Zbrodnia przeciw narodowi?

Zbrodnia przeciw narodowi?

Geir Haarde, były premier Islandii, stanął przed sądem oskarżony o zaniechanie działań, które mogłyby zapobiec krachowi islandzkiego systemu bankowego w 2008 r. Czy inne państwa pójdą śladem Islandii?

Jak poinformował portal lewica24.pl, 6 marca byłego premiera Islandii postawiono przed utworzonym ponad 100 lat temu specjalnym trybunałem do rozpatrywania odpowiedzialności polityków, Landsdómur. Była to pierwsza rozprawa przez tym trybunałem.

Geir Haarde rządził Islandią od 2006 r. z ramienia prawicowo liberalnej Partii Niepodległości. Za jego rządów islandzkie banki inwestowały w niebezpieczne instrumenty finansowe. Mało było im też zysków z rynku krajowego, więc oferowały cudzoziemcom m.in. znacznie wyższe oprocentowanie niż banki na kontynencie. Trzy największe banki islandzkie udzieliły wówczas kredytów, których łączne kwoty były równe 9-krotnej wartości PKB tego kraju!

W 2008 r. nastąpił krach, wywołany m.in. „złymi kredytami”. Banki stały się niewypłacalne. W efekcie ludzie tracili dorobek całego życia, a straty gospodarcze sięgnęły 75% PKB. W styczniu 2009 r., po masowych demonstracjach premier Haarde podał swój rząd do dymisji. Oskarżyciele twierdzą, że Haarde wiedział wcześniej o kłopotach banków, jednak nie zrobił nic, aby zapobiec ich upadkowi. Ex-premier przekonuje natomiast, że nie posiadał odpowiedniej wiedzy, a po krachu podjął skuteczną drogę walki ze skutkami kryzysu i zamiast ratować banki budżetowymi pieniędzmi, pozwolił im upaść, nacjonalizując trzy największe. Jego przeciwnicy twierdzą, że zareagował za późno, a większość reform, które poprawiły sytuację, podjęła dopiero jego następczyni na stanowisku premiera, socjaldemokratka Johanna Sigurdardottir.

W razie udowodnienia winy, Geirowi Haardemu grozi kara do dwóch lat pozbawienia wolności.

Warto przeczytać nasz większy tekst o buncie Islandczyków przeciwko systemowi przyjaznemu bankom, nie obywatelom.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Coraz dalej do szkoły

Coraz dalej do szkoły

Tysiące dzieci w podróżach do i ze szkoły spędzają po kilkadziesiąt minut dziennie. Oszczędności na sieci szkół już zaczynają nas drogo kosztować.

Z mapy Polski co roku znika kilkaset szkół. Tylko w ubiegłym roku szkolnym 2010/2011 zamknięto w sumie 582 szkoły podstawowe, gimnazja oraz placówki ponadgimnazjalne. W roku szkolnym 2009/2010 w całej Polsce zlikwidowano 541 szkół, w 2008/2009 – 602, w 2007/2008 – 608, a w 2006/2007 – 653. Jak poinformowała „Rzeczpospolita”, w 2012 r. prawdopodobnie padnie rekord likwidacji szkół – zniknąć może około 800 placówek. Związek Nauczycielstwa Polskiego szacuje natomiast, że w tym roku likwidacji ulec może nawet tysiąc szkół.

Oświatowe kombinaty

Jedną z gmin, w której podjęto uchwały o likwidacji szkół, jest Miastków Kościelny w powiecie garwolińskim. Z końcem roku szkolnego zamknięte zostaną szkoły podstawowe w Brzegach i Oziemkówce, a uczniowie z tych wsi od września będą dowożeni do Zgórza, gdzie – według zapewnień władz gminy – szkoła jest lepiej wyposażona. Miastkowscy samorządowcy nie ukrywają, że chodzi również o oszczędności – władze przewidują, że dzięki likwidacji dwóch szkół uda się zmniejszyć gminne wydatki o 1,4 mln zł rocznie.

Eksperci oświatowi przekonują jednak, że duża i lepiej wyposażona szkoła w większej miejscowości wcale nie gwarantuje lepszej edukacji niż małe placówki szkolne na wsi: „Niemal rodzinna atmosfera w nich panująca, mała liczebność klas pozwalająca na indywidualizację nauczania i wsparcie każdego ucznia, bliski kontakt z każdą rodziną, pozwalają na osiąganie dobrych rezultatów” – zwróciła uwagę Elżbieta Tołwińska-Królikowska, wiceprezes Federacji Inicjatyw Oświatowych (FIO), w opracowaniu na temat małych szkół na wsi.

Idea grupowania uczniów w większych, dobrze wyposażonych szkołach prowadzi do tworzenia oświatowych kombinatów. W Rząśniku w powiecie wyszkowskim w zespole szkół obejmującym zerówkę, szkołę podstawową i gimnazjum uczy się prawie 500 uczniów. W Jednorożcu koło Przasnysza do kompleksu, w ramach którego działa szkoła podstawowa oraz gimnazjum, uczęszcza około 800 uczniów. Do zespołu szkół w Drobinie w powiecie płockim uczniowie dowożeni są z dziewięciu miejscowości.

