W Hiszpanii gorąco!

W Hiszpanii gorąco!

29 marca w Hiszpanii rozpoczął się 24-godzinny strajk generalny przeciwko rządowej reformie prawa pracy i ograniczeniu wydatków budżetowych na cele społeczne.

Strajk został poprzedzony dzień wcześniej pikietą w centrum Madrytu. W całym kraju antyrządowe manifestacje odbywają się już od kilku tygodni. Powodem protestów jest przyjęta w lutym przez prawicowy rząd Mariana Rajoya reforma prawa pracy, która ma być jakoby odpowiedzią na wysoki, 23-procentowy wskaźnik bezrobocia. Zmiany budzą jednak sprzeciw związków zawodowych i partii lewicowych, które krytykują rząd za nadmierne uprzywilejowanie pracodawców kosztem praw pracowniczych. Nowe przepisy przewidują m.in. łatwiejsze zwolnienia (także grupowe, poprzez eliminację konieczności uzyskania na nie zgody administracyjnej) i znaczne obniżenie ich kosztów, ograniczenie roli związków zawodowych (poprzez umożliwienie pracodawcom narzucania zakładowych porozumień grupowych w miejsce porozumień branżowych i regionalnych), a ponadto wprowadzają w życie nową formę tzw. umów śmieciowych. Sprzeciw budzi także przyjęty w styczniu restrykcyjny plan oszczędnościowy, zakładający podwyższenie podatków: dochodowego i od nieruchomości, oraz zmniejszenie wydatków publicznych.

Jak podaje hiszpańskie MSW, podczas strajku zatrzymano 58 osób, a 9 zostało lekko rannych (6 policjantów i 3 protestujących). Kilka regionalnych kanałów telewizyjnych z Madrytu, Katalonii i Andaluzji przestało nadawać (m.in. Telemadrid, Canal Sur i TV3). Linie lotnicze Iberia, Air Nostrum i Vueling odwołały ok. 60% lotów. Szpitale i przychodnie pracowały tak, jak w dniu świątecznym.

Związki zawodowe z zadowoleniem mówią o sukcesie strajku. Informują, że w protestach wzięło udział m.in. 87% pracowników sektora chemicznego, 82% zatrudnionych w branży tekstylnej i 85% – w spożywczej. Wśród licznych strajkujących znaleźli się również górnicy i pracownicy obiektów portowych, firm budowlanych zajmujących się infrastrukturą, a także załogi fabryk samochodów marek Renault, SEAT, Volkswagen i Ford.

Rząd zapewnił, że mimo protestów nie uchyli się od swoich decyzji. Związki zawodowe nie zamierzają się poddać i deklarują, że nie spoczną, dopóki rada ministrów nie wycofa przyjętej reformy.

W całej Europie społeczeństwo obywatelskie podnosi głowy przeciwko „reformom” – zobacz m.in. tutaj, tutaj, tutaj oraz tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Likwidacja na chłodno

Likwidacja na chłodno

Chłodni Białystok, spółce z 49-procentowym udziałem Skarbu Państwa, grozi likwidacja.

O złej sytuacji w spółce powiadamia premiera Donalda Tuska podlaski poseł Krzysztof Jurgiel (PiS). Interweniując u szefa rządu, parlamentarzysta zarzuca niegospodarność urzędnikom Ministerstwa Skarbu Państwa, którzy reprezentują je jako udziałowcy zakładu. – „Chłodnia chyli się ku upadkowi, przy biernej postawie rządowych urzędników, których obowiązkiem jest dbać o ulokowane w tym zakładzie udziały Skarbu Państwa. Zatwierdzają oni szkodliwe decyzje zarządu tej firmy, chociaż mają możliwości prawne, aby je zahamować” – ocenia Jurgiel. – „To są ewidentne nieprawidłowości w wykonywaniu nadzoru właścicielskiego. Dlatego skierowałem w tej sprawie interwencję do premiera” –  dodaje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.

Chłodnia Białystok już od kilku lat ogranicza działalność i sprzedaje majątek. Jeszcze w czerwcu ub.r. w firmie pracowało 165 osób, obecnie – jedynie około 100. Zarząd zakładów planuje, aby już na początku kwietnia większość z nich przenieść do pracy w białostockich zakładach mięsnych PMB, których większość udziałów również jest w posiadaniu właścicieli Chłodni.

