Powrót rozsądku?

Powrót rozsądku?

Świętokrzyski oddział NFZ chce zakontraktować usługi w ok. 40 szkolnych gabinetach stomatologicznych. Uczeń mógłby nieodpłatnie korzystać w nich z profilaktyki, a za zgodą rodziców również leczyć zęby.

Jak informuje portal Rynek Zdrowia, świętokrzyski Oddział NFZ pod koniec ubiegłego roku przeprowadzał konkursy na wszystkie świadczenia stomatologiczne na lata 2012-2014. W ramach tego procesu kontrakty otrzymało m.in. 25 gabinetów, których siedziby znajdują się w szkołach.

– „Oczywiście, każdy gabinet stomatologiczny, a mamy ich w sumie ponad 550, który znajduje się w innym miejscu niż szkoła, np. w przychodni, ma nie tylko prawo, ale i obowiązek przyjmować dzieci, prowadzić zarówno świadczenia profilaktyczne, jak i leczyć zęby. Niemniej jednak uznaliśmy, że warto jeszcze ogłosić dodatkowe postępowanie na świadczenia stomatologiczne dla dzieci i młodzieży do lat 18 ze wskazaniem na konieczność prowadzenia świadczeń w gabinecie mieszczącym się w przedszkolu, szkole podstawowej, gimnazjalnej i ponadgimnazjalnej. Postępowanie dotyczy całego województwa, tak by sieć gabinetów była rozłożona równomiernie, nie tylko w dużych miastach” – mówi portalowi rynekzdrowia.pl Beata Szczepanek, rzeczniczka prasowa świętokrzyskiego oddziału NFZ.

Oddziałowi NFZ zależy na zapobieganiu, poprzez systematyczne przeglądy, lakowanie, lakierowanie, lapisowanie. Pomysł chwali Joanna Zemlik, wojewódzki konsultant ds. stomatologii dziecięcej. Jej zdaniem bardzo ważne jest to, że konkurs ogłoszono właśnie dla gabinetów szkolnych. Będą one przede wszystkim skupiać się na zapobieganiu, a nie leczeniu, a młodzież będzie pod stałą kontrolą.

To nie koniec. – „Planujemy, że uda się nam zakupić usługi w około 15 dodatkowych gabinetach. Postępowania będą trwały do końca lutego, a gabinety mogłyby zacząć przyjmować pacjentów już od 1 marca” – wyjaśnia Beata Szczepanek. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, od wiosny w woj. świętokrzyskim w 40 szkołach dzieci i młodzież będą pod stałą, bezpłatną opieką stomatologów.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Więcej soku w soku!

Więcej soku w soku!

Rozwija się rynek polskiej ekożywności. Skutkuje to nie tylko dostępem do wysokiej jakości produktów spożywczych, ale także nowymi miejscami pracy na wsi. Niestety, polscy drobni producenci często czerpią z niego dużo mniejsze korzyści, niż duże zagraniczne firmy.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, sytuacja ta wynika przede wszystkim z nazbyt sztywnych przepisów. Obowiązujące w Polsce normy sanitarne powodują bowiem, że żywność ekologiczna, poddana wymaganej obróbce, stałaby się żywnością „plastikową”. Dobrym przykładem jest tutaj mleko, które traci większość składników odżywczych po obróbce w zakładach przetwórczych. Podobnie rzecz ma się z sokami – większość z nich to koncentraty zmieszane z wodą, a nie zdrowy sok wyciśnięty z owoców. Paradoksalnie jednak to właśnie takie zubożone produkty spełniają polskie normy fitosanitarne.

Innym problemem producentów zdrowej żywności jest fakt, że ich wytwory trafiają głównie zagranicę jako prosty surowiec zagranicę. – „Surowiec jest wciąż »wysysany« z polskiego rynku, przetwarzany za granicą, a potem trafia do nas jako wysokiej jakości produkt w bardzo wysokiej cenie. W efekcie na przetwórstwie zdrowej polskiej żywności zarabiają duże firmy przetwórcze za granicą” – wyjaśnia Danuta Zarzycka, właścicielka sklepu Rolnik Ekologiczny w Warszawie i gospodarstwa Eko-owoc. Powoduje to, że sytuacja rolników, którzy zdecydowali się na prowadzenie gospodarstw ekologicznych, nie jest wcale rewelacyjna.