Wyprawa do szkoły

Według ustawy o systemie oświaty, droga ucznia do szkoły nie powinna być dłuższa niż 3 km (w przypadku uczniów klas I-IV szkoły podstawowej) lub 4 km (w przypadku uczniów klas V i VI podstawówek oraz gimnazjalistów). Jeżeli do szkoły jest dalej, wówczas gmina ma obowiązek zapewnić bezpłatny dowóz lub zwracać koszty przejazdów transportem publicznym.

Zapewnienie sprawnej komunikacji szkolnej często dla gmin okazuje się sporym problemem – tysiące dzieci w podróżach do i ze szkoły spędza kilkadziesiąt minut dziennie. „Pomimo że w większości przypadków odległość wsi do większej szkoły nie jest bardzo duża (kilka kilometrów), to droga dojazdu autobusu jest dużo dłuższa z powodu konieczności objechania wielu wsi – czas dojazdu to nawet godzina” – czytamy w publikacji Elżbiety Tołwińskiej-Królikowskiej z Federacji Inicjatyw Oświatowych.

Organizacji dowozu dzieci do szkół przyjrzała się również Najwyższa Izba Kontroli. W 2009 r. podczas kontroli w gminach wiejskich Warmii i Mazur wykryto przypadki transportu szkolnego zorganizowanego tak, że uczniowie najmłodszych klas szkoły podstawowej przebywali poza domem ponad osiem godzin, choć zajęcia lekcyjne trwały cztery godziny. Niektórzy uczniowie klas nauczania początkowego oczekiwali na odwiezienie do domów ponad trzy godziny po zakończeniu lekcji. Z drugiej strony – jak informuje FIO – zdarza się, że uczniowie z odleglejszych wsi nie mogą uczestniczyć w zajęciach pozalekcyjnych, bo odbywają się one już po odjeździe ostatniego autobusu szkolnego do ich miejscowości.

Elżbieta Tołwińska-Królikowska dodaje, że problemem jest nie tylko dowóz dzieci do szkół, ale także zapewnienie łączności ze szkołą rodzicom: „Rodziny wymagające największego wsparcia na ogół nie mają samochodów, w związku z tym ich możliwości uczestniczenia w szkolnych zebraniach rodziców są minimalne – komunikacja publiczna nie zapewnia połączeń pozwalających na dotarcie po południu na zebranie i wieczorny powrót do domu. Kontakty z nauczycielami rodzin uczniów najbardziej potrzebujących wparcia stają się sporadyczne”.

Coraz droższe oszczędności

Ucieczka oświaty z małych miejscowości niesie ze sobą skutki nie tylko bezpośrednio związane z edukacją. Jak czytamy w opracowaniu Federacji Inicjatyw Oświatowych, „w wielu wsiach szkoła jest ostatnim publicznym budynkiem we wsi – w niej odbywa się nie tylko edukacja dzieci, ale i wydarzenia kulturalne, sportowe, rozrywkowe. Budynek szkolny jest miejscem schronienia podczas klęsk żywiołowych, lokalem wyborczym podczas wyborów, miejscem spotkań z władzami”. Opuszczone przez oświatę budynki zwykle również przestają pełnić te dodatkowe funkcje publiczne – często bowiem dawne obiekty szkolne są sprzedawane lub niszczeją.

W doprowadzonych do ruiny budynkach trudno będzie w przyszłości reaktywować szkoły. Eksperci tymczasem ostrzegają, że już za dwa lata wiek szkolny osiągną dzieci z wyżu demograficznego. – „Koszty odtworzenia placówki po kilku latach mogą być wyższe niż korzyści z jej obecnego zamknięcia” – powiedziała „Rzeczpospolitej” Agnieszka Chłoń-Domińczak z Instytutu Badań Edukacyjnych.

Nasilającym się skutkiem ubocznym zastępowania małych szkół przez duże molochy – z setkami uczniów zwożonych z różnych miejscowości – jest rosnąca przestępczość w szkołach. W 2010 r. policja odnotowała 26 197 przestępstw popełnionych na terenie szkół podstawowych i gimnazjów (między innymi 6221 rozbojów, 2778 kradzieży, 1307 bójek i pobić, 520 przestępstw narkotykowych, 20 gwałtów). Liczba szkolnych przestępstw rośnie z roku na rok. Tylko od 2009 r. – kiedy to w podstawówkach i gimnazjach odnotowano 21 040 przestępstw – nastąpił ich wzrost o jedną czwartą. Dla porównania w 2005 r. stwierdzono 17 724 przestępstw dokonanych w szkołach podstawowych i gimnazjach.

Jak widać, oszczędności na sieci szkół już zaczynają nas drogo kosztować.

Karol Trammer

______________________
Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „Z Biegiem Szyn”, nr 58, marzec-kwiecień 2012; http://www.zbs.net.pl

Rozsądek triumfuje – „Prasowy” zostaje!

