicy ubóstwa w ciągu ubiegłego roku wzrosła do 16,3 proc. – o cały punkt procentowy. Średni dochód gospodarstwa domowego w stanie spadł o 4,6 proc. do 54 459 dolarów. Z danych think tanku California Budget Project wynika, że to największy roczny spadek w notowanej historii;
  • Liczba młodych ludzi w wieku 25-34 lat, którzy ubiegłej wiosny mieszkali z rodzicami sięgnęła 5,9 mln – to wzrost o 25,5 proc. od początku recesji w 2007 roku. Gdyby mieszkali samodzielnie, połowa z nich zaliczałaby się do osób żyjących poniżej granicy ubóstwa;

Raport Census Bureau za relatywny próg ubóstwa przyjmuje dochód w wysokości 11 139 dolarów na osobę samotną rocznie oraz 22 314 dolary na czteroosobową rodzinę. Przy wyznaczaniu oficjalnej granicy ubóstwa nie bierze się pod uwagę bonów żywnościowych, ani ulg podatkowych dla najmniej zarabiających. Gdyby wliczyć beneficjentów tych programów, które w ubiegłym roku kosztowały około 150 mld dolarów, okazałoby się, że poniżej progu ubóstwa żyje o wiele milionów obywateli więcej.

Eksperci są zgodni, że ustawowa granica ubóstwa, opracowana przez rząd w latach 60. nie uwzględnia wielu wydatków i potrzeb życiowych związanych z modelem współczesnej gospodarki. Census Bureau już w październiku ma przedstawić alternatywy sposób mierzenia poziomu ubóstwa w USA.

Census Bureau nie podaje jednoznacznych przyczyn nagłego wzrostu ubóstwa, ale z raportu wynika, że powodem może być niezdolność do tworzenia nowych miejsc pracy.

– Jeśli nie stworzymy więcej miejsc pracy, następne pokolenie boleśnie odczuje to na własnej skórze  – ostrzega Timothy M. Smeeding, dyrektor Instytutu Badań nad Ubóstwem przy Uniwersytecie w Wisconsin. Z badań wynika, że skutki recesji i bezrobocia jeszcze przez wiele lat mogą negatywnie wpływać na zarobki Amerykanów.

Dane opublikowano tuż po ogłoszeniu przez prezydenta Obamę nowego programu pomocowego o wartości 447 mld, przewidującego m.in. cięcia podatków mające ożywić rynek pracy. Raport Census Bureau uznano za ważny głos w debacie nad rolą rządu w pomocy najbiedniejszym i bezrobotnym w czasach deficytu budżetowego i drastycznych cięć wydatków społecznych.

Jak informuje Census Bureau, zasiłki dla bezrobotnych pomogły podźwignąć z biedy 3 mln osób żyjących poniżej granicy ubóstwa. Najnowszy program pomocowy Obamy przewiduje dalsze wypłaty dla osób pozbawionych pracy. Autorzy raportu „kolejny raz podkreślają, że kontynuowanie takich programów jest konieczne dla odbudowy gospodarki”, zaznacza Christine Owens, dyrektor wykonawczy National Employment Law Project, odnosząc się do programu ubezpieczeń dla osób bezrobotnych i ubezpieczeń społecznych.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Polskie partie: dla dobra najbogatszych

Polskie partie: dla dobra najbogatszych

Na zmianach w polityce podatkowej i społecznej wprowadzonych za rządów PiS i PO najmniej skorzystali najbiedniejsi, najwięcej najbogatsi. To wnioski z raportu wyborczego Centrum Analiz Ekonomicznych.

CenEA przyjrzała się, kto zyskał, a kto stracił na zmianach w systemie podatkowym i pomocy społecznej wprowadzonych za rządów koalicji PiS-Samoobrona-LPR i PO-PSL, informuje portal „wyborcza.biz”.

Na zmianach przeprowadzonych w latach 2006-11 zdecydowanie najlepiej wyszli najbogatsi. Ich dochody zwiększyły się średnio o 9,4 proc., czyli prawie o 800 zł miesięcznie, głównie dzięki obniżce podatków, składki rentowej i wprowadzeniu ulgi podatkowej na dzieci.

Znacznie mniej zyskali najubożsi: przeciętnie 5,8 proc., czyli ok. 50 zł miesięcznie. Bo choć wysokość świadczeń socjalnych rosła, to progi dochodowe uprawniające do pomocy od państwa były zamrożone. Nie podniósł ich ani PiS, ani PO. Stąd liczba dzieci dostających zasiłek rodzinny spadła w sześć lat o 18 proc.

