Tak knują szuje

Tak knują szuje

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, „Lewiatan” przygotował kolejny pakiet propozycji spod znaku „reform”. Obejmują one skrócenie maksymalnego okresu pobierania zasiłku dla bezrobotnych do 6 miesięcy oraz powiązanie jego wysokości ze średnim miesięcznym wynagrodzeniem danej osoby w ostatnim roku pracy przed rejestracją w urzędzie pracy. Zdaniem „Lewiatana”, 12-miesięczne uprawnienie do pobierania zasiłku w powiązaniu z wysoką stopą bezrobocia zniechęca do podejmowania pracy, a zachęca do pozostawania w rejestrach urzędów pracy.

Nie tylko skrócenie okresu pobierania zasiłku miałoby zmusić bezrobotnych do aktywnego poszukiwania pracy, lecz także zmiana zasad jego wyliczania. Pracodawcy proponują, żeby w pierwszych 3 miesiącach pobierania zasiłku jego wysokość była równa 25 proc. płacy minimalnej plus 15 proc. wynagrodzenia indywidualnego. W kolejnych 3 miesiącach wynosiłaby odpowiednio 15 proc. plus 15 proc.

Pracodawcy wyliczają, że wprowadzenie tych zmian spowoduje, że stopa zastąpienia (relacja zasiłku do zarobków) dla tych, którzy pracując, otrzymywali płacę minimalną (obecnie 1386 zł), odpowiadałaby 40 proc. przez pierwsze trzy miesiące pobierania zasiłku i 30 proc. w kolejnych miesiącach. Dla osób z zarobkami bliższymi średniej krajowej stopa zastąpienia nieznacznie podniosłaby się. Natomiast ci bezrobotni, którzy jako pracownicy zarabiali kwotę odpowiadającą płacy minimalnej. Obecnie mają stopę zastąpienia wynoszącą 53 proc. – według propozycji Lewiatana powinno to być 40 proc.

Nas pomysły „Lewiatana” nie dziwią, bo one od lat są właśnie takie – mają „uzdrawiać budżet” zabieraniem biednym, zamiast sięgnięciem do przepastnych i pełnych kieszeni członków „Lewiatana”. Tym razem zaintrygowała nas jednak skala bezczelnej manipulacji lobby pracodawców. Po pierwsze, większość bezrobotnych już dzisiaj korzysta z zasiłku tylko przez pół roku, bo zasiłek 12-miesięczny przysługuje tylko tym, którzy zamieszkują na obszarze dużego bezrobocia (powyżej 150% przeciętnej stopy bezrobocia w skali kraju) lub powyżej 50. roku życia i zarazem mającym przynajmniej 20-letni staż pracy. Po drugie, zasiłek ten wynosi zaledwie 742 zł przez pierwsze trzy miesiące i 582 zł przez kolejnych 9 miesięcy – trudno to uznać za kwotę skłaniającą do „wygodnickiego” siedzenia w domu zamiast szukania pracy. Po trzecie wreszcie, nijak nie możemy zrozumieć, jak odebranie lub obniżenie zasiłku ma zmobilizować do podejmowania zatrudnienia, skoro miejsc pracy drastycznie brakuje. Gdyby w Polsce wolnych etatów był nadmiar, wówczas można byłoby się zastanowić nad „wypędzaniem” ludzi na rynek pracy – dziś będzie to jedynie wpędzanie ich w jeszcze większą biedę.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Niemcom zazdrościmy prawicy

Niemcom zazdrościmy prawicy

Rządząca w Niemczech chadecka partia CDU zamierza opowiedzieć się na listopadowym kongresie w Lipsku za wyznaczeniem ustawowej granicy najniższego wynagrodzenia. To kolejny zwrot w lewo w polityce kanclerz Angeli Merkel.

– „W ocenie kanclerz Merkel chodzi tu o godność pracy” – powiedział w poniedziałek rzecznik niemieckiego rządu, Georg Streiter, cytowany przez Polską Agencję Prasową. Według niemieckich mediów, Merkel poparła projekt uchwały na kongres CDU, postulujący wprowadzenie ustawowej „dolnej granicy wynagrodzenia”, przeforsowany przez skrzydło chadecji reprezentujące interesy pracowników. Przedstawiciel tego skrzydła, Karl-Josef Laumann wyraził przekonanie, że postulat ten poprze również ogromna większość delegatów na zjazd CDU w Lipsku w połowie listopada.

