Kto nie płaci? Bogaci!

Kto nie płaci? Bogaci!

Związkowcy sprzeciwiają się przepisom zwalniającym najbogatszych z opłacania składek na ZUS. Budżet instytucji traci na tym rocznie nawet 6 miliardów złotych.

Chodzi o przepis mówiący o tym, iż składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe muszą być opłacane do czasu, aż przychód będący podstawą ich wymiaru nie przekroczy 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej – przypomina Informacyjna Agencja Radiowa.

Zdaniem wiceprzewodniczącej OPZZ, Wiesławy Taranowskiej, przepis ten jest niesprawiedliwy i szkodliwy dla budżetu państwa. Dobrze zarabiający przedsiębiorca może bowiem np. już w marcu przestać dokładać się do systemu emerytalnego.

Jeremi Mordasewicz z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan twierdzi, że przepis ma uchronić ZUS przed wypłacaniem w przyszłości ogromnych emerytur dla najlepiej zarabiających. Sugeruje, że wysokość takich emerytur mogłaby sięgnąć 15 czy 20 tysięcy złotych. Rzecznik prasowy ZUS Jacek Dziekan potwierdza, że wspomniany przepis ma blokować wypłacanie zbyt wysokich świadczeń w przyszłości, co byłoby nie do udźwignięcia dla systemu emerytalnego.

Jacek Dziekan poinformował, że trzydziestokrotność dotyczy około 300 tysięcy Polaków rocznie. W grudniu 2011 r. ten próg przekroczyło w Polsce 363 tysiące osób. Natomiast już w styczniu i lutym bieżącego roku przekroczyło go 5100 osób.

Trudno zgodzić się z argumentami entuzjastów zwalniania najbogatszych z opłat na ZUS. Nie możemy przewidzieć, jak długi byłby okres wypłacania wysokich emerytur najzamożniejszym przedsiębiorcom, jednak dużo łatwiej policzyć, ile rocznie traci budżet na wspomnianym przepisie. Według posła Janusza Śniadka to kwota 6 mld złotych. Obecna sytuacja pokazuje wadliwość rozwiązania, które w systemie powszechnych ubezpieczeń emerytalnych, z zasady opartym na mechanizmach solidarności społecznej (bogatsi dokładają do uboższych) wprowadziło jakiś czas temu indywidualne konta – w efekcie mało zarabiający dostaną groszowe emerytury, a od bogatych nie pobiera się składek, aby w przyszłości nie wypłacać im bardzo wysokich świadczeń.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Opamiętanie?

Opamiętanie?

Właściciel Biedronki, firma Jeronimo Martins, zamierza poprawić relacje ze swoimi dostawcami, skracając czas oczekiwania na zapłatę za towary.

Jak informują „Wiadomości Handlowe”, w Portugalii w kwietniu br. firma zawarła porozumienie ze zrzeszającą 700 producentów żywności Portugalską Konfederacją Rolników. Zobowiązała się, że przez rok będzie płacić za dostarczone towary nie po 60, lecz maksymalnie po 10 dniach.

Według słów Pedro Leandro, dyrektora handlowego w grupie Jeronimo Martins, jest to odpowiedź na trudną sytuację dostawców, głównie warzyw i owoców, którzy mają ostatnio poważne problemy w dostępie do źródeł finansowania. Sieć postanowiła, że przy zawieraniu nowych kontraktów będzie mieć to na uwadze i wyraźnie skróci czas oczekiwania na pieniądze za dostarczony towar.

Tak się (z)niszczy przemysł

Tak się (z)niszczy przemysł

Gigantyczny kontrakt Bumaru dla indyjskiej armii, warty prawie miliard złotych, stanął pod znakiem zapytania. Nowy prezes grupy rozważa zerwanie umowy, a to może oznaczać koniec Zakładów Mechanicznych Bumar-Łabędy.

