Złe warunki pracy w portach

Złe warunki pracy w portach

Przeładunki robione przez marynarzy, zastępowanie pracowników zatrudnionych na stałe pracownikami tymczasowymi czy niski poziom bezpieczeństwa pracy to najczęstsze wnioski z kontroli prowadzonych w portach Trójmiasta i Szczecina.

„Marynarze organizują portowców, portowcy organizują marynarzy” to hasło Bałtyckiego Tygodnia Akcji, który właśnie się kończy. Od poniedziałku inspektorzy Międzynarodowej Organizacji Transportowców, związkowcy i wolontariusze skontrolowali około 300 jednostek w portach m.in. Danii, Estonii, Finlandii i Norwegii. W Polsce kontrole objęły ponad 30 jednostek. Ponieważ organizowanie marynarzy i dokerów w związki zawodowe to przesłanie tegorocznej akcji, sporo czasu inspektorzy poświęcili również na spotkania z pracownikami portów.

Kontrole potwierdziły, że warunki pracy marynarzy i dokerów pogarszają się. Przeładunków dokonują marynarze, za co nie dostają wynagrodzenia. Poważne obawy budzi poziom bezpieczeństwa pracy dokerów. Zdaniem związkowców poważnym zagrożeniem jest odchodzenie właścicieli terminali od stałych umów o pracę.

Prace przeładunkowe przejmują firmy, które zatrudniają pracowników tymczasowych. Na wielu terminalach nie ma związków zawodowych, pracownicy są zastraszani. W jednym przypadku odkryliśmy, że pracodawca sam stworzył związek podsumowuje Adam Mazurkiewicz, inspektor Międzynarodowej Organizacji Transportowców z Krajowej Sekcji Marynarzy i Rybaków NSZZ „S”.

Zdaniem związkowców pogarszające się warunki pracy to wynik silnej konkurencji między portami i firmami transportowymi. Uciekanie narodowych przewoźników pod tzw. „tanie bandery” likwiduje tradycyjne powiązania: właściciel bandera załoga. Marynarze zatrudnieni są na podstawie kontraktu na czas określony lub konkretną podróż a ich pracodawcą nie jest właściciel statku. Z podobnymi problemami borykają się pracownicy portów. Właściciele terminali odchodzą od stałych umów o pracę na rzecz pracowników „dorywczych”. W wielu przypadkach do przeładunków zmuszane są załogi statków, które nie mają ani właściwych kompetencji, ani nie otrzymują za to wynagrodzenia.

Bałtycki Tydzień Akcji to od kilku lat wspólna akcja związków zawodowych zrzeszonych w Międzynarodowej Federacji Transportowców. Związkowcy z Danii, Estonii, Finlandii, Niemiec, Litwy, Łotwy, Norwegii, Rosji, Szwecji i Polski przez kilka dni sprawdzają warunki pracy marynarzy i dokerów w portach Morza Bałtyckiego. W Polsce w kontrole prowadzili przedstawiciele: Krajowej Sekcji Morskiej Marynarzy i Rybaków NSZZ „S”, Sekcja Krajowa Portów Morskich NSZZ „S”, Ogólnopolski Związek Zawodowy Oficerów i Marynarzy oraz Federacja Związków Zawodowych Marynarzy i Rybaków.

Źródło przedruku tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Cudze chwalicie…

Cudze chwalicie…

Ukazało się trzecie wydanie serii „Groch i kapusta. Podróżuj po Polsce!” wydawnictwa Rosikon Press.

Autorka, Elżbieta Dzikowska, prowadziła przed laty z mężem Tonym Halikiem cykl programów „Pieprz i wanilia”. Teraz, kiedy wszyscy możemy podróżować po całym świecie, dzieli się z nami opisami niezwykłych miejsc, jakie poznała i często odwiedza w Polsce. W serii „Groch i kapusta” oprócz relacji o nich i zdjęć wiele uwagi poświęca wybranym przez siebie ludziom, aby przekazać ich pasje, z nadzieją, że nie tylko czytelników zaciekawią, lecz i zainspirują.

Martyna Wojciechowska o cyklu „Groch i kapusta. Podróżuj po Polsce!”: „Nie ma ludzi niezastąpionych” – to znane powiedzenie zupełnie się nie odnosi do Elżbiety Dzikowskiej, która jest nie do „podrobienia”! Niezmiennie pełna energii, po zwiedzeniu najdalszych zakątków globu i zainspirowaniu kilku pokoleń Polaków do podróżowania, teraz przybliża nam cudowne zakątki naszego kraju. To obowiązkowa lektura dla tych, którzy „cudze chwalą, a swego nie znają”! Jestem fanką zarówno osobowości autorki, jak i jej książek. „Groch i kapusta” to pyszne, pięknie podane danie, a przy tym lekkostrawne – można jeść bez ograniczeń. Gorąco polecam!

