„Solidarność” krytykuje rządowy projekt

„Solidarność” krytykuje rządowy projekt

Projekt radykalny, przedwczesny i obliczony przede wszystkim na pokrycie rosnącego deficytu finansów publicznych – tak można podsumować opinię NSZZ „Solidarność” o rządowych planach podwyższenia wieku emerytalnego do 67 lat.

Przed trzema dniami skończyły się konsultacje społeczne rządowej projektu ustawy podwyższającej wiek emerytalny. – „Niestety tak jak przypuszczaliśmy ustawa jest przedmiotem targów politycznych między koalicjantami, a nie debaty społecznej. Czekamy na to, co przedstawi premier na forum Komisji Trójstronnej, ale przygotowujemy również własne scenariusze” – mówi Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.

W przesłanej do Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej opinii prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” wskazuje, iż w Polsce nie zostały spełnione warunki pozwalające na  podwyższenie ustawowego wieku emerytalnego. Dlatego Związek wzywa rząd do rozpoczęcia prac nad założeniami do Narodowej Strategii Demograficznej, zmian w systemie opłacania składek na ubezpieczenie społeczne, uszczelnienia systemu ubezpieczeń rolniczych, ograniczenia patologii w „samozatrudnieniu” i stosowaniu „umów śmieciowych”, stabilizacji zatrudnienia ludzi młodych, zwiększenia efektywności systemu opieki zdrowotnej i profilaktyki.

Zdaniem ekspertów „Solidarności”, podwyższanie wieku emerytalnego zmierza przede wszystkim do ograniczenia wydatków systemu emerytalnego, ponieważ oznacza skrócenie przeciętnego okresu pobierania emerytury. W Polsce do poprawy sytuacji finansowej systemu emerytalnego należy dążyć przede wszystkim poprzez zwiększenie jego przychodów, tzn. ograniczenie patologicznego samozatrudnienia, umów cywilnoprawnych czy zatrudnienia na czarno. Konieczna jest likwidacja wszelkich preferencji w opłacaniu składek. Nie bez wpływu na brak równowagi finansowej systemu ubezpieczeń społecznych jest niski poziom płac i duże bezrobocie w Polsce.

– „Dyskusja o tak drastycznym podwyższeniu wieku emerytalnego jest możliwa w państwach o stabilnej sytuacji na rynku pracy z efektywnym i dostępnym systemem usług publicznych, takich jak ochrona zdrowia, żłobki, przedszkola czy też instytucjonalna opieka nad osobami starszymi. Nam do tego jeszcze daleko” – mówi Henryk Nakonieczny, członek prezydium Komisji Krajowej odpowiedzialny za dialog społeczny.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Niech naród decyduje łatwiej

Niech naród decyduje łatwiej

Jeśli pod wnioskiem o referendum ogólnokrajowe podpisze się 10% Polaków uprawnionych do głosowania, to Sejm będzie zobligowany do rozpisania takiego referendum – takie rozwiązanie przewiduje projekt ustawy, którą w Sejmie złożył klub Solidarnej Polski.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, w czwartek taki projekt został złożony w Sejmie. Zdaniem wiceszefowej klubu SP, Beaty Kempy, w Polsce należy wzmocnić instytucję referendum. Podkreśliła, że propozycja SP ma za zadanie pobudzenie rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Zdaniem posłanki, w Polsce 28 milionów obywateli jest uprawnionych do głosowania. Oznacza to, że Sejm po przyjęciu propozycji SP, będzie zmuszony rozpisać referendum, gdy wnioskować o to będzie 2,8 miliona Polaków. – „Możemy się w Sejmie spierać nad liczbą podpisów, czy to ma być 1,5 miliona, czy 3 miliony. Ale jeśli zebrana jest bardzo duża liczba podpisów pod wnioskiem referendalnym, to nie może być tak, że Sejm takie referendum ucina” – mówiła wiceszefowa klubu SP. Wyraziła też nadzieję, że żaden klub parlamentarny z szacunku do obywateli nie przedstawi wniosku o odrzucenie projektu SP w pierwszym czytaniu.

