Wiosna akcjonariuszy

Wiosna akcjonariuszy

Akcjonariusze w USA i Wielkiej Brytanii poskramiają zapędy szefów wielkich korporacji do przyznawania sobie nieuzasadnionych podwyżek. Brytyjska prasa pisze wręcz o „wiośnie akcjonariuszy”.

Jak informuje Wyborcza.biz, w Wielkiej Brytanii możliwość sprzeciwienia się planowi płac dla zarządu wprowadzono w 2002 r., jednak do tego roku raport na temat płac skutecznie oprotestowano jedynie w czterech wielkich spółkach notowanych na londyńskiej giełdzie: w GlaxoSmithKline, Royal Bank of Scotland, Shell oraz Avivie, gdzie inwestorzy doprowadzili do rezygnacji ze stanowiska prezesa Andrew Mossa. Znaczący procent akcjonariuszy sprzeciwił się też planom płacowym w bankach Barclays, Credit Suisse i UBS, choć w tych wypadkach nie udało się uzyskać większości.

W USA możliwość sprzeciwienia się planom wypłat dla kierownictwa dała akcjonariuszom ustawa Dodda-Franka z 2010 r. W 2011 r. skorzystali z niej akcjonariusze 41 dużych firm, m.in. Hewlett-Packard. W kwietniu tego roku z buntem akcjonariuszy zmierzyć się musiał m.in. jeden z największych banków na świecie, Citigroup, którego szef Vikram Pandit otrzymał od zarządu 15 mln dolarów wynagrodzenia za 2011 r., w którym akcje spółki straciły na wartości 44%.

Chociaż odrzucenie przez akcjonariuszy raportu płacowego nie jest w tych krajach dla zarządu spółki wiążące, zlekceważenie go mogłoby mieć poważne konsekwencje wizerunkowe i spowodować kolejne spadki wartości akcji. Dlatego nawet gdy nie uda się uzyskać 50% głosów na walnym zgromadzeniu, sama debata wokół schematu płac zmusza zarządy do zmiany polityki.

W ostatnich latach na Wyspach Brytyjskich i w USA zbyt wysokie zarobki szefów firm stały się tematem wielkiej publicznej debaty. Obywatele skupieni w ruchach typu Occupy Wall Street protestowali przeciw nierównościom społecznym także na ulicach. Jak podkreślają demonstranci w USA, od lat 70. zarobki szefów największych amerykańskich firm wzrosły czterokrotnie, podczas gdy w tym samym czasie średnia płaca szeregowego pracownika w korporacji spadła o 10%. W Wielkiej Brytanii dynamika zmian była jeszcze większa – czterokrotny wzrost zarobków kadry kierowniczej miał miejsce w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednocześnie na skutek kryzysu wyniki giełdowe wielu dużych spółek były znacznie gorsze od oczekiwań.

W Wielkiej Brytanii falę oburzenia wywołała sprawa prezesa Barclays, Boba Diamonda, który w 2011 r. w ramach pensji, premii i bonusów w postaci akcji otrzymał 17,7 mln funtów, mimo że wyniki jego banku – jak sam otwarcie przyznawał – były „nie do zaakceptowania”. Akcje banku w ciągu roku straciły na wartości ponad 50 funtów. Jak zauważył szef brytyjskiej Organizacji Dyrektorów (IoD) Simon Walker, „bonusy dla kierownictwa w Barclays są trzy razy wyższe niż dywidenda dla akcjonariuszy”. Na walnym zgromadzeniu przeciw planowi płac sprzeciwiło się ostatecznie 27% akcjonariuszy. Przewodniczący rady dyrektorów Marcus Agius zdecydował się publicznie przeprosić inwestorów.

Większość (54%) udało się za to uzyskać na walnym zgromadzeniu Avivy. Mimo że szef spółki Andrew Moss wycofał się w ostatniej chwili z podwyżki (miał zarabiać rocznie powyżej 1 mln funtów), akcjonariusze pozostali nieugięci – w ciągu ostatniego roku akcje Avivy straciły na wartości prawie 30%. Kilka dni po głosowaniu Moss podał się do dymisji, a kurs akcji od razu skoczył w górę. Przewodniczący rady dyrektorów Avivy przyznał, że wydarzenia te były dla niego lekcją. – „Widzimy, że wielu akcjonariuszy ma poczucie, że nie odzwierciedliliśmy ich punktu widzenia i wartości akcji spółki przy ustaleniach dotyczących płac, za co przepraszam” – komentował. – „Widzimy też, że firmy muszą bardziej angażować się w rozmowy z akcjonariuszami na delikatny temat płac dla kadry kierowniczej i Aviva będzie w przyszłości konsultować się z nimi w tej sprawie”.

