Coraz dalej do szkoły

Coraz dalej do szkoły

Tysiące dzieci w podróżach do i ze szkoły spędzają po kilkadziesiąt minut dziennie. Oszczędności na sieci szkół już zaczynają nas drogo kosztować.

Z mapy Polski co roku znika kilkaset szkół. Tylko w ubiegłym roku szkolnym 2010/2011 zamknięto w sumie 582 szkoły podstawowe, gimnazja oraz placówki ponadgimnazjalne. W roku szkolnym 2009/2010 w całej Polsce zlikwidowano 541 szkół, w 2008/2009 – 602, w 2007/2008 – 608, a w 2006/2007 – 653. Jak poinformowała „Rzeczpospolita”, w 2012 r. prawdopodobnie padnie rekord likwidacji szkół – zniknąć może około 800 placówek. Związek Nauczycielstwa Polskiego szacuje natomiast, że w tym roku likwidacji ulec może nawet tysiąc szkół.

Oświatowe kombinaty

Jedną z gmin, w której podjęto uchwały o likwidacji szkół, jest Miastków Kościelny w powiecie garwolińskim. Z końcem roku szkolnego zamknięte zostaną szkoły podstawowe w Brzegach i Oziemkówce, a uczniowie z tych wsi od września będą dowożeni do Zgórza, gdzie – według zapewnień władz gminy – szkoła jest lepiej wyposażona. Miastkowscy samorządowcy nie ukrywają, że chodzi również o oszczędności – władze przewidują, że dzięki likwidacji dwóch szkół uda się zmniejszyć gminne wydatki o 1,4 mln zł rocznie.

Eksperci oświatowi przekonują jednak, że duża i lepiej wyposażona szkoła w większej miejscowości wcale nie gwarantuje lepszej edukacji niż małe placówki szkolne na wsi: „Niemal rodzinna atmosfera w nich panująca, mała liczebność klas pozwalająca na indywidualizację nauczania i wsparcie każdego ucznia, bliski kontakt z każdą rodziną, pozwalają na osiąganie dobrych rezultatów” – zwróciła uwagę Elżbieta Tołwińska-Królikowska, wiceprezes Federacji Inicjatyw Oświatowych (FIO), w opracowaniu na temat małych szkół na wsi.

Idea grupowania uczniów w większych, dobrze wyposażonych szkołach prowadzi do tworzenia oświatowych kombinatów. W Rząśniku w powiecie wyszkowskim w zespole szkół obejmującym zerówkę, szkołę podstawową i gimnazjum uczy się prawie 500 uczniów. W Jednorożcu koło Przasnysza do kompleksu, w ramach którego działa szkoła podstawowa oraz gimnazjum, uczęszcza około 800 uczniów. Do zespołu szkół w Drobinie w powiecie płockim uczniowie dowożeni są z dziewięciu miejscowości.

Wyprawa do szkoły

Według ustawy o systemie oświaty, droga ucznia do szkoły nie powinna być dłuższa niż 3 km (w przypadku uczniów klas I-IV szkoły podstawowej) lub 4 km (w przypadku uczniów klas V i VI podstawówek oraz gimnazjalistów). Jeżeli do szkoły jest dalej, wówczas gmina ma obowiązek zapewnić bezpłatny dowóz lub zwracać koszty przejazdów transportem publicznym.

Zapewnienie sprawnej komunikacji szkolnej często dla gmin okazuje się sporym problemem – tysiące dzieci w podróżach do i ze szkoły spędza kilkadziesiąt minut dziennie. „Pomimo że w większości przypadków odległość wsi do większej szkoły nie jest bardzo duża (kilka kilometrów), to droga dojazdu autobusu jest dużo dłuższa z powodu konieczności objechania wielu wsi – czas dojazdu to nawet godzina” – czytamy w publikacji Elżbiety Tołwińskiej-Królikowskiej z Federacji Inicjatyw Oświatowych.