Pracownicy boją się tego typu działań, gdyż PMB znajdują się w sytuacji jeszcze gorszej niż ich rodzimy zakład. W ubiegłym roku w kwietniu PMB składały już wniosek o upadłość. Sąd go odrzucił z powodów formalnych. Ale firmie nadal grozi upadłość. Dlatego z prośbą o pomoc do posła Krzysztofa Jurgiela zwróciły się działające w Chłodni Białystok związki zawodowe. Po spotkaniu z pracownikami i przedstawicielami Skarbu Państwa parlamentarzysta został poinformowany, że w Chłodni trwa restrukturyzacja. Pracownicy nazywają to jednak inaczej. – „Nasz zakład jest właściwie ostatnią białostocką ofiarą tzw. prywatyzacji. Podobnie położono m.in. Uchwyty, Fasty, dogorywa PMB. Białystok zostaje tylko z hipermarketami” – komentuje Artur Suszczenia, przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”. – „To rujnowanie zakładów nie dotyczy tylko naszego, ale to się dzieje w całej Polsce. Rządowi brakuje pieniędzy w budżecie, więc na siłę wszystko chce sprzedać” – ocenia rządowy proces prywatyzacji związkowiec.

Pytania dotyczące sytuacji Chłodni Białystok skierowaliśmy do ministerstw: Skarbu Państwa i Finansów. Na odpowiedź wciąż czekamy. Być może wcześniej uzyska ją od premiera poseł Jurgiel. „Zwracam się z prośbą o jak najszybsze podjęcie działań zmierzających do usprawnienia kontroli nad Chłodnią Białystok SA sprawowanej przez Ministerstwo Skarbu Państwa w celu poprawy sytuacji spółki oraz powstrzymania działań podejmowanych na szkodę Skarbu Państwa” – czytamy w piśmie interwencyjnym.

Sprawa nagli, ponieważ 20 marca w prasie pojawił się komunikat dotyczący sprzedaży wszystkich nieruchomości spółki Chłodnia Białystok znajdujących się przy ul. Baranowickiej (druga chłodnia tej spółki mieści się przy ul. Poziomej 4 w Białymstoku). Przetarg, który ma być rozstrzygnięty już 5 kwietnia, dotyczy gruntów o powierzchni ponad 20 tys. m2 wraz z własnością posadowionych na tej działce budynków i budowli.

Działająca od 1952 r. Chłodnia Białystok to jeden z największych polskich producentów mrożonych warzyw (m.in. kalafiorów, marchwi, brokułów) i owoców (m.in. truskawek, wiśni, czarnej porzeczki) oraz gotowych wyrobów. Świadczy również usługi chłodnicze dla przemysłu spożywczego w zakresie składowania i zamrażania. Większościowym udziałowcem spółki (51 proc.) jest Grupa PMB.

Adam Białous
_______________________
Przedruk za www.naszdziennik.pl

Teatr to nie towar

Teatr to nie towar

Artyści teatralni wspólnym głosem protestują przeciwko polityce państwa w sferze kultury. Jak twierdzą, obecny rząd zjednoczył ich po raz pierwszy od czasów stanu wojennego. Apelują o zajęcie stanowiska przez ministra kultury. Ruszyła też strona internetowa, za pośrednictwem której można podpisywać się pod listem z poparciem dla ich postulatów.

– „My, ludzie teatru, chcemy podzielić się z Państwem swoim głębokim zaniepokojeniem dotyczącym funkcjonowania teatrów publicznych w Polsce. Dlatego pierwszy raz od czasu stanu wojennego – jako środowisko – próbujemy mówić wspólnym głosem. Nie mówimy do Państwa z perspektywy partykularnych interesów jednego z teatralnych obozów. Sprawa jest poważniejsza. Sprawą jest polski model teatru artystycznego, którego istnienie jest obecnie zagrożone. A mamy nadzieję, że ten model obchodzi nie tylko nas, ale także Państwa – naszych widzów, dyskutantów, współtwórców kultury” – napisano w liście-manifeście pt. „Teatr nie jest produktem/Widz nie jest klientem”.