Za rządów PiS korzyści z przeprowadzanych zmian rozkładały się względnie równomiernie. Na obniżce składek ZUS, wprowadzeniu ulgi na dzieci i zmianach w pomocy społecznej najbogatsi zyskali 3 proc., a reszta społeczeństwa po ponad 4 proc.

Jednak i tu widać cienie. Zmiany w systemie podatkowym i pomocy społecznej wprowadzone za rządów PiS nie przyniosły korzyści emerytom. Zdecydowana większość środków przeznaczonych na ulgę podatkową na dzieci trafiła do rodzin zamożnych, twierdzi dr Michał Myck, szef CenEA, współautor raportu.

Różnice zaczęły rosnąć zdecydowanie za rządów Platformy. Liczba dzieci dostających zasiłek rodzinny spadła o ok. 620 tys., bo nie rosły progi uprawniające do dostania go.

Na reformie podatkowej (uchwalonej jeszcze za PiS, ale popartej przez PO) zyskali głównie najbogatsi, przeciętnie 550 zł miesięcznie.

Ani PiS, ani PO nie zniosły też podatku Belki, choć obie partie obiecywały to w czasie kampanii wyborczych w 2005 i 2007 r.

Primum Non Nocere do Komitetów Wyborczych

Primum Non Nocere do Komitetów Wyborczych

18 września obradował Kongres Stowarzyszenia Primum Non Nocere.
Kongres źle ocenił sytuację poszkodowanych w wyniku błędów i wypadków medycznych i funkcjonowanie ostatnio powołanych instytucji dla pomocy poszkodowanym.

Kongres apeluje do Komitetów Wyborczych o przedstawienie swoich projektów działań w tym zakresie.

1/ W 2009 r. powołana została instytucja Rzecznika Praw Pacjenta.
2/ Od przyszłego roku zaczną działać komisje do orzekania o prawie do odszkodowań za tzw. zdarzenia medyczne (termin pojawił się w ustawie, by nie urazić środowiska lekarskiego pisaniem o szkodach przy leczeniu);

Ustawy sprawiają wrażenie realizacji postulatów Stowarzyszenia, ale jest to pozór. Powołane instytucje są w nazwach zbliżone do tego, co postulowaliśmy, lecz zasady działania niestety są inne. Nadal też nie wprowadzono programu pomocy dla osób poszkodowanych w wyniku błędów i wypadków medycznych.

Urzędy Rzeczników dla poszczególnych grup społecznych, powinny być tworzone po to, by obywatel, jeśli znajdzie się w konflikcie z przedstawicielem silnej korporacji czy instytucji, mógł otrzymać pomoc w dochodzeniu swoich praw. Tak działa urząd Rzecznika Praw Dziecka, Rzecznika Konsumenta, czy Ubezpieczonego. Tak też powinien działać urząd Rzecznika Praw Pacjenta. Rzeczywistość jest jednak inna.

Rzecznik, jak niegdyś z ministerstwa zdrowia, tak obecnie z własnego urzędu, bez podjęcia działań wyjaśniających, przesyła skargi poszkodowanych do korporacji lekarskiej, celem „załatwienia zgodnie z właściwościami” (na podstawie sprawozdania za 2009 r ).
Statystyka działania Izb wygląda następująco: co roku do Izb Lekarskich trafia 2-3 tys. skarg. W tym okresie uprawomocnia się mniej niż 200 orzeczeń uznających winę lekarza. Ponad 90 % korporacyjnych postępowań kończy się umorzeniem czy uniewinnieniem lekarza. Wyroki oddalające skargi są często wyrokami na poszkodowanych, bo tą drogą chorych czy okaleczonych
ludzi pozbawia się prawa żądania naprawy tego, co im zrobiono.
Rzecznik, który powinien chronić poszkodowanych przed nadmierną władzą i patologicznym solidaryzmem korporacji, bez własnych działań wyjaśniających, przesyła skargi poszkodowanych do Izb lekarskich.

Poza sprawami związanymi z psychiatrią w 2009 r. trafiło do Rzecznika ok. 4300 skarg. Z tego ok. 40 osób kontaktowało się osobiście z urzędem. Resztę załatwiano za pośrednictwem infolinii czy e-maila. Koszta takiego działania urzędu to kilka milionów złotych rocznie. Jest to chyba najdroższa infolinia kraju.