Obecnie Sejm może postanowić o poddaniu pod referendum określonej propozycji zgłoszonej przez obywateli, jeśli dany projekt ustawy poprze w odpowiednim czasie co najmniej 500 tys. osób uprawnionych do głosowania. Sejm nie musi jednak tego zrobić – o tym, czy obywatelskie projekty poddać pod głosowanie powszechne, sejm decyduje bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Oznacza to de facto, że z góry skazane na porażkę są pomysły referendów w sprawie niepopularnych pomysłów forsowanych przez aktualnie rządzącą większość parlamentarną.

Oczywiście obligatoryjne organizowanie referendów popieramy, aczkolwiek próg 10% (2,8 mln) wydaje się zdecydowanie zbyt duży – biorąc pod uwagę, że na zebranie takiej liczby podpisów pomysłodawcy mają niewiele czasu. Bardziej sensowna wydaje się liczba 0,5-1 mln Polaków – eliminuje ona inicjatywy mało popularne lub autorstwa środowisk bez zaplecza społecznego oraz zmniejsza ryzyko niepotrzebnych wydatków budżetowych (koszt organizacji referendum jest spory), natomiast uniezależnia faktyczną wolę obywateli od widzimisię rządzącej kasty.

Jedzenie zamiast „reorganizacji”

Jedzenie zamiast „reorganizacji”

Po protestach związanych z pomysłami władz Krakowa dotyczącymi reorganizacji działania szkolnych stołówek, prezydent miasta Jacek Majchrowski wycofał się z tego pomysłu.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, prezydent Krakowa Jacek Majchrowski wstrzymał się z realizacją zapowiadanej reformy szkolnych stołówek. – „Zdecydowałem się wstrzymać działania prowadzące do przekształceń stołówek, ponieważ zdaję sobie sprawę, że nawet niewielki wzrost cen za obiady uderzy w mniej zamożne rodziny” – wyjaśnił swoją decyzję Majchrowski.

Władze miasta chciały, by osoby dotychczas zatrudnione w szkolnych stołówkach od nowego roku szkolnego podpisywały umowę ajencyjną z placówką. Gdyby tego nie uczyniły, szkoła mogłaby korzystać z usług zewnętrznej firmy cateringowej. Takie rozwiązanie spowodowałoby wzrost cen obiadów, bo obecna opłata (ok. 4-4,5 zł za obiad) obejmuje tylko tzw. wkład do kotła, a personel stołówek jest utrzymywany przez gminę.

Pomysł wzbudził protesty rodziców, nauczycieli i pracowników stołówek obawiających się o swoją pracę. Pod listem protestacyjnym w tej sprawie swoje podpisy złożyli wszyscy dyrektorzy szkół, których miały dotknąć zmiany. Podkreślano, że reforma uderzyłaby najmocniej w najbiedniejsze dzieci, które w wielu przypadkach tylko w szkole mają dostęp do posiłku.

O innej dobrej decyzji prezydenta Krakowa pisaliśmy tutaj.

Jeden rynkowy absurd mniej

Jeden rynkowy absurd mniej

Pracownicy mają prawo do wymieniania się informacjami na temat wysokości swoich pensji – uznał Sąd Najwyższy. Orzeczenie to może pomóc w walce z dyskryminacją płacową.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, do tej pory firmy często powoływały się na klauzule poufności czy tajności wynagrodzeń, aby – jak twierdzą pracodawcy – nie ujawniać strategii zarządzania, której istotną częścią jest system płacowy.

Innego zdania są związkowcy. Według Marcina Zielenieckiego z NSZZ „Solidarność”, klauzule poufności utrudniały przeciwdziałanie dyskryminacji płacowej, która szczególnie często dotyczy kobiet. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że panie zatrudnione na tych samych stanowiskach, co mężczyźni, zarabiają przeciętnie o 15% mniej.

Pracownicy odtąd mają również prawo występować do pracodawcy z zapytaniem o wysokość zarobków pozostałych pracowników, piastujących to samo stanowisko, co pytający (choć nie mogą pytać o konkretne nazwiska). Odmowa odpowiedzi lub podanie informacji jedynie o tzw. widełkach płacowych może rodzić podejrzenie, iż firma stosuje praktykę dyskryminacyjną. To zaś grozi procesem sądowym.

Jednocześnie pracodawcy mają prawo zaskarżyć pracowników, jeśli ci ujawnią pozyskane informacje na zewnątrz firmy, szkodząc tym samym jej interesom.

Piotr Kuligowski