Przeciw likwidacji przychodni dziecięcej – list otwarty pracowników

Przeciw likwidacji przychodni dziecięcej – list otwarty pracowników

Szpital im. Dzieci Warszawy przy Siennej 60 przetrwał zabór rosyjski, I i II wojnę, Hitlera, powstanie, Stalina, czterdzieści pięć lat rządów komunistycznych i ma zostać zlikwidowany teraz, gdy podobno wreszcie mamy sprawiedliwy ustrój.

Jesteśmy pracownikami dawnego szpitala im. Dzieci Warszawy przy ulicy Siennej 60 w Warszawie. Był to znany w całej Polsce szpital zakaźny dla dzieci, leczący w warunkach przyjaznych małemu pacjentowi i ograniczających do minimum stres związany z hospitalizacją dzięki nieograniczonemu prawu do przebywania rodziców razem z dziećmi. W roku 2000 na mocy decyzji Sejmiku Mazowieckiego doszło – pomimo naszych protestów – do połączenia naszego szpitala ze szpitalem w Dziekanowie Leśnym. Dyrekcja powstałego w ten sposób zespołu szpitali zaczęła planową likwidację naszej placówki, coraz bardziej ograniczając jej działalność. Na nic zdało się pisanie petycji i wskazywanie na to, jak wielu pacjentów leczyliśmy. Kluczowym słowem były „straty” – nie większe niż w przypadku innych szpitali, a na pewno mniejsze niż w samym Dziekanowie!

Potem zamknęli naszą kuchnię, przejęli nasz sprzęt laboratoryjny i zapasy z apteki, nie wspominając o wyposażeniu szwalni, sal chorych, izby przyjęć i gabinetów lekarskich. Co nie było im potrzebne, kazali zwyczajnie zniszczyć lub sprzedać na złom. Jedyne, co zostało w miejscu dawnego szpitala, to przychodnia. Jednak i jej działalność od początku ograniczono, likwidując pracownię RTG (i zabierając oczywiście aparat), potem ten sam los spotkał pracownię EEG, mimo obecności trzech neurologów, leczących ciężkie przypadki. To samo stało się z doskonale prosperującą pracownią kardiologiczną pod kierownictwem dr Sielskiej-Wojtaszek.

Jeśli chodzi o traktowanie personelu, to szkoda nawet o tym pisać, gdyż w oczach dyrekcji z Dziekanowa nie jesteśmy ludźmi, tylko roboczym bydłem bez żadnych praw. Żyliśmy w ciągłym strachu. Na przestrzeni czterech ostatnich lat dostaliśmy tylko jedną podwyżkę, wynoszącą od 40 do 70 złotych na osobę, a premia uznaniowa i trzynastka stały się wspomnieniem tak odległym, że zapomnieliśmy, co to jest. Jedynymi dodatkowymi pieniędzmi poza pensją było paręset złotych na Boże Narodzenie. Przesunięto – nie pytając nas o zdanie, jedynie informując o fakcie dokonanym – wypłatę pensji z 29 bieżącego miesiąca na 10 dzień miesiąca następnego, przy czym zwykle pieniądze i tak wpływały później. Jeszcze gorzej ma się sprawa z lekarzami, zatrudnionymi na kontraktach. Księgowość zalega z wypłatami dla nich po dwa-trzy, a nawet cztery miesiące. Oczywiście o jakimś zadośćuczynieniu za takie opóźnienie nie ma mowy. Wytrzymaliśmy i to. Od dawna odmawia się dokonywania bieżących napraw, rzadko kiedy otrzymujemy potrzebne do pracy materiały. Papier do drukarek kupujemy często z własnej kieszeni, bo nasze zapotrzebowania trafiają do śmieci. Nic tu nie zmienia fakt, że przyznane przez NFZ punkty wyrabiamy w 100%, nawet z nadwyżką, do tego stopnia, że wręcz nakazano nam pilnowanie, by nie przekraczać określonej liczby. Pracownicy portierni zostali w większości zwolnieni. Ci, co zostali, dostali angaż jako dozorcy i dołożono im obowiązek sprzątania terenu. Pracują całodobowo, na „dwunastki”. Jednocześnie odmówiono im odzieży ochronnej, latem wody, a zimą posiłków regeneracyjnych, bo „nie ma na to pieniędzy”.