Więcej tutaj.

Poniżej linki do czterech klipów z udziałem autorki, prezentujących książkę:

http://www.vimeo.com/18015326
http://www.vimeo.com/18015282
http://www.vimeo.com/18015174
http://www.vimeo.com/18014773

Karygodne marnotrawstwo

Karygodne marnotrawstwo

Wg najnowszych badań Federacji Polskich Banków Żywności, warzywa i owoce są jednym z pięciu najczęściej wyrzucanych produktów.

Dane Eurostatu sytuują Polskę na piątej pozycji wśród państw marnujących najwięcej jedzenia. Rocznie marnujemy ok. 9 mln ton żywności, informuje Portal Spożywczy.

Banki Żywności przygotowały badanie z okazji Światowego Dnia Żywności, przypadającego na 16 października. Wynika z nich, że Polacy kupują za dużo owoców i warzyw, nie wiedzą jak je przechowywać i nie zauważają, gdy gniją. To najczęstsze przyczyny wyrzucania przez Polaków tych produktów.

Jak zauważa Maria Gosiewska, koordynatorka kampanii „Nie marnuj jedzenia”, bardzo ważnym aspektem marnowania owoców i warzyw są także straty ekologiczne. – Do wytworzenia 1 kg ziemniaków potrzebne jest aż 300 ton wody, a każda 1 tona żywności, która trafia na wysypiska śmieci emituje do atmosfery 4,2 ton CO2 . Dlatego też należy pamiętać, że wyrzucając owoce i warzywa, poza stratami samego produktu, generujemy również starty wartości odżywczych oraz ogromne straty dla środowiska – mówi Maria Gosiewska.

Według raportu Komisji Europejskiej, w 2010 roku najwięcej żywności marnowali Brytyjczycy. Na kolejnym miejscu są Niemcy, a następnie Francja i Holandia. Polska zajmuje niechlubne piąte miejsce. Do marnowania jedzenia przyznaje się co czwarty Polak.

Z okazji Światowego Dnia Żywności w 16 miastach w Polsce, odbędą się „Strajki Żywności”. Wolontariusze Banków Żywności przebrani za owoce i warzywa, w kolorowym przemarszu będą manifestować swój sprzeciw wobec marnowania owoców i warzyw oraz podpowiadać, jak ograniczyć ich marnowanie.

Jednomandatowe Okręgi Wyborcze: to nie działa

Jednomandatowe Okręgi Wyborcze: to nie działa

Okręgi jednomandatowe nie sprzyjają kandydatom niezależnym i przedstawicielom mniejszych partii.

W tym roku parlamentarzyści zadecydowali o zmianie kodeksu wyborczego, tak by w wyborach do Senatu obowiązywały jednomandatowe okręgi wyborcze. Przechodzi ten kandydat, który otrzyma największą ilość głosów. Zdaniem zwolenników JOW, rozwiązanie to promuje kandydatów niezwiązanych z największymi partiami, którzy cieszą się popularnością w regionach.

A jednak wbrew zwolennikom JOW, tak się nie stało. Senatorów niezwiązanych z większymi partiami jest więc mniej niż w 2005 roku.

Od początku było do przewidzenia, że tak będzie. Nie rozumiem, czym kierowali się konstytucjonaliści i parlamentarzyści, którzy poparli okręgi jednomandatowe do Senatu. Niezależni kandydaci na senatorów, którzy liczyli, że dzięki JOW-om ich szanse się zwiększą, wykazali się naiwnością dziecka – komentuje dla TOK FM prof. Radosław Markowski.

Jego zdaniem, w innych krajach, które wprowadzały JOW-y, wyborcy szybko uczyli się, że najwięcej głosów dostają przedstawiciele dużych partii i – żeby nie marnować głosu – na listach skreślali ludzi z większych ugrupowań. Okazywało się, że po wprowadzeniu JOW-ów, ludzie wybierali mniej kandydatów niezależnych.

W następnych wyborach będzie jeszcze gorzej. Jeśli PO będzie miała ponad 40 proc. poparcia, będziemy mieć 80 senatorów z tej partii – uważa politolog.