W większości państw Unii Europejskiej istnieją odrębne regulacje prawne dla producentów ekożywności. Skutkują one choćby powstawaniem przy gospodarstwach małych przetwórni żywności, które w Polsce byłyby zamykane przez Sanepid. W naszym kraju podejmowano już co prawda próby wprowadzania przepisów o tzw. małym przetwórstwie w gospodarstwach rolnych, w praktyce jednak nie zmieniły one sytuacji i rolnicy wciąż natrafiają na biurokratyczny mur.

Piotr Kuligowski

Tak władza „rozmawia” ze społeczeństwem

Tak władza „rozmawia” ze społeczeństwem

Masowe protesty przeciwko ratyfikacji umowy ACTA doprowadziły do rozpoczęcia „konsultacji społecznych” władz z Internautami w tej sprawie. Praktyka unaocznia jednak arogancję polityków i fikcyjność owych „debat”.

Jedno ze spotkań nt. ACTA odbyło się w Gdańsku. Na rozmowę, obok ministra informatyzacji i cyfryzacji Michała Boniego, prawników i przedsiębiorców internetowych, przyszło przede wszystkim wielu „zwykłych” użytkowników przestrzeni wirtualnej. Okazało się jednak, że prowadzący panel zezwolił tym ostatnim na „dwa krótkie pytania”. Spotkało się to z rozgoryczeniem przybyłych, którzy taką sytuacją uznali za skandal.

W obliczu takiego obrotu spraw interweniował sam minister Boni, który zaczął zachęcać do wypowiadania się, choć jednocześnie zręcznie unikał jednoznacznej deklaracji co do referendum w sprawie ACTA. – „Jeśli wyjaśnimy wszystkie kwestie i okaże się, że ACTA nie ma zagrożeń, to wtedy nie wiem czy będzie potrzebne referendum” – lawirował Boni. Tutaj można obejrzeć całą „debatę”.

Arogancja władzy sprawiła także, iż udziału w obywatelskiej debacie z Donaldem Tuskiem w Warszawie odmówiły organizacje społeczne, m.in. Fundacja Panoptykon i Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Zdaniem ich przedstawicieli trudno o rzetelną dyskusję w sytuacji, gdy premier zasłania się niezrozumiałym „zawieszeniem ratyfikacji”, podczas gdy strona społeczna nie zna wykładni niejasnych sformułowań, użytych w ACTA, takich jak „skala handlowa” czy „piractwo”. Ponadto przedstawiciele zaproszonych środowisk domagają się transparentności debaty, a nie prowadzenia jej na salonach.

Wiele wskazuje więc na to, że przedstawiciele obozu rządzącego oderwali się od rzeczywistości nie mniej, niż francuscy władcy absolutni, mieszkający w Wersalu. Ukazuje to dobitnie konieczność ciągłego nacisku społecznego na władze – zarówno na ulicach, jak i w sieci. Wszak to my jesteśmy ponoć „suwerenem”, a oni tylko nas „reprezentują”.

Piotr Kuligowski

Naszą rozmowę na temat zagrożeń związanych z ACTA warto przeczytać tutaj.

Chrystus by ich pogonił

Chrystus by ich pogonił

„Financial Times” informuje, że w ostatnich dwóch latach Kościół anglikański podwoił kapitał ulokowany w tzw. funduszach hedgingowych, będących jednym z symboli „kasynowego kapitalizmu”.

Zarządzający majątkiem instytucji powierzyli wspomnianym funduszom ok. 10% jej kapitału – pod koniec 2009 r. było to jedynie 4%. Powodem zmian w polityce inwestycyjnej miała być chęć zróżnicowania portfela aktywów. Krok ten przyniósł Kościołowi znaczące zyski, jednak wzbudził spore kontrowersje, czemu dali wyraz m.in. uczestnicy ubiegłorocznych manifestacji w ramach akcji „Occupy London”.

Gazeta przypomina, że kierownictwo instytucji finansowych wspomnianego typu, utożsamianych ze spekulacją, zarabia miliony. Przykładowo, najwyżsi menedżerowie trzech największych funduszy hedgingowych z siedzibą w Wielkiej Brytanii za ub. rok będą mieli do rozdziału ok. 3 mld funtów.

Rzecznik Kościoła anglikańskiego przyznał, że forma inwestowania, o której mowa, wzbudza wśród duchownych kontrowersje. Zapewnił jednocześnie, że Kościół inwestuje tylko w funduszach, które spełniają rygorystyczne kryteria etyczne.