Poczytaj mi, euro

Poczytaj mi, euro

Publiczne czytanie książki kilkunastu dzieciom w bibliotece wymaga odprowadzenia opłaty do organizacji zbiorowego zarządzania – uważa belgijska organizacja SABAM, zajmująca się „ochroną” praw autorskich twórców i wydawców.

„Dziennik Internautów”, powołując się na belgijski serwis „De Morgen”, opisuje sytuację biblioteki w Dilbeek, która raz w miesiącu zaprasza około tuzina dzieci, by wprowadzać je w „magiczny świat książek” – jest to projekt prowadzony za darmo przez wolontariuszy. Do placówki tej zgłosiła się organizacja SABAM z żądaniem odprowadzenia opłaty za publiczne, niekomercyjne czytanie – jej zdaniem takie „upublicznianie dzieł” wymaga odprowadzenia odpowiednich opłat do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Podobne wezwania otrzymały inne belgijskie biblioteki, prowadzące podobne działania. Wcześniej SABAM niechlubnie zasłynęła z nawoływania belgijskiego operatora do filtrowania treści i nałożenia filtrów na serwis społecznościowy. Obie inicjatywy zostały zablokowane przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości.

Wiele wskazuje na to, że do równie kuriozalnej sytuacji teoretycznie mogłoby dojść także w Polsce, gdyż czytanie książki grupie dzieci można by uznać za publiczne udostępnianie dzieła grupie nieznanych osób. Aby uniknąć podobnych absurdów, Szwajcaria zrezygnowała niedawno z zaostrzania prawa antypirackiego stwierdzając, że dostępność do dóbr kultury w istocie nie szkodzi gospodarce – pisaliśmy o tym tutaj. SABAM tymczasem brnie w zaparte, nie pozwalając na wychowanie młodego pokolenia czytelników.

Piotr Kuligowski

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Niech naród decyduje łatwiej

Niech naród decyduje łatwiej

Jeśli pod wnioskiem o referendum ogólnokrajowe podpisze się 10% Polaków uprawnionych do głosowania, to Sejm będzie zobligowany do rozpisania takiego referendum – takie rozwiązanie przewiduje projekt ustawy, którą w Sejmie złożył klub Solidarnej Polski.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, w czwartek taki projekt został złożony w Sejmie. Zdaniem wiceszefowej klubu SP, Beaty Kempy, w Polsce należy wzmocnić instytucję referendum. Podkreśliła, że propozycja SP ma za zadanie pobudzenie rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Zdaniem posłanki, w Polsce 28 milionów obywateli jest uprawnionych do głosowania. Oznacza to, że Sejm po przyjęciu propozycji SP, będzie zmuszony rozpisać referendum, gdy wnioskować o to będzie 2,8 miliona Polaków. – „Możemy się w Sejmie spierać nad liczbą podpisów, czy to ma być 1,5 miliona, czy 3 miliony. Ale jeśli zebrana jest bardzo duża liczba podpisów pod wnioskiem referendalnym, to nie może być tak, że Sejm takie referendum ucina” – mówiła wiceszefowa klubu SP. Wyraziła też nadzieję, że żaden klub parlamentarny z szacunku do obywateli nie przedstawi wniosku o odrzucenie projektu SP w pierwszym czytaniu.

Obecnie Sejm może postanowić o poddaniu pod referendum określonej propozycji zgłoszonej przez obywateli, jeśli dany projekt ustawy poprze w odpowiednim czasie co najmniej 500 tys. osób uprawnionych do głosowania. Sejm nie musi jednak tego zrobić – o tym, czy obywatelskie projekty poddać pod głosowanie powszechne, sejm decyduje bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Oznacza to de facto, że z góry skazane na porażkę są pomysły referendów w sprawie niepopularnych pomysłów forsowanych przez aktualnie rządzącą większość parlamentarną.