Obecnie – dokładnie 8 marca br. – dostaliśmy pismo o przekazaniu budynków przy Siennej do dyspozycji Urzędu Marszałkowskiego, na trzy tygodnie przed dniem, w którym ma to nastąpić. Pracownikom nakazano przejście do Dziekanowa od dnia 1 kwietnia, mimo że w angażach mamy wpisane jako miejsce pracy przychodnię przy ulicy Siennej 60. Jest to dla nas niedopuszczalne łamanie naszych praw, szczególnie że dla wielu z nas uciążliwość dojazdu do Dziekanowa czyni niemożliwym pracę w tym miejscu, szczególnie przy tej samej nędznej pensji i bez perspektyw na przyszłość. Osobną sprawą jest kwestia pacjentów, o których jak zwykle nikt nie pamięta. Nie są DOCHODOWI – przepraszamy, to po co w ogóle istnieje taka placówka jak Dziekanów Leśny, skoro mały pacjent jest dla niej wyłącznie dojną krową i niczym więcej? W dodatku trzeba zdać sobie sprawę z tego, że po pierwsze, personel przychodni alergologicznej przy Siennej 60 (poprzednio przychodnia na Pasteura) w większości poszuka pracy gdzie indziej, a po drugie pacjenci poszukają bardziej dogodnych pod względem logistycznym placówek. Tak więc nie ma mowy o przeniesieniu przychodni, mówimy o jej likwidacji. Owszem, Dziekanów może przenieść centrum audiologiczne „ALA”, na co ma zdaje się ochotę – i znowu dojdzie do przejęcia sprzętu, ofiarowanego przez WOŚP naszej przychodni, a więc nie należącego do Dziekanowa. Pytanie tylko, czy rodzicom naszych pacjentów będzie się opłacało podróżować z maluchami tak daleko. Centrum Warszawy to bardzo dobra lokalizacja, która samym swym położeniem zachęca do odwiedzenia placówki. A to przekłada się na większą ilość przebadanych dzieci i co za tym idzie – większą ilość wyleczonych. Czy naprawdę nikogo to nie obchodzi?

Szpital im. Dzieci Warszawy przy Siennej 60 przetrwał zabór rosyjski, I i II wojnę, Hitlera, Stalina, powstanie, czterdzieści pięć lat rządów komunistycznych i ma zostać zlikwidowany teraz, gdy podobno wreszcie mamy sprawiedliwy ustrój. Ciekawe tylko czemu o zdrowie Polaków bardziej dbano za cara, niż teraz. Ciekawe też, komu zależy na zlikwidowaniu placówki, w której pracował i mieszkał Janusz Korczak, pomnika historii? Kto chce na tym zarobić? Warto też zauważyć, że przy dobrym gospodarzu i naprawdę niewielkich nakładach ta przychodnia nie tylko zarobiłaby na siebie, ale jeszcze przyniosła dochody.

Dziękujemy za zapoznanie się z tym listem. Bardzo prosimy o nagłośnienie tej sprawy i napiętnowanie niegodnych działań względem placówki, personelu i pacjentów.

Pracownicy przychodni przy ul. Siennej 60

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Wojna emerytalna

Wojna emerytalna

Związki zawodowe przygotują protesty, jeżeli Sejm nie zgodzi się na referendum w sprawie podniesienia wieku emerytalnego – zapowiedział szef NSZZ „Solidarność” Piotr Duda. Protesty mogą nawet sparaliżować wydarzenia związane z Euro 2012.

