Grozi nam technokalectwo?

Grozi nam technokalectwo?

Połowa pracowników biurowych w Polsce ma stanowiska pracy zagrażające ich zdrowiu.

Jak wynika z najnowszego badania Ergotest i raportu firmy Fellowes, tylko dwóch na stu Polaków zatrudnionych w biurach i urzędach ma warunki w pełni spełniające wymogi ergonomii, czyli odpowiednio wyposażone i dopasowane do swych potrzeb stanowisko pracy – informuje portal ekonomia24.pl. W 2010 r. 40 proc. badanych pracowało w warunkach, które nie spełniają żadnych zasad ergonomii, obecnie takich osób jest już 47 proc.

– „Pracownicy nie są świadomi, że mogą się domagać odpowiednich warunków pracy, a pracodawcy nie doceniają wpływu warunków na motywację i efektywność pracowników. Grozi nam technokalectwo” – podkreśla Jacek Świgost z Fellowes.

Według badania Ergostest, które objęło prawie 1100 pracowników, w polskich biurach jest teraz bardziej tłoczno. Co trzeci badany nie ma wydzielonego stanowiska, a odległość od kolegów wynosi mniej niż wymagane przepisami 80 cm.

Choć większość pracowników ma już zdrowsze ciekłokrystaliczne monitory, to często są one nieprawidłowo ustawione, np. za blisko albo za daleko. To sprzyja nieprawidłowej pozycji w pracy przy komputerze, przy którym ponad 60 proc. Polaków spędza w pracy prawie siedem godzin dziennie. Co drugi dodaje do tego co najmniej dwie godziny spędzone z laptopem albo tabletem w domu. – „Grozi nam epidemia chorób układu ruchu” – ostrzega dr Patrycja Krawczyk-Szulc, specjalista medycyny pracy z grupy Lux Med, przypominając, że już ośmiu na dziesięciu pracowników narzeka na dolegliwości lędźwiowo-krzyżowe.

Dr Piotr Wachowiak z SGH wskazuje, że szkodliwe warunki pracy nie tylko pogarszają wizerunek pracodawcy, ale też narażają go na koszty zwolnień chorobowych oraz związanych z niższą wydajnością pracy. Według danych Eurostatu, w krajach Unii prawie 9 proc. pracowników ma problemy zdrowotne związane z pracą – w Polsce aż 22 proc., przy czym dla prawie połowy z nich skończyło się to zwolnieniem lekarskim.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Raz, dwa, trzy – na bruk pójdziesz Ty!

Raz, dwa, trzy – na bruk pójdziesz Ty!

W Warszawie wprowadzono nowe przepisy dotyczące postępowania z lokatorami komunalnymi, którzy nie płacą czynszu w terminie. Wśród nich zapis: już trzy miesiące zaległości w opłatach będą skutkować eksmisją.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, do tej pory w stolicy nie było jednolitych reguł postępowania z dłużnikami w miejskich czynszówkach. Tymczasem skala problemu jest ogromna: rok temu zaległości w opłatach wyniosły ponad 250 mln zł, na liście dłużników było ok. 50 tys. warszawiaków (na blisko 89 tys. mieszkań komunalnych). Co dziesiąty lokator zalegał z opłatami dłużej niż rok.

Zasady windykacji należności od lokatorów i najemców lokali użytkowych, podpisane niedawno przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, regulują tę kwestię we wszystkich dzielnicach. Przepisy mają skrócić proces egzekwowania należności i uczynić relacje między dłużnikami a urzędnikami bardziej bezpośrednimi (wcześniej często ograniczały się do korespondencji pisemnej). Teraz urzędnicy powinni spotkać się osobiście z dłużnikiem lub skontaktować się z nim telefonicznie zanim zadłużenie lokatora osiągnie wysokość trzech miesięcznych czynszów. Muszą poinformować lokatora o zadłużeniu i naliczaniu odsetek, a także o możliwości skorzystania m.in. z obniżki czynszu, dodatku mieszkaniowego czy pomocy społecznej. Mają poznać przyczyny zadłużenia i sytuację majątkową lokatora. I wysyłać kolejne wezwania do zapłaty, z informacją o zagrożeniu skierowaniem sprawy do sądu.

W regulaminie znalazł się także zapis wywołujący ogromne emocje: urzędnicy mają obowiązek niezwłocznego zerwania umowy najmu i skierowania do sądu pozwu o eksmisję, gdy dług przekroczy trzymiesięczny czynsz, a lokator nie zareaguje na wezwanie do zapłaty. Regulamin mówi co prawda o możliwości wypowiedzenia najmu w późniejszym terminie w „szczególnie uzasadnionych społecznie przypadkach”, ale tylko, gdy dług nie przekracza czynszu z dziesięciu miesięcy.

Społecznicy broniący lokatorów alarmują, że przepisy umożliwiają zbyt szybkie pozbawienie ludzi dachu nad głową. – „Jesteśmy przeciwni wprowadzaniu przepisów, które w praktyce oznaczają eksmisje dla rzeszy lokatorów” – mówi Antoni Wiesztort z Kolektywu Syrena, który spotyka się jako strona społeczna w sprawach lokatorskich z władzami miasta. – „W efekcie ratusz może wywołać poważny konflikt społeczny. A miasto miało przecież znaczący udział w generowaniu długów” – dodaje Wiesztort.

Jeden z działaczy przypomina, że miasto podniosło czynsze w 2009 r., a także wprowadziło bardzo wysokie opłaty karne za zajmowanie czynszówek bez umowy. – „Lokator nie ma pieniędzy na czynsz, więc traci szybko umowę. Po wypowiedzeniu umowy jest karany dodatkowo, bo miasto obciąża go kosztami odszkodowania za bezumowne zajmowanie lokalu, teraz to ponad 14 zł za metr. Dług rośnie bardzo szybko” – mówi jeden z działaczy.