Kontrakt na dostawę 204 wozów WZT-3 podpisano w Indiach 17 stycznia – przypomina portal wnp.pl. Jest to największe od wielu lat zlecenie dla polskiego przemysłu zbrojeniowego i jedno z największych polskich zamówień eksportowych w ostatnich latach. W kwietniu na stanowisku prezesa grupy Bumar Edwarda Nowaka zastąpił Krzysztof Krystowski. Rada nadzorcza zbrojeniowego giganta odwołała również dwóch członków zarządu. W mediach pojawiły się informacje, że przyczyną zmian personalnych w Bumarze są zastrzeżenia rady nadzorczej do szczegółów indyjskiego kontraktu.

– „Podczas wizyty w Łabędach 14 maja pan prezes Krystowski powiedział nam, że jego zdaniem kontrakt jest nieopłacalny i jego realizacja zostaje wstrzymana. W czerwcu władze spółki zamierzają w Indiach renegocjować umowę. Jeżeli kontrakt zostanie zerwany, będzie to równoznaczne z likwidacją Bumaru-Łabędy, która zresztą, jak nas poinformowano, również jest rozważana przez nowe władze” – mówi Zdzisław Goliszewski, przewodniczący „Solidarności” w Zakładach Mechanicznych Bumar-Łabędy.

– „Ten kontrakt był przygotowywany od kilku lat. Podpisano go z wielką pompą. Do jego opłacalności początkowo miało również zastrzeżenia Ministerstwo Obrony Narodowej, które jednak ostatecznie zaakceptowało warunki kontraktu. Rada nadzorcza zatwierdziła zarówno samą umowę, jak i jej realizację w Łabędach, podkreślając, że ten kontrakt jest priorytetem dla całej grupy. Dzisiaj przychodzi nowy prezes i wywraca wszystko do góry nogami” – mówi Goliszewski.

Gliwicki zakład ma zaledwie trzy lata na realizację indyjskiego zamówienia. Jak przekonuje przewodniczący związku, już w dniu podpisania kontraktu był to termin bardzo ambitny, a każdy miesiąc zwłoki oznacza, że jego wykonanie na czas staje się coraz mniej realne. – „Wstrzymanie prac do końca maja oznacza w zasadzie, że nie zdołamy uruchomić produkcji w tym roku. Zamówienia od poddostawców zostały wstrzymane, a przecież komponentów do budowy tego typu pojazdów nie da się kupić z dnia na dzień. Część prac nad tym zleceniem ma być realizowana przez indyjski przemysł, dostarczyliśmy im już dokumentację techniczną. W przypadku odstąpienia od umowy oznaczać to będzie, że Bumar za darmo udostępnił Hindusom swoją technologię, bo żadne pieniądze jeszcze do nas z Indii nie wpłynęły” – podkreśla szef „Solidarności” w ZM Bumar-Łabędy.

Kto bardziej szkodzi polskiej gospodarce – „roszczeniowi związkowcy” czy nieudolni bossowie?

W odpowiedzi na kampanię antyzwiązkową. List otwarty

W odpowiedzi na kampanię antyzwiązkową. List otwarty

Z inicjatywy twórców portalu Nowe Peryferie wystosowano list otwarty, którego sygnatariusze protestują przeciwko medialnej i politycznej nagonce na „Solidarność” i inne organizacje społeczne, które podjęły próbę zablokowania antyspołecznej reformy emerytalnej. Wśród pierwszych sygnatariuszy listu są redaktorzy i współpracownicy „Nowego Obywatela”.

Oto treść listu otwartego:

Niżej podpisani wyrażają poparcie dla działań „Solidarności” i innych organizacji, które podjęły próbę powstrzymania antyspołecznej i pozbawionej legitymizacji „reformy emerytalnej”.