W Warszawie w poniedziałek zebrał się sztab protestacyjny związku. Po spotkaniu przewodniczący „Solidarności” powiedział, że „jeżeli tutaj będzie brana pod uwagę tylko arytmetyka polityczna, a nie siła argumentów, to my nie mamy innego wyjścia. Dochodzimy dziś na naszym spotkaniu sztabu protestacyjnego do tego, że te nasze protesty uderzą w rząd, a nie w społeczeństwo. Nie będziemy utrudniać Polakom życia, wręcz odwrotnie – Polacy przyjdą do nas”.

Duda zaznaczył, że nie może ujawnić szczegółów akcji, ponieważ „druga strona nie śpi”. – „Koncepcja jest bardzo dobra. Tą koncepcją chcę się podzielić z koleżankami i kolegami z OPZZ i Forum Związków Zawodowych. Szukaliśmy długo takiej koncepcji, która faktycznie uderzy tylko w rządzących, a nie w społeczeństwo” – powiedział Piotr Duda. Przypomniał, że związek zebrał mniej więcej 1,5 mln podpisów pod wnioskiem o referendum ws. podniesienia wieku emerytalnego, a podpisy zbierają jeszcze SLD i OPZZ. Według niego inicjatywę może poprzeć ponad 2 mln Polaków.

– „Nie wolno z tym igrać. Jeżeli premier nie weźmie tego pod uwagę, to cokolwiek się od tego momentu stanie – już na ulicy – to za to, tylko i wyłącznie, bierze odpowiedzialność rząd premiera Tuska” – mówi lider „Solidarności”. Piotr Duda uważa, że rząd nie uzyskał mandatu wyborców do przeprowadzenia proponowanej zmiany i oszukał Polaków, ponieważ przed wyborami nie mówiono o planach podniesienia wieku emerytalnego. Pytany, czy ewentualna akcja protestacyjna będzie prowadzona także podczas EURO 2012 powiedział, że ma nadzieję, że jej wtedy nie będzie, ale dodał, że nie można wykluczyć żadnego scenariusza, ponieważ sytuacja jest dynamiczna.

W połowie lutego Solidarność złożyła w Sejmie prawie 1,4 mln podpisów pod wnioskiem o referendum ws. planowanych przez rząd zmian emerytalnych. Marszałek Sejmu Ewa Kopacz poinformowała w poniedziałek, że weryfikacja podpisów zakończyła się, a głosowanie nad nim może odbyć się 28-30 marca.

Tanie panie na sponiewieranie

Tanie panie na sponiewieranie

Jedna z największych brytyjskich agencji pośrednictwa pracy dopuściła się oszustw i wyzysku wobec Polek zatrudnionych jako obsługa hotelowa. – „Polki pracują ponad siły i są oszukiwane w kwestii wynagrodzeń” – ustaliła stacja BBC 2.

Jak poinformowało polskie pismo w Wielkiej Brytanii, „Goniec Polski”, dziennikarze publicznej telewizji BBC 2 zdecydowali się na prowokację. Chcieli w ten sposób potwierdzić docierające do nich sygnały, że polskie sprzątaczki/pokojówki pracują w koszmarnych warunkach, sprzecznych z prawem i uzgodnieniami. Próbie poddano dwa popularne londyńskie hotele: Plaza County Hall Hotel oraz Park Plaza Riverbank.

Wyniki reporterskiego śledztwa są zatrważające. Dziennikarze BBC ukrytą kamerą zarejestrowali m.in. kilkanaście odcinków wypłat Polek – okazało się, że wszystkie kobiety są regularnie oszukiwane. Z rozmowy z nimi wynikało, że dostają wypłatę tylko, jeśli wyrobią ustanowioną przez kierowniczkę „dzienną normę”. Ich pracodawca nie przestrzegał prawa dotyczącego stawki minimalnej.