Oczywiście obligatoryjne organizowanie referendów popieramy, aczkolwiek próg 10% (2,8 mln) wydaje się zdecydowanie zbyt duży – biorąc pod uwagę, że na zebranie takiej liczby podpisów pomysłodawcy mają niewiele czasu. Bardziej sensowna wydaje się liczba 0,5-1 mln Polaków – eliminuje ona inicjatywy mało popularne lub autorstwa środowisk bez zaplecza społecznego oraz zmniejsza ryzyko niepotrzebnych wydatków budżetowych (koszt organizacji referendum jest spory), natomiast uniezależnia faktyczną wolę obywateli od widzimisię rządzącej kasty.

Jedzenie zamiast „reorganizacji”

Jedzenie zamiast „reorganizacji”

Po protestach związanych z pomysłami władz Krakowa dotyczącymi reorganizacji działania szkolnych stołówek, prezydent miasta Jacek Majchrowski wycofał się z tego pomysłu.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, prezydent Krakowa Jacek Majchrowski wstrzymał się z realizacją zapowiadanej reformy szkolnych stołówek. – „Zdecydowałem się wstrzymać działania prowadzące do przekształceń stołówek, ponieważ zdaję sobie sprawę, że nawet niewielki wzrost cen za obiady uderzy w mniej zamożne rodziny” – wyjaśnił swoją decyzję Majchrowski.

Władze miasta chciały, by osoby dotychczas zatrudnione w szkolnych stołówkach od nowego roku szkolnego podpisywały umowę ajencyjną z placówką. Gdyby tego nie uczyniły, szkoła mogłaby korzystać z usług zewnętrznej firmy cateringowej. Takie rozwiązanie spowodowałoby wzrost cen obiadów, bo obecna opłata (ok. 4-4,5 zł za obiad) obejmuje tylko tzw. wkład do kotła, a personel stołówek jest utrzymywany przez gminę.

Pomysł wzbudził protesty rodziców, nauczycieli i pracowników stołówek obawiających się o swoją pracę. Pod listem protestacyjnym w tej sprawie swoje podpisy złożyli wszyscy dyrektorzy szkół, których miały dotknąć zmiany. Podkreślano, że reforma uderzyłaby najmocniej w najbiedniejsze dzieci, które w wielu przypadkach tylko w szkole mają dostęp do posiłku.

O innej dobrej decyzji prezydenta Krakowa pisaliśmy tutaj.

Jeden rynkowy absurd mniej

Jeden rynkowy absurd mniej

Pracownicy mają prawo do wymieniania się informacjami na temat wysokości swoich pensji – uznał Sąd Najwyższy. Orzeczenie to może pomóc w walce z dyskryminacją płacową.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, do tej pory firmy często powoływały się na klauzule poufności czy tajności wynagrodzeń, aby – jak twierdzą pracodawcy – nie ujawniać strategii zarządzania, której istotną częścią jest system płacowy.

Innego zdania są związkowcy. Według Marcina Zielenieckiego z NSZZ „Solidarność”, klauzule poufności utrudniały przeciwdziałanie dyskryminacji płacowej, która szczególnie często dotyczy kobiet. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że panie zatrudnione na tych samych stanowiskach, co mężczyźni, zarabiają przeciętnie o 15% mniej.

Pracownicy odtąd mają również prawo występować do pracodawcy z zapytaniem o wysokość zarobków pozostałych pracowników, piastujących to samo stanowisko, co pytający (choć nie mogą pytać o konkretne nazwiska). Odmowa odpowiedzi lub podanie informacji jedynie o tzw. widełkach płacowych może rodzić podejrzenie, iż firma stosuje praktykę dyskryminacyjną. To zaś grozi procesem sądowym.

Jednocześnie pracodawcy mają prawo zaskarżyć pracowników, jeśli ci ujawnią pozyskane informacje na zewnątrz firmy, szkodząc tym samym jej interesom.

Piotr Kuligowski