W minionym tygodniu mieliśmy do czynienia z wyjątkowym, nawet jak na polskie warunki, natężeniem nagonki na związki zawodowe. Bezpośrednim pretekstem dla serii wypowiedzi ze strony osób, które odgrywają opiniotwórczą rolę w stosunku do części polskiego społeczeństwa (m. in. byłego prezydenta Wałęsy, obecnego – Bronisława Komorowskiego, prof. Magdaleny Środy, Janusza Palikota, Ryszarda Kalisza) był kolejny protest NSZZ „Solidarność” w sprawie reformy emerytalnej, który tym razem przyjął formę blokady parlamentu. Wobec tej nowej w Polsce metody walki o prawa pracownicze sfera publiczna zatrzęsła się z oburzenia, a aktorom politycznego teatru pomyliły się role. Były przewodniczący „Solidarności” zażądał od premiera spałowania protestujących, pewien poseł Ruchu Palikota poczuł się więźniem politycznym. Sam Palikot przejął się losem trawników, na które „szczali” związkowcy, zaś prof. Środa – kondycją polskiego katolicyzmu. Wielu rzekomo postępowych publicystów, na co dzień ubolewających nad „słabością polskiego społeczeństwa obywatelskiego”, zajęło się obroną majestatu władzy przed „partyjno-religijno-radykalnymi roszczeniowcami” (by ponownie nawiązać do pani etyk), czy zagrożeniem dla narodowego bezpieczeństwa, jakie niesie za sobą blokada Sejmu. Powróciły także dobrze znane sugestie, by związek zmienił nazwę i porzucił odwołania do „pierwszej «S»” , oraz zarzuty jego upolitycznienia. Znamienne, że o upolitycznieniu mówi się w odniesieniu do ostatnich paru lat, nigdy do czasów, kiedy związek „rozciągał parasol nad reformami” albo stanowił bezpośrednie zaplecze partii rządzącej. O upolitycznieniu ma np. świadczyć to, iż przeciwników reformy i zwolenników referendum związkowcy przepuszczali, a głosujących za rządowym projektem i przeciw referendum – nie. Nie mogło się też obyć bez jeszcze silniej osadzonych w tradycji naszej (?) debaty publicznej określeń: „warcholstwa” i „zadymiarstwa”. Szczególnie wiele uwagi poświęcono aktom przemocy, których mieli dopuścić się związkowcy.

Wielu komentatorom umknął tymczasem szerszy obraz sytuacji, tj.:  zablokowanie wniosku o referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego, kolejne dowody kompletnego braku zainteresowania rządu dialogiem społecznym. Publicyści i eksperci, zwykle bardzo zatroskani o „młodą polską demokrację”, uporczywie ignorują fakt, że parlament zmienił się w ostatnich latach w maszynkę do głosowania. Bezkrytycznie przyjęli za to opowieść „oblężonych” posłów z emerytalnej koalicji o ich poczuciu zagrożenia wobec agresywnego tłumu (szczególnie wobec „bierności policji”; Janusz Palikot zasugerował nawet, że w antysystemowym spisku brała udział… administracja parlamentu, która odmówiła mu dostępu do zapisów kamer przemysłowych z Wiejskiej). Jawne fałsze, jak ten mówiący, że podwyższenie wieku emerytalnego „nastąpi za 30 lat”, albo teza, że skutkiem wykluczenia sporej grupy wiekowej z systemu ubezpieczeń społecznych będzie wzrost przyszłych świadczeń emerytalnych, wypowiadane są z kamienną twarzą zarówno przez ministrów obecnego rządu RP, jak i licznych dziennikarzy i komentatorów.

Pragniemy zauważyć, że parogodzinna blokada parlamentu stanowi formę protestu zarówno uprawnioną, jak i nie odbiegającą od metod stosowanych przez stronę społeczną w „starych demokracjach”. Wyrażamy zarazem stanowczy sprzeciw wobec manipulacji i wrzutek propagandowych, jakimi częstują nas publiczni funkcjonariusze i tzw. czwarta władza. Opowiadamy się przeciwko dalszemu ograniczaniu funkcji społecznych państwa, przeciwko decyzjom, które nie są, jak każe się nam wierzyć, ekonomiczną koniecznością, lecz świadomym wyborem politycznym, który spowoduje zwiększenie nierówności i niesprawiedliwości w Polsce. Protestujemy przeciwko dalszemu naruszaniu zasad demokracji, dialogu społecznego i konstytucyjnych praw związkowych, żądając zarazem od wpływowych instytucji kontrolnych: głównonurtowych mediów, wielkich organizacji pozarządowych i instytucji państwowych, by broniły tych zasad co najmniej równie gorliwie, jak bronią nienaruszalności osobistej parlamentarzystów.

Listę dotychczasowych sygnatariuszy można znaleźć tutaj – w tym samym miejscu można podpisać ten dokument. Zachęcamy!