Jedna z kobiet opowiada: „Byłam przerażona tym, co mnie tam spotkało. Kierowniczka traktowała nas jak bydło. Często nie było środków czystości i musiałyśmy używać tego, co było pod ręką, szamponu i mydła. Pracowałyśmy ze łzami w oczach, ale musiałyśmy zacisnąć zęby. Miałyśmy rodziny na utrzymaniu” – wspomina 24-letnia Barbara W., która zrezygnowała z pracy w jednym z hoteli należących do sieci Park Plaza.

Następnie reporterzy sami zatrudnili się w obu hotelach. Już po tygodniu pracy okazało się, że otrzymali jedynie połowę należnych pieniędzy. Na jaw wyszło, że jeśli pracownicy nie byli w stanie posprzątać dwa i pół pokoju na godzinę, nie dostawali za swoją pracę wynagrodzenia. Taki proceder jest niezgodny z prawem.

Imigrantki z Polski i ich koleżanki z innych krajów, głównie z Europy Wschodniej, stały się łatwym celem dla oszustów, ponieważ nie były zaznajomione z brytyjskim prawem i nie wiedziały, gdzie zwrócić się o pomoc. BBC dotarło do wyzyskiwanych Polek dzięki współpracy z organizacją London Citizens, w której imigranci z Polski mają silną reprezentację. Marzena Cichoń z London Citizens wielokrotnie opowiadała na łamach „Gońca Polskiego” o „dickensowskich” warunkach pracy w luksusowych londyńskich hotelach.

Zbrodnia przeciw narodowi?

Zbrodnia przeciw narodowi?

Geir Haarde, były premier Islandii, stanął przed sądem oskarżony o zaniechanie działań, które mogłyby zapobiec krachowi islandzkiego systemu bankowego w 2008 r. Czy inne państwa pójdą śladem Islandii?

Jak poinformował portal lewica24.pl, 6 marca byłego premiera Islandii postawiono przed utworzonym ponad 100 lat temu specjalnym trybunałem do rozpatrywania odpowiedzialności polityków, Landsdómur. Była to pierwsza rozprawa przez tym trybunałem.

Geir Haarde rządził Islandią od 2006 r. z ramienia prawicowo liberalnej Partii Niepodległości. Za jego rządów islandzkie banki inwestowały w niebezpieczne instrumenty finansowe. Mało było im też zysków z rynku krajowego, więc oferowały cudzoziemcom m.in. znacznie wyższe oprocentowanie niż banki na kontynencie. Trzy największe banki islandzkie udzieliły wówczas kredytów, których łączne kwoty były równe 9-krotnej wartości PKB tego kraju!

W 2008 r. nastąpił krach, wywołany m.in. „złymi kredytami”. Banki stały się niewypłacalne. W efekcie ludzie tracili dorobek całego życia, a straty gospodarcze sięgnęły 75% PKB. W styczniu 2009 r., po masowych demonstracjach premier Haarde podał swój rząd do dymisji. Oskarżyciele twierdzą, że Haarde wiedział wcześniej o kłopotach banków, jednak nie zrobił nic, aby zapobiec ich upadkowi. Ex-premier przekonuje natomiast, że nie posiadał odpowiedniej wiedzy, a po krachu podjął skuteczną drogę walki ze skutkami kryzysu i zamiast ratować banki budżetowymi pieniędzmi, pozwolił im upaść, nacjonalizując trzy największe. Jego przeciwnicy twierdzą, że zareagował za późno, a większość reform, które poprawiły sytuację, podjęła dopiero jego następczyni na stanowisku premiera, socjaldemokratka Johanna Sigurdardottir.

W razie udowodnienia winy, Geirowi Haardemu grozi kara do dwóch lat pozbawienia wolności.

Warto przeczytać nasz większy tekst o buncie Islandczyków przeciwko systemowi przyjaznemu bankom, nie obywatelom.