Przeciwko planom płac w ostatnich tygodniach protestowali także akcjonariusze banków UBS (36% głosów przeciw) i Credit Suisse (32%). A rząd Wielkiej Brytanii chce zapewnić inwestorom jeszcze większą skuteczność – w fazie konsultacji jest obecnie projekt, który odrzucenie przez akcjonariuszy planu płac uczyni wiążącym.

Co prawda akcjonariusze wielkich koncernów nie są przedmiotem naszej szczególnej troski, ale dobrze wiedzieć, że wynaturzenia w „okrętach flagowych” kapitalizmu są tak wielkie, iż zaczęli przeciwko nim protestować nawet dotychczasowi beneficjenci tego systemu.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Lekcja pięknej historii

Lekcja pięknej historii

Już w najbliższą sobotę w Warszawie odbędzie się Noc Kooperatystów! Zapraszamy na niepowtarzalną imprezę do Muzeum Historii Spółdzielczości.

Po raz drugi Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom (wydawca „Nowego Obywatela”) wraz z Krajową Radą Spółdzielczą i warszawską Stocznią organizuje wyjątkową imprezę, łączącą historię i tradycje spółdzielcze z praktyką działalności kooperatywnej. W ramach Nocy Muzeów przygotowaliśmy Noc Kooperatystów. „Nowy Obywatel” jest patronem medialnym tej imprezy.  

W warszawskim Domu pod Orłami, przy ul. Jasnej 1, gdzie mieści się siedziba Muzeum Historii Spółdzielczości i Krajowej Rady Spółdzielczej, na jedną noc zagoszczą młodzi spółdzielcy, którzy od późnych godzin popołudniowych aż do północy będą dzielić się swoimi umiejętnościami, wiedzą i doświadczeniem z każdym, kto zechce spotkać się oko w oko z Duchem Spółdzielczości.

W programie m.in. przegląd najciekawszych nowych przedsiębiorstw kooperatywnych (spółdzielnie socjalne, stowarzyszenia, kolektywy) z Warszawy i okolic, prelekcje i dyskusje, koncerty, wystawy, zwiedzanie podziemi muzeum z przewodnikiem, warsztaty praktycznych umiejętności, projekcje multimedialne i filmy.

Chcemy, aby Muzeum Historii Spółdzielczej stało się na tę jedną noc najbardziej żywym muzeum w Warszawie, a także pokazać, że duch kooperatyzmu nie śpi w zakurzonych eksponatach sal muzealnych i piwnicach Domu pod Orłami, ale lecz wciąż żyje w głowach i sercach młodych ludzi, organizujących się w samorządne przedsiębiorstwa kontynuujące ideę „pracy radosnej”.

Zapraszamy do Warszawy 19 maja 2012 (Noc Muzeów), ul. Jasna 1, siedziba Krajowej Rady Spółdzielczej.

Szczegółowy program wieczoru pojawi się wkrótce tutaj.

Na fotografiach ubiegłoroczna Noc Kooperatystów. 

Zwalniasz? Zapłacisz

Zwalniasz? Zapłacisz

Główny doradca nowego prezydenta Francji zapowiedział wysokie kary finansowe dla firm, które są w dobrej kondycji, ale zwalniają pracowników tylko po to, by poprawić swoje wyniki finansowe. Na liście potencjalnych ukaranych mogą się znaleźć m.in. Carrefour, General Motors czy PSA Peugeot-Citroen.

Zdaniem Michela Sapin, propozycja wprowadzenia kar ma zmusić firmy do bardziej „moralnego” traktowania swoich pracowników – informuje Wyborcza.biz. Sapin zapewnił jednocześnie, że prezydent elekt będzie chciał jak najszybciej wprowadzić nową propozycję w życie.

W ostatnim czasie we Francji kilka dużych firm ogłosiło lub przygotowywało się do ogłoszenia masowych zwolnień. General Motors już zapowiedział zamknięcie fabryki w Strasburgu, a PSA Peugeot-Citroen ma zamknąć zakład pod Paryżem. Z kolei Carrefour zamierza wkrótce ogłosić zwolnienie ponad 3 tys. pracowników. – „Będziemy się spierać z General Motors. Oni muszą zrozumieć, że jest jakaś forma moralności w gospodarce i że szanowanie swoich pracowników powinno być wartością dla każdej firmy” – powiedział Sapin.