Na dodatek system ulg wyklucza z nich osoby z długami, o ile nie podpiszą porozumienia z dzielnicą i nie zaczną spłacać należności. – „Ludzie wpadają więc w spiralę, z której sami wyjść nie mogą, wysokość zadłużenia czyni je niespłacalnym” – mówi Wiesztort. Podkreśla, że przed stworzeniem przepisów, które mogą dotknąć wielu lokatorów, należało zdefiniować problem. – „Odpowiedzieć, w jaki sposób powstało źródło zadłużenia. Eksmisje nie mogą być sposobem miasta na pozbycie się osób niewypłacalnych” – dodaje społecznik.

Sprawa będzie jeszcze dyskutowana. – „Ponieważ strona społeczna obawia się konsekwencji zarządzenia, poprosiłem, by przygotowała autorskie rozwiązania” – powiedział wiceprezydent Olszewski. Spotkanie w tej sprawie zostało zaplanowane na początek czerwca.

Połączyły ich kółeczka

Połączyły ich kółeczka

Kilka organizacji postanowiło wspólnie zadbać o rowerzystów, rodziców z wózkami i niepełnosprawnych na wózkach inwalidzkich. W ramach Federacji Kółeczkowej będą walczyć z krzywymi i wysokimi krawężnikami, popsutymi windami na kładkach i wszechobecnymi schodami bez podjazdów.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, do Federacji Kółeczkowej przystąpili: Fundacja MaMa, Towarzystwo Przyjaciół Szalonego Wózkowicza, Zielone Mazowsze, Fundacja TUS i Stowarzyszenie Integracji Społecznej Komunikacji SISKOM.

– „Skoordynowaliśmy prace, aby nie dublować naszych działań” – mówi Rafał Muszczynko z Zielonego Mazowsza. – „Przecież wysokie krawężniki, brak podjazdów to taki sam problem dla rowerzystów, jak i dla osób niepełnosprawnych, rodziców z wózkami, seniorów. Razem możemy więcej. Razem będziemy bardziej skuteczni, będziemy mocniej naciskać na urzędników. Jeszcze do niedawna trudno sobie było wyobrazić naszą współpracę z Siskomem. Nie we wszystkim się zgadzamy, ale o niektórych sprawach mówimy jednym głosem” – dodaje.

Współpraca między organizacjami zaczęła się już wcześniej. Fundacja Mama, Siskom i Towarzystwo Przyjaciół Szalonego Wózkowicza od roku prowadzą projekt Warszawska Mapa Barier. W Internecie na mapie Warszawy zaznaczali miejsca trudne do sforsowania dla rowerzystów, rodziców z wózkami i osób niepełnosprawnych. – „Współpracują z nami urzędnicy z ministerstwa pracy i polityki społecznej, pełnomocnik rządu ds. osób niepełnosprawnych. Nie przyłączył się tylko warszawski ratusz” – żałuje Jan Jakiel. – „Naszym celem nie jest wytykanie błędów, ale pokazanie problemów i tego, co można z nimi zrobić. Mam nadzieję, że miejscy urzędnicy nie będą traktować nas jak wrogów” – dodaje. – „Nasz wspólny cel to uniwersalne projektowanie miasta. Wspólna cecha: jesteśmy w mniejszym bądź większym stopniu wykluczeni, bo miasto jest dla nas niedostępne” – mówi Marek Sołtys.

Federacja planuje w najbliższym czasie przeprowadzić audyt miejsc związanych z kulturą pod względem tego, czy są tam podjazdy, przewijaki dla dzieci, stojaki na rowery. – „Chcemy stworzyć też przestrzeń w Internecie – bloga, portal – gdzie wszyscy chętni mogliby się wymieniać doświadczeniami i opiniami” – mówi Sołtys.

Miasto może mądrze

Miasto może mądrze

Ruszyła pierwsza w Polsce spółdzielnia socjalna całkowicie sfinansowana, wspierana i nadzorowana przez miasto – Wiosło dla Łodzi.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, spółdzielnię założyło pięcioro młodych bezrobotnych: Anna – z wykształcenia filolog klasyczny, Dominika – pedagog opiekuńczo-wychowawczy, Maciek – student socjologii, Igor – student administracji oraz Jacek – doświadczony w gastronomii i w budowlance.

Spółdzielnia będzie zajmować się głównie usługami opiekuńczymi. Przy ul. Struga 27a uruchomione zostanie przedszkole i mini-kawiarenka dla rodziców. Niewątpliwy atut przedszkola to bardzo elastyczny czas pracy – można w nim zostawić dziecko na dwie godziny, żeby np. pójść do lekarza lub załatwić inne sprawy. Przez cały okres wakacji będą organizowane półkolonie.

Z kolei w drugim lokalu spółdzielni, przy ul. Piotrkowskiej 99, powstanie centrum aktywnego seniora. Będą tam również odbywać się korepetycje z przedmiotów ścisłych dla gimnazjalistów.

Spółdzielnia Wiosło dla Łodzi powstała w ramach programu zapobiegania enklawom biedy. Urzędnicy z MOPS i Powiatowego Urzędu Pracy zasiadają w radzie programowej i będą wspierać działanie inicjatywy. Możliwe jest zatrudnienie nawet 50 spółdzielców. Wszyscy mogą otrzymać zasiłki celowe na aktywizację zawodową oraz fachowe wsparcie prawników i doradców zawodowych. Za otrzymane dotacje spółdzielnia musi przetrwać rok. Później będzie musiała „powiosłować” o własnych siłach. Trzymamy kciuki!