Dyrektor Teatru Dramatycznego w Warszawie, Paweł Miśkiewicz, na wtorkowej konferencji prasowej, że festiwal Warszawskie Spotkania Teatralne – święto teatru polskiego – stał się w tym roku trybuną do wyrażenia protestu środowiska teatralnego, przeciwko „zmierzającej w kierunku komercjalizacji teatru polityce kulturalnej państwa”. Dramaturg Paweł Demirski mówił, że „duże teatry mają dotacje na takim poziomie, że właściwie są w stanie utrzymać wyłącznie swoich pracowników oraz budynek, natomiast nie mają pieniędzy na produkcję przedstawień”. W podobnym tonie wypowiadał się dyrektor krakowskiego Starego Teatru, Mikołaj Grabowski, tłumacząc, że zbyt niskie dotacje powodują, iż dyrektor nie może np. przyjmować nowych osób do zespołu. – „Utrzymanie teatru artystycznego stało się wielkim problemem. Jestem na skraju uduszenia się, bo nie wiem, co mam robić. Praktycznie my z roku na rok przenosimy tę samą biedę” – mówił.

Na wtorkowej konferencji prasowej odczytano także list reżysera Krystiana Lupy, który napisał m.in.: „To, że obecnie sprawująca w Polsce ekipa ma elementarne kłopoty ze zrozumieniem wagi i roli kultury w państwie oraz zrozumieniem mechanizmów jej funkcjonowania, wiemy nie od dziś, ale ostatni wysyp pomysłów na pozbycie się kłopotów z teatrami, z ich finansowaniem trudno wytłumaczyć indywidualnymi przypadkami strategii kryzysowej. Twórca pragnący dokonać czegoś poza rynkiem kupna i sprzedaży jest przez dzisiejszą władzę upokorzony”.

Apel twórców teatru można poprzeć na stronie: www.popieram.info

Żeby publiczne wydawać prospołecznie

Żeby publiczne wydawać prospołecznie

Wielka Brytania wprowadza społecznie odpowiedzialne zamówienia publiczne. Parlament uchwalił prawo, które nakłada na lokalne władze i instytucje publiczne obowiązek uwzględniania aspektów społecznych podczas zlecania zadań podmiotom zewnętrznym.

Jak informuje „Guardian”, ustawa została przygotowana przez posła partii konserwatywnej – Christophera White’a. Będzie ona obowiązywała na terenie Anglii i Walii. Uchwalenie ustawy po niemal 2 latach od zgłoszenia projektu można uznać za ogromny sukces, również w sensie proceduralnym – sytuacja, w której udaje się przeforsować projekt poselski, zdarza się w brytyjskim parlamencie niezwykle rzadko.

Nowe prawo spowoduje, że względy finansowe przestaną być jedynym liczącym się wskaźnikiem – urzędnicy zobligowani są do rozważenia, czy realizacja zadania publicznego przez danego wykonawcę przyniesie pozytywne skutki społeczne, np. czy zostaną utworzone miejsca pracy dla osób wykluczonych: niepełnosprawnych, byłych więźniów, osób po leczeniu odwykowym, młodocianych bezrobotnych.

Problem dotyczy bardzo ważnego segmentu brytyjskiej gospodarki. Według najnowszych wyliczeń, wartość zamówień publicznych w Wielkiej Brytanii wynosi obecnie ok. 236 miliardów funtów. Istnieje tam już nawet kilka dużych firm komercyjnych, dla których realizacja tego typu zamówień stanowi wyłączne źródło utrzymania. Jeśli zaś chodzi o przedsiębiorstwa społeczne i organizacje pozarządowe – ich udział w zamówieniach publicznych szacuje się na 11%.

Dotychczasowe prawo zamówień publicznych zobowiązywało brytyjskich urzędników, zlecających wykonywanie zadań publicznych, do kierowania się przede wszystkim kryterium najniższej ceny. Dlatego w przetargach organizacje pozarządowe czy przedsiębiorstwa społeczne w zasadzie nie miały szans – przegrywały z dużymi firmami, które minimalizowały koszty m.in. za pomocą obniżania standardów BHP, płac itp. Oszczędności, które dzięki temu można było uzyskać w wydatkach publicznych, okazywały się jednak pozorne. Niskie koszty w praktyce często oznaczają także niską jakość wykonywanych usług i produktów. Poza tym tak skonstruowane prawo sprawia, że publiczne pieniądze zasilają wyłącznie portfele udziałowców i właścicieli komercyjnych firm, podczas gdy mogłyby być reinwestowane w lokalną społeczność lub poprawę środowiska naturalnego, realizując ważne cele społeczne.

W najbliższym numerze „Nowego Obywatela” opublikujemy obszerny tekst poświęcony prospołecznym zamówieniom publicznym.