W jakich sytuacjach firmy będą mogły zwalniać pracowników? Według Sapina, koncerny muszą mieć dobry powód i udowodnić, że zwolnienia są potrzebne. W ubiegłym tygodniu francuski sąd najwyższy zdecydował, że firmy z dobrą sytuacją finansową mogą zwalniać pracowników, o ile przedstawią skuteczny plan restrukturyzacji i ratowania już istniejących miejsc pracy – wyrok ten rozczarował francuskie związki zawodowe.

Jeszcze więcej bezrobotnych?

Jeszcze więcej bezrobotnych?

Oficjalne dane GUS dotyczące bezrobocia różnią się względem wyników spisu powszechnego: pracuje nie 15,9 mln Polaków, lecz tylko 14,2 mln.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, dane zebrane podczas spisu powszechnego pokazują, że sytuacja na rynku pracy przedstawia się znacznie gorzej, niż wynika to z oficjalnych statystyk. Według spisu na koniec pierwszego kwartału 2011 r. pracowało 14,2 mln osób, wliczając w to szarą strefę. Bezrobotnych było w tym czasie 2,1 mln, co oznacza, że faktyczna stopa bezrobocia wynosiła 12,9 proc. Była zatem aż o 2,9 proc. wyższa, niż wynika to z oficjalnych publikacji GUS, bo według urzędu w tym samym czasie ubiegłego roku stopa bezrobocia wyniosła dokładnie 10 proc. Przed spisem badania ekonomiczne ludności (BAEL) przeprowadzane przez GUS mówiły o 15,9 mln pracujących (o 1,7 mln więcej, niż wykazał spis) i 1,8 mln bezrobotnych (o 300 tys. mniej niż w spisie).

– „Różnica jest szokująca. Albo liczba pracujących w badaniach BAEL została jakimś cudem drastycznie zawyżona, albo jakiś błąd wkradł się do wyników spisu” – ocenia prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. GUS uspokaja. – „Nie mamy jeszcze danych o ponad milionie osób” – mówi Grażyna Marciniak, wiceprezes urzędu. Tłumaczenia GUS budzą jednak wątpliwości, ponieważ w oficjalnej notatce zamieszczonej na stronie internetowej urzędu takich zastrzeżeń nie ma. Poza tym, nawet gdyby okazało się, że cały niezweryfikowany jeszcze milion obywateli ma pracę, to statystyki poprawi to tylko częściowo. Co prawda całkowita liczba obywateli, którzy pracowali na koniec pierwszego kwartału ubiegłego roku, powiększy się do 15,2 mln, ale stopa bezrobocia w tym okresie wyniesie 12,2 proc., czyli będzie o 2,2 proc. wyższa, niż mówiły oficjalne dane GUS.

Należy podkreślić, że w badaniach BAEL, które są wykorzystywane do porównań międzynarodowych, stosowane są specyficzne kryteria. Statystyka ta obejmuje całą gospodarkę, a więc także tę jej część, która ukrywa się przed fiskusem, tzw. szarą strefę. Ponadto w badaniach BAEL do pracujących zalicza się osoby, które w ciągu tygodnia przepracowały zaledwie godzinę, a w dodatku nie pobrały za to wynagrodzenia – bo np. bezinteresownie pomagały w prowadzeniu rodzinnego gospodarstwa rolnego albo rodzinnej firmy. – „To zawyża liczbę pracujących i zaniża liczbę bezrobotnych” – twierdzi prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Polityki Społecznej. Jednak w ten sposób ustala się liczbę pracujących we wszystkich krajach Unii Europejskiej z wyjątkiem Wielkiej Brytanii i Irlandii. W efekcie stopa bezrobocia podawana przez europejski urząd statystyczny na podstawie BAEL jest znacznie niższa od stopy bezrobocia rejestrowanego. To ostatnie GUS wylicza, biorąc pod uwagę liczbę bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy w relacji do liczby pracujących w legalnej gospodarce.

Uaktualnienie statystyk prawdopodobnie zmieni nasze położenie na tle innych krajów europejskich, jeżeli chodzi o wskaźnik bezrobocia. Według Eurostatu, w marcu tego roku bezrobocie w Polsce było na poziomie 10,1 proc. Po zaktualizowaniu danych może się okazać, że w naszym przypadku sięgnie ono nawet 13 proc. Wyraźnie gorzej niż u nas będzie już tylko w Hiszpanii, Portugalii i Grecji.