Rozsądek triumfuje – „Prasowy” zostaje!

Batalia o funkcjonujący w Warszawie od kilkudziesięciu lat Bar Mleczny „Prasowy” zdaje się zmierzać do szczęśliwego zakończenia. Po protestach Zarząd Dzielnicy Śródmieście przeznaczył lokal do konkursu profilowanego na bar mleczny.

Problemy „Prasowego” zaczęły się kilka lat temu. Władze miasta systematycznie podnosiły mu czynsz, aż wreszcie prowadzenie baru z tanimi posiłkami stało się niemożliwe. Jadłodajnię zamknięto w listopadzie ub.r.. Jednak 19 grudnia działacze społeczni dokonali ponownego otwarcia lokalu, przez który w ciągu trzech godzin przewinęło się ok. 400 osób. Jednak ok. godz. 18 oddział prewencyjny policji zmusił obecnych do opuszczenia „Prasowego”. Jak „wyjaśniał” wówczas rzecznik Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami, Mateusz Dallali, „Istnieje podejrzenie, że osoby ze środowiska skrajnej lewicy wdarły się do Prasowego w celu dożywiania ludzi biednych”.

Aktywiści nie dali jednak za wygraną. Dzięki szeregowi spotkań i dyskusji z radnymi udało im się przekonać władze do przeprowadzenia konkursu profilowanego dla przyszłego najemcy lokalu. Zarząd Dzielnicy zaakceptował postulat, by w lokalu mógł mieścić się bar z niedrogimi posiłkami. W konkursie będzie brana pod uwagę przyjazność dla mieszkańców Warszawy, a więc m.in. dostępność dla osób niepełnosprawnych i wózków dziecięcych, udostępnienie klientom opiniotwórczych tytułów prasowych czy bezpłatny dostęp do bezprzewodowego Internetu. W skład wielostronnej komisji, która rozstrzygnie, kto zostanie przyszłym najemcą „Prasowego”, wejdą m.in. mieszkańcy dzielnicy Śródmieście.

Losy baru można śledzić na stronie internetowej http://www.prasowy.waw.pl

Tutaj natomiast można obejrzeć ciekawy film z „okupacji” nieczynnego już wtedy baru „Prasowego” – m.in. przekonać się, do czego w Polsce służą oddziały Policji.

Piotr Kuligowski

Bryła lodu dla Rostowskiego

Bryła lodu dla Rostowskiego

W poniedziałek Międzybranżowy Komitet Protestacyjny Pracowników Sfery Budżetowej zorganizuje akcję protestacyjną przed Ministerstwem Finansów. – „Przygotowaliśmy ogromną bryłę lodu symbolizująca zamrożone pensje budżetówki. Zaprosimy ministra Rostowskiego, aby pomógł nam ją roztopić i odmrozić nasze wynagrodzenia” – zapowiada Edyta Odyjas, koordynatorka Komitetu.
Uczestnicy happeningu będą roztapiać lodową bryłę o wymiarach 2 na 2 metry za pomocą palników i suszarek do włosów. Jedna z suszarek została przygotowana specjalnie dla ministra Jacka Rostowskiego. W akcji wezmą udział m.in. związkowcy z sądów, urzędów skarbowych, ZUS-u, sanepidów, a także strażacy oraz cywilni pracownicy policji zrzeszeni w NSZZ „Solidarność”.

– „4 lata temu rząd zamroził podwyżki inflacyjne dla pracowników sfery budżetowej. Zbiorcza stopa inflacji z tych lat wynosi przeszło 15 proc. Nasze zarobki realnie maleją z roku na rok, a koszty utrzymania rosną” – tłumaczy Dawid Koloczek, wiceprzewodniczący Solidarności Pracowników Sądownictwa, jeden z organizatorów happeningu.

27 stycznia komitet protestacyjny budżetówki wysłał list otwarty do ministra Rostowskiego z żądaniem odmrożenia wzrostu płac oraz wyrównania wynagrodzeń pracowników o wskaźnik inflacji z poprzednich lat. – „Otrzymaliśmy odpowiedź podpisaną przez panią wiceminister Marię Orłowską, w której poinformowała nas, że na odmrożenie płac nie ma środków. Ministerstwo nie wyraziło nawet chęci spotkania się z nami. Jeżeli resort nie podejmie dialogu, zmusi nas do podjęcia bardziej radykalnych działań” – zapowiada Edyta Odyjas. – „Rząd wykorzystuje fakt, że nie możemy strajkować. Mamy jednak wiele innych form protestu przewidzianych prawem. Jeżeli nasze postulaty nie zostaną spełnione, planujemy kolejne o wiele większe protesty, których kulminacją będzie duża manifestacja w stolicy, połączona z paraliżem części urzędów”.

Poniedziałkowy happening Międzybranżowego Komitetu Protestacyjnego Pracowników Sfery Budżetowej przed gmachem Ministerstwem Sprawiedliwości rozpocznie się o godzinie 12.00.