Od przyszłego roku zaczną działać komisje do orzekania o prawie do
odszkodowań. Mimo zapowiedzi, iż nasz system będzie analogią skandynawskiego systemu ubezpieczeń (w kwestii złych skutków leczenia, bez obowiązku dowodzenia winy) jest inaczej. Nasza ustawa przyzna odszkodowanie tylko wówczas, gdy zostanie orzeczone, że szkodę spowodowało naruszenie wiedzy medycznej.

Mało się to różni od konieczności udowodniania winy za spowodowanie szkody, co jest wymogiem postępowania przed sądem. Jest natomiast zasadniczo różne od kryterium obowiązującego w państwach skandynawskich. Tam podstawą do odszkodowania jest ustalenie, iż szkoda wystąpiła, a przy właściwym leczeniu nie powinna była wystąpić. Skandynawskie kryterium daje prawo do odszkodowania znacznie szerszej grupie osób. Są to ci wszyscy, którzy ucierpieli, a konkretnemu sprawcy nie udaje się dowieść winy.

Przy naszych kryteriach, komisje przyznają prawo do odszkodowań tym, którzy i tak ze znacznym prawdopodobieństwem by je uzyskali w postępowaniu sądowym.

Ograniczenie wysokości odszkodowań uzasadniane jest analogią do skandynawskiego systemu ubezpieczeń i tym, że orzeczenia komisje wydadzą szybciej niż sądy. Analogii do systemu skandynawskiego, w rzeczywistości, nie ma.

Tworzenie komisji dla orzekania wedle analogicznych kryteriów, co sądy cywilne, lecz dających niższe odszkodowania wydaje się mieć tylko jedno uzasadnienie. Jest nim chęć ograniczenia wysokości wypłacanych odszkodowań.

Jeśli sądy działają opieszale w sprawach o błędy lekarskie to należy usprawniać ich działanie, tak by działały sprawnie, a nie powoływać pseudo-sądy dające pseudo-odszkodowania.

Jeśli władze państwa chcą rzeczywiście pomóc tym, którzy ucierpieli na skutek złego leczenia, to:
1/ Powinny zostać uruchomione programy pomocy medycznej dla poszkodowanych;
2/ Odszkodowania i renty powinna uzyskać tak szeroka grupa poszkodowanych, jak w państwach skandynawskich. W tym celu należało, w nowelizowanej ustawie, nie wprowadzać własnych kryteriów, lecz przyjąć takie, jakie obowiązują w państwach skandynawskich.

Zbigniew Dudko
przewodniczący Stowarzyszenia

dr Adam Sandauer
honorowy przewodniczący Stowarzyszenia

Nie chcą prywatyzacji PKL

Nie chcą prywatyzacji PKL

Akcję zbiórki podpisów ludzi nauki pod pismem do premiera Donalda Tuska przeciwko prywatyzacji Polskich Kolei Linowych, rozpoczął w poniedziałek klub im. Władysława Zamoyskiego w Zakopanem.

Zdaniem prezesa klubu Piotra Bąka, sprzedaż przez skarb państwa akcji PKL S.A. będzie oznaczała początek prywatyzacji Tatrzańskiego Parku Narodowego (TPN), ponieważ najstarsza i najbardziej znana część przedsiębiorstwa, czyli kolej linowa na Kasprowy Wierch, znajduje się właśnie na terenie Parku, pisze portal WNP.PL.

Prezes klubu im. Zamoyskiego wyjaśnia w liście, że tereny, na których znajdują się urządzenia zespołu kolei linowych na Kasprowy Wierch, są objęte prawną ochroną przyrody w ramach TPN, uznanego przez UNESCO za część światowego rezerwatu biosfery „Tatry”, a od 2004 r. wpisanego na listę Natura 2000 w europejskiej sieci obszarów chronionych.

Bąk powołuje się na ustawę z dnia 6 lipca 2001 r. o zachowaniu narodowego charakteru strategicznych zasobów naturalnych kraju, która stanowi, że zasoby przyrodnicze parków narodowych należące do skarbu państwa nie podlegają przekształceniom własnościowym. Klub im. Władysława Zamoyskiego zlecił opinię prawną na temat zgodności zamiarów prywatyzacji z tą ustawą.

PKL S.A. jest rentowną, dobrze prosperującą spółką, która inwestuje, powiększa majątek i wypracowuje zysk. „Funkcjonowanie spółki nie stanowi źródła jakichkolwiek problemów dla Ministra Infrastruktury i Ministra Skarbu Państwa, nie ma zatem ekonomicznych przesłanek do pośpiesznych działań prywatyzacyjnych” – czytamy w liście do premiera Tuska.