Propozycja chadeków przewiduje, że wysokości płacy minimalnej nie będzie jednak ustalał rząd czy parlament, ale specjalna komisja, złożona z przedstawicieli związków zawodowych i pracodawców. Poziom najniższych wynagrodzeń byłby zbliżony do tych, jakie ustawowo otrzymują pracownicy tymczasowi – co najmniej 7,79 euro za godzinę na zachodzie Niemiec oraz 6,89 euro za godzinę we wschodnich krajach związkowych. Płaca minimalna obowiązuje w Niemczech tylko w niektórych branżach, jak np. opieka nad osobami starszymi i chorymi, budownictwo czy sprzątanie budynków. Nie są to jednak stawki jednolite. Także we wschodnich krajach związkowych Niemiec ustawowe płace minimalne często są niższe niż na zachodzie.

Dotychczas chadecja odrzucała wprowadzenie jednolitego minimalnego wynagrodzenia dla wszystkich branż, czego z kolei od lat domagają się związki zawodowe, a także socjaldemokracja, Zieloni i Lewica. Związkowcy i opozycja argumentują, że tysiące ludzi w Niemczech pracują za stawki uwłaczające ich godności, jak 4-5 euro za godzinę. Niektórzy pomimo pracy zawodowej zmuszeni są korzystać dodatkowo z zasiłków socjalnych. Zmiana stanowiska w sprawie płacy minimalnej to kolejny zwrot w lewo w programie CDU pod kierownictwem Angeli Merkel.

Plany wprowadzenia granicy najniższego wynagrodzenia zablokować mogą liberałowie z FDP. Sekretarz generalny tej partii, Christian Lindner, potwierdził że jego ugrupowanie odrzuca ustawową płacę minimalną, której wysokość ustalałby rząd. Oczywiście przeciwko są także władze Zrzeszenia Niemieckich Pracodawców.

Jysk – po trupach zysk?

Jysk – po trupach zysk?

Pracownicy sieci Jysk protestują. Choć obroty i zyski duńskiego koncernu w Polsce rosną z roku na rok, większość zatrudnionych przejdzie na trzy czwarte lub na pół etatu. Teraz za obsługę klientów, wydawanie towaru i rozładunek kilkutonowych dostaw będzie odpowiedzialna jedna osoba.

W ubiegłym tygodniu zakładowa „Solidarność” weszła w spór zbiorowy z pracodawcą. – „Redukcja wdrażana jest w sklepach w całym kraju stopniowo od września. Pracownicy otrzymali lub otrzymają wypowiedzenia warunków pracy i płacy, bo z obcięciem godzin pracy wiąże się oczywiście obniżka wynagrodzenia. Ludzie są zdruzgotani. Nasze pensje są bardzo niskie, a teraz obcięto je jeszcze o połowę” – mówi Przemysław Kowalski, szef „Solidarności” w sieci Jysk.

Jako przyczynę redukcji etatów pracodawca wskazuje spadek obrotów, jednak jak informują związkowcy, prognozowane obroty firmy w przyszłym roku mają być wyższe od obecnych. Z corocznych raportów publikowanych na stronie internetowej sieci wynika, że zarówno obroty, jak i zyski duńskiego koncernu w Polsce rosną nieprzerwanie od lat. I tak obroty duńskiego koncernu w roku budżetowym 2009/2010 wzrosły rok do roku o przeszło 14 proc. i wyniosły 968,8 mln zł. w porównaniu do 849,4 mln zł rok wcześniej. Z kolei zysk operacyjny firmy w tym okresie wzrósł aż o 32,48 proc. i wyniósł 77,5 mln zł w porównaniu do 58,5 mln w roku budżetowym 2008/2009. Wyniki finansowe firmy w Polsce są znacznie lepsze niż w rodzimej Danii, gdzie obroty w analogicznym ujęciu spadły o przeszło 4 proc., a zysk operacyjny wzrósł zaledwie o 1,98 proc. – „Na naszą uwagę, że obroty mają wzrosnąć, nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Decyzji o cięciu etatów również nie konsultowano w żaden sposób ze stroną społeczną. Dowiedzieliśmy się o wszystkim, kiedy zaczęto wprowadzać ją w życie” – podkreśla Kowalski.

