Nie wierzą prywaciarzom

Nie wierzą prywaciarzom

Władze Buska-Zdroju są przeciwne decyzji Ministerstwa Zdrowia, które wyraziło pozytywną opinię na temat planów prywatyzacji obiektów uzdrowiska w tym mieście. Lokalni włodarze walczą o prawo do komunalizacji sanatorium.

Ustawa o lecznictwie uzdrowiskowym z 2005 r. nakłada na ministra skarbu obowiązek określenia uzdrowisk nie podlegających prywatyzacji – przypomina „Gazeta Wyborcza”. W 2011 r. przy nowelizacji ustawy rząd chciał ten przepis wykreślić, ale Sejm nie wyraził zgody. Według gazety, przepis ustawowy nadal będzie obowiązywał, ale redukcji ulegnie lista uzdrowisk państwowych: z siedmiu do jednego. Uzdrowisko Busko-Zdrój, które wcześniej znajdowało się na liście placówek chronionych przed prywatyzacją, teraz zostało z niej wykluczone.

Jak informuje portal RynekZdrowia.pl, do całkowitej prywatyzacji uzdrowiska w Busku-Zdroju nie chcą dopuścić władze miasta. Pod koniec kwietnia br. rada miejska na wniosek burmistrza podjęła uchwałę zawierającą apel do premiera i do ministra skarbu, aby pozostawić Uzdrowisko Busko-Zdrój SA w formie spółki Skarbu Państwa.

Jeżeli jednak nie uda się powstrzymać procesu prywatyzacyjnego, władze miasta mają alternatywną propozycję. – „Chodzi o to, żeby nie dokonywać prywatyzacji, lecz komunalizacji uzdrowiska na rzecz samorządu, na rzecz gminy Busko-Zdrój” – mówi Henryk Radosz, zastępca burmistrza. Dodaje, że taka propozycja została już wysłana do premiera, do ministra skarbu oraz do posłów. – „Będziemy chcieli o tych kwestiach nadal rozmawiać” – zapowiada zastępca burmistrza.

Miasto, dla którego istnienie uzdrowiska oznacza wiele korzyści, nie tylko finansowych, ale także wizerunkowych, chce utrzymać kontrolę nad sanatorium, aby mieć pewność, że będzie ono kontynuowało działalność w dotychczasowej formie. Prywatyzacja tych obiektów nie gwarantuje, że w ogóle lub w skali zbliżonej do obecnej będą one wykorzystywane w tym samym celu.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Grozi nam technokalectwo?

Grozi nam technokalectwo?

Połowa pracowników biurowych w Polsce ma stanowiska pracy zagrażające ich zdrowiu.

Jak wynika z najnowszego badania Ergotest i raportu firmy Fellowes, tylko dwóch na stu Polaków zatrudnionych w biurach i urzędach ma warunki w pełni spełniające wymogi ergonomii, czyli odpowiednio wyposażone i dopasowane do swych potrzeb stanowisko pracy – informuje portal ekonomia24.pl. W 2010 r. 40 proc. badanych pracowało w warunkach, które nie spełniają żadnych zasad ergonomii, obecnie takich osób jest już 47 proc.

– „Pracownicy nie są świadomi, że mogą się domagać odpowiednich warunków pracy, a pracodawcy nie doceniają wpływu warunków na motywację i efektywność pracowników. Grozi nam technokalectwo” – podkreśla Jacek Świgost z Fellowes.

Według badania Ergostest, które objęło prawie 1100 pracowników, w polskich biurach jest teraz bardziej tłoczno. Co trzeci badany nie ma wydzielonego stanowiska, a odległość od kolegów wynosi mniej niż wymagane przepisami 80 cm.

Choć większość pracowników ma już zdrowsze ciekłokrystaliczne monitory, to często są one nieprawidłowo ustawione, np. za blisko albo za daleko. To sprzyja nieprawidłowej pozycji w pracy przy komputerze, przy którym ponad 60 proc. Polaków spędza w pracy prawie siedem godzin dziennie. Co drugi dodaje do tego co najmniej dwie godziny spędzone z laptopem albo tabletem w domu. – „Grozi nam epidemia chorób układu ruchu” – ostrzega dr Patrycja Krawczyk-Szulc, specjalista medycyny pracy z grupy Lux Med, przypominając, że już ośmiu na dziesięciu pracowników narzeka na dolegliwości lędźwiowo-krzyżowe.

Dr Piotr Wachowiak z SGH wskazuje, że szkodliwe warunki pracy nie tylko pogarszają wizerunek pracodawcy, ale też narażają go na koszty zwolnień chorobowych oraz związanych z niższą wydajnością pracy. Według danych Eurostatu, w krajach Unii prawie 9 proc. pracowników ma problemy zdrowotne związane z pracą – w Polsce aż 22 proc., przy czym dla prawie połowy z nich skończyło się to zwolnieniem lekarskim.

O godność niepełnosprawnych

O godność niepełnosprawnych

Rodzice niepełnosprawnych dzieci protestowali przed kancelarią premiera, domagając się m.in. wyższych zasiłków.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, przed siedzibą premiera zebrało się kilkadziesiąt osób z całej Polski. To rodzice, którzy zmuszeni byli zrezygnować z pracy, aby móc opiekować się swoimi niepełnosprawnymi dziećmi: z zespołem Downa, z porażeniem mózgowym czy z autyzmem. Przysługuje im 153 zł zasiłku pielęgnacyjnego na dziecko i 520 zł świadczenia pielęgnacyjnego miesięcznie. – „Ja mam trójkę niepełnosprawnych dzieci, ale 520 zł dostaję tylko raz” – opowiada Bernadetta Pikul z Dąbrowy Tarnowskiej. – „Nie liczy się za każde dziecko osobno, to renta dla mnie” – dodaje.

Niewielkie kwoty, które przysługują takim rodzinom, nie są wystarczające, aby kupić lekarstwa, opłacić logopedę, rehabilitację czy dostosować mieszkanie do potrzeb niepełnosprawnego. Ostatnia podwyżka świadczenia miała miejsce w 2009 r. i wyniosła 100 zł. Kolejna planowana jest na listopad 2012 – o tyle samo. – „My o tych 100 zł nie chcemy słyszeć” – zarzeka się Iwona Hartwich z Torunia. – „Uwierzyliśmy w obietnice z poprzedniego spotkania z premierem w 2009 r., od tamtej pory inflacja zjadła te pieniądze. Dziś chcemy konkretów”.

Rodzice walczą, by rząd uznał opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem za zawód. Obecnie, jeśli nie pracują, ich składki emerytalne naliczane są od 520 zł świadczenia pielęgnacyjnego. – „Dostaniemy jakieś 140 zł emerytury” – mówi Beata Partyńska z Dąbrowy Tarnowskiej.

Rodzice zapewniają, że chętnie wróciliby do pracy, ale nie mają z kim zostawić dzieci. Napisali projekt ustawy, w którym proponują zniesienie progu dochodowego przy przyznawaniu świadczeń pielęgnacyjnych, a także zorganizowanie zajęć szkolnych i dodatkowych dla dzieci (gdyby dzieci korzystały z zajęć, rodzice mogliby pracować). – „Jeśli nie chcą nam dać tej rybki, którą jest podwyższenie zasiłku, to niech dadzą nam wędkę” – mówi Grażyna Rosołowicz z Warszawy. – „Mamy konkretny pomysł: niech opieka