Organizacji dowozu dzieci do szkół przyjrzała się również Najwyższa Izba Kontroli. W 2009 r. podczas kontroli w gminach wiejskich Warmii i Mazur wykryto przypadki transportu szkolnego zorganizowanego tak, że uczniowie najmłodszych klas szkoły podstawowej przebywali poza domem ponad osiem godzin, choć zajęcia lekcyjne trwały cztery godziny. Niektórzy uczniowie klas nauczania początkowego oczekiwali na odwiezienie do domów ponad trzy godziny po zakończeniu lekcji. Z drugiej strony – jak informuje FIO – zdarza się, że uczniowie z odleglejszych wsi nie mogą uczestniczyć w zajęciach pozalekcyjnych, bo odbywają się one już po odjeździe ostatniego autobusu szkolnego do ich miejscowości.

Elżbieta Tołwińska-Królikowska dodaje, że problemem jest nie tylko dowóz dzieci do szkół, ale także zapewnienie łączności ze szkołą rodzicom: „Rodziny wymagające największego wsparcia na ogół nie mają samochodów, w związku z tym ich możliwości uczestniczenia w szkolnych zebraniach rodziców są minimalne – komunikacja publiczna nie zapewnia połączeń pozwalających na dotarcie po południu na zebranie i wieczorny powrót do domu. Kontakty z nauczycielami rodzin uczniów najbardziej potrzebujących wparcia stają się sporadyczne”.

Coraz droższe oszczędności

Ucieczka oświaty z małych miejscowości niesie ze sobą skutki nie tylko bezpośrednio związane z edukacją. Jak czytamy w opracowaniu Federacji Inicjatyw Oświatowych, „w wielu wsiach szkoła jest ostatnim publicznym budynkiem we wsi – w niej odbywa się nie tylko edukacja dzieci, ale i wydarzenia kulturalne, sportowe, rozrywkowe. Budynek szkolny jest miejscem schronienia podczas klęsk żywiołowych, lokalem wyborczym podczas wyborów, miejscem spotkań z władzami”. Opuszczone przez oświatę budynki zwykle również przestają pełnić te dodatkowe funkcje publiczne – często bowiem dawne obiekty szkolne są sprzedawane lub niszczeją.

W doprowadzonych do ruiny budynkach trudno będzie w przyszłości reaktywować szkoły. Eksperci tymczasem ostrzegają, że już za dwa lata wiek szkolny osiągną dzieci z wyżu demograficznego. – „Koszty odtworzenia placówki po kilku latach mogą być wyższe niż korzyści z jej obecnego zamknięcia” – powiedziała „Rzeczpospolitej” Agnieszka Chłoń-Domińczak z Instytutu Badań Edukacyjnych.

Nasilającym się skutkiem ubocznym zastępowania małych szkół przez duże molochy – z setkami uczniów zwożonych z różnych miejscowości – jest rosnąca przestępczość w szkołach. W 2010 r. policja odnotowała 26 197 przestępstw popełnionych na terenie szkół podstawowych i gimnazjów (między innymi 6221 rozbojów, 2778 kradzieży, 1307 bójek i pobić, 520 przestępstw narkotykowych, 20 gwałtów). Liczba szkolnych przestępstw rośnie z roku na rok. Tylko od 2009 r. – kiedy to w podstawówkach i gimnazjach odnotowano 21 040 przestępstw – nastąpił ich wzrost o jedną czwartą. Dla porównania w 2005 r. stwierdzono 17 724 przestępstw dokonanych w szkołach podstawowych i gimnazjach.

Jak widać, oszczędności na sieci szkół już zaczynają nas drogo kosztować.