Zdaniem przewodniczącego, redukcje czasu pracy doprowadzą do tego, że pracownicy sieci Jysk będą pracować ponad siły. – „Po zmianach jeden pracownik ma być na kasie, a drugi na sklepie.  W Jysk sprzedajemy meble. Przecież jedna osoba nie jest w stanie unieść np. kanapy i wydać jej klientowi. Do tego dochodzi rozładunek towaru. Dostawy zazwyczaj wahają się od 7 do 10 ton. Jak rozumiem, teraz jeden pracownik będzie musiał to rozładować, w międzyczasie dbając o obsługę klientów, wydawanie towaru, porządek w sklepie, właściwą ekspozycję towaru i mnóstwo innych rzeczy” – mówi szef zakładowej „S”.

Wynagrodzenia pracowników sieci wahają się od 1500 zł  do 1800 zł brutto dla pracowników z najdłuższym stażem. Od kilku lat w firmie nie było żadnych podwyżek płacy zasadniczej. – „Wielu z nas pracuje w Jysk już bardzo długo. Ludzie związali swoją przyszłość z tą firmą, mają dzieci, kredyty i inne zobowiązania. Do tej pory, mimo niskich płac, mieliśmy w miarę stabilne warunki zatrudnienia. Myśleliśmy, że kierownictwu zależy na wykwalifikowanych, doświadczonych pracownikach, ale widocznie byliśmy w błędzie” – zaznacza przewodniczący.
____________________
Przedruk za http://solidarnosckatowice.pl – tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Europejska „solidarność” w niedożywieniu

Europejska „solidarność” w niedożywieniu

Federacja Polskich Banków Żywności alarmuje, że z powodu zmniejszenia środków na realizację Europejskiego Programu Pomocy Żywnościowej (PEAD) w przyszłym roku blisko 800 tys. podopiecznych organizacji może zostać bez pomocy – informuje „Dziennik Gazeta Prawna”.

W czerwcu Komisja Europejska opublikowała rozporządzenie dot. zasad PEAD na 2012 r., przeznaczając na ten cel tylko 113 mln euro. W poprzednich latach było to ok. 500 mln euro. W roku 2011 wartość programu dla Polski wyniosła 75,3 mln euro. Środki na przyszły rok stanowią zaledwie 20% tej kwoty. Sześć państw członkowskich – Niemcy, Wielka Brytania, Szwecja, Dania, Holandia i Czechy – nie chce przeznaczać środków finansowych na realizację programu, choć Komisja Europejska oraz 21 krajów UE wykazuje wolę jego kontynuowania programu w skali, która pozwala na zabezpieczenie potrzeb najuboższych. Za jego realizacją opowiedziało się również 85% posłów Parlamentu Europejskiego.

Pomoc zmniejszono w efekcie orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości, który uznał, że pomoc w ramach programu może pochodzić jedynie z zapasów publicznych Unii i wykluczył kupowanie żywności na wolnym rynku. W związku z tym na 2012 r. przewidziano rozdzielanie jedynie istniejących nadwyżek produktów rolnych, czyli ok. 162 tys. ton zboża i 54 tys. ton odtłuszczonego mleka w proszku. Produkty, które trafią do Banków Żywności pozwolą na zapewnienie pomocy w dotychczasowym wymiarze tylko ok. 250 tys. potrzebujących w skali roku, pod opieką BŻ znajduje się w sumie około miliona osób.

Program PEAD jest w Polsce realizowany od 2004 r. Do tej pory jego wartość dla naszego kraju wyniosła łącznie 470 mln euro. Z regularnej pomocy żywnościowej korzystają 4 mln osób, z czego żywność dystrybuowana przez Banki Żywności dociera do ponad miliona potrzebujących Polaków. Federacja Polskich Banków Żywności zrzesza 27 Banków Żywności działających na terenie całego kraju, które udzielają pomocy 3,4 tys. organizacjom i instytucjom społecznym, za pośrednictwem których trafia ona do potrzebujących.