Karol Trammer

______________________
Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „Z Biegiem Szyn”, nr 58, marzec-kwiecień 2012; http://www.zbs.net.pl

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Bryła lodu dla Rostowskiego

Bryła lodu dla Rostowskiego

W poniedziałek Międzybranżowy Komitet Protestacyjny Pracowników Sfery Budżetowej zorganizuje akcję protestacyjną przed Ministerstwem Finansów. – „Przygotowaliśmy ogromną bryłę lodu symbolizująca zamrożone pensje budżetówki. Zaprosimy ministra Rostowskiego, aby pomógł nam ją roztopić i odmrozić nasze wynagrodzenia” – zapowiada Edyta Odyjas, koordynatorka Komitetu.
Uczestnicy happeningu będą roztapiać lodową bryłę o wymiarach 2 na 2 metry za pomocą palników i suszarek do włosów. Jedna z suszarek została przygotowana specjalnie dla ministra Jacka Rostowskiego. W akcji wezmą udział m.in. związkowcy z sądów, urzędów skarbowych, ZUS-u, sanepidów, a także strażacy oraz cywilni pracownicy policji zrzeszeni w NSZZ „Solidarność”.

– „4 lata temu rząd zamroził podwyżki inflacyjne dla pracowników sfery budżetowej. Zbiorcza stopa inflacji z tych lat wynosi przeszło 15 proc. Nasze zarobki realnie maleją z roku na rok, a koszty utrzymania rosną” – tłumaczy Dawid Koloczek, wiceprzewodniczący Solidarności Pracowników Sądownictwa, jeden z organizatorów happeningu.

27 stycznia komitet protestacyjny budżetówki wysłał list otwarty do ministra Rostowskiego z żądaniem odmrożenia wzrostu płac oraz wyrównania wynagrodzeń pracowników o wskaźnik inflacji z poprzednich lat. – „Otrzymaliśmy odpowiedź podpisaną przez panią wiceminister Marię Orłowską, w której poinformowała nas, że na odmrożenie płac nie ma środków. Ministerstwo nie wyraziło nawet chęci spotkania się z nami. Jeżeli resort nie podejmie dialogu, zmusi nas do podjęcia bardziej radykalnych działań” – zapowiada Edyta Odyjas. – „Rząd wykorzystuje fakt, że nie możemy strajkować. Mamy jednak wiele innych form protestu przewidzianych prawem. Jeżeli nasze postulaty nie zostaną spełnione, planujemy kolejne o wiele większe protesty, których kulminacją będzie duża manifestacja w stolicy, połączona z paraliżem części urzędów”.

Poniedziałkowy happening Międzybranżowego Komitetu Protestacyjnego Pracowników Sfery Budżetowej przed gmachem Ministerstwem Sprawiedliwości rozpocznie się o godzinie 12.00.

Cuda nad rentą, czyli liberalna grabież

Cuda nad rentą, czyli liberalna grabież

W tym roku z funduszu rentowego być może zniknie kolejne 8-9 miliardów złotych. Rząd wynalazł mechanizm finansowy, który pozwala co roku przejmować i wygaszać miliardy pochodzące z naszych składek ubezpieczeniowych.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, z kont emerytalnych w ZUS wyparowało w ubiegłym roku ponad 8 miliardów złotych. Zniknęły środki emerytalne należące do osób, które pobierały rentę i zmarły, nie dożywszy emerytury. Po śmierci uprawnionych zawartość należących do nich kont emerytalnych powinna zostać przeniesiona na fundusz rentowy, ale tego nie zrobiono. Według danych ZUS, do których udało się dotrzeć „Naszemu Dziennikowi”, na kontach zmarłych rencistów znajdowało się w końcu 2010 roku aż 8,4 miliardy złotych, po których dziś nie ma śladu.

Podczas debaty nad podniesieniem składki rentowej rząd szermował argumentem, że w funduszu rentowym widnieje deficyt na kwotę 17 mld złotych. Tymczasem przytoczone dane wskazują, że ów deficyt rząd w dużej mierze sam sobie wykreował. O ile nieuwzględnienie w funduszu rentowym środków żyjących rencistów może mieć pewne uzasadnienie (bo część z nich doczeka się emerytury), o tyle „zapomnienia” o kwocie 8,4 mld zł należącej do osób nieżyjących i nieprzekazania jej na fundusz rentowy niczym nie da się wytłumaczyć.

– „Zastosowano wybieg polegający na tym, że fundusze, które powinny być przeznaczone na renty, znikły na kontach. Inteligentnie przedstawiono, że deficyt funduszu rentowego wynika z różnicy między kwotą składek a tym, co jest wypłacane w formie rent. To zaś, co było na kontach, wyparowało” – tłumaczy gazecie dr Cezary Mech, finansista, były wiceminister finansów, który zdobył te informacje, prowadząc własne prace badawcze nad przepływami finansowymi w ZUS.

Ta znikająca kwota, łącznie nawet 17,7 mld zł, jest i tak zaniżona z uwagi na to, że część osób posiada rachunki prowadzone tylko od początku reformy emerytalnej, ponieważ nie dopełniła formalności związanych z wyliczeniem kapitału początkowego albo nie była jeszcze objęta tym obowiązkiem.

Po podniesieniu wieku emerytalnego „maszynka do czyszczenia kont” będzie w stanie pochłaniać społeczne oszczędności w tempie kilka razy szybszym.  Jeśli wiek emerytalny zostanie podniesiony, rencistów z pewnością przybędzie. Z pewnością też zwiększy się liczba osób na rentach, które nie dożyją emerytury, a wtedy rządowy wynalazek pozwoli wygaszać rocznie np. po 30 mld zł środków, które powinny trafić na fundusz rentowy. Dzięki temu problem zadłużenia finansów publicznych w zakresie zobowiązań emerytalno-rentowych w miarę upływu lat rozwiąże się sam. Wyłącznie na papierze.

Kapitalizm na państwowym

Kapitalizm na państwowym

Pracownicy Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR) skarżą się na łamanie praw pracowniczych. Prawdopodobnie wkrótce sprawa trafi do sądu.

Jak pisze „Dziennik Gazeta Prawna”, wydawałoby się, że w urzędach państwowych pracuje się osiem godzin dziennie i przestrzega praw pracowniczych. Nic bardziej mylnego. Od kilku miesięcy do redakcji dziennika napływają skargi pracowników ARiMR. Już w grudniu zatrudnione tam osoby informowały o nieuczciwych praktykach, stosowanych wobec inspektorów terenowych. W ramach pensji muszą oni zrealizować 22 punkty (np. dokonać pomiaru powierzchni gruntów), a za każdy kolejny otrzymywali 150 zł. Jednak w ostatnim kwartale okazało się, że za następne punkty dostaną zaledwie 115 zł. Co więcej, ARiMR zapowiadało zastosowanie niższej stawki do przeliczenia punktów z całego roku. Dzięki interwencji gazety, udało się tego uniknąć (115 zł zapłacono za dodatkowe punkty z ostatniego kwartału 2011 r.). Poszkodowani pracownicy zapowiadają jednak, że sprawa trafi do sądu.

Innym pomysłem na oszczędzanie na pracownikach terenowych jest niewypłacanie im diet. Prezes ARiMR twierdził, że zawieszenie tychże będzie rekompensowane przez nagrody. Okazało się jednak, że kryteria ich przyznawania są niekorzystne dla zatrudnionych. Wcześniej każdy pracownik otrzymywał 11,5 zł za realizację każdego punktu, obecnie zaś dostaje tę samą kwotę bez względu na liczbę zrealizowanych punktów. – „Dieta powinna być wypłacana pracownikom bez względu na to, czy pracodawcy przewidują dodatkową rekompensatę” – podkreśla radca prawny, Paweł Kisiel. Przepisy kodeksu pracy nie mogą być mniej korzystne od regulaminu wynagradzania pracowników. Stawka 11,5 zł dziennie jest o połowę niższa od przysługującej pracownikowi diety w wysokości 23 zł.

Przykład ARiMR pokazuje, że negatywne cechy kapitalizmu odbijają się także na urzędnikach, kojarzonych powszechnie z ośmiogodzinnym dniem pracy, premiami i przestrzeganiem praw pracowniczych.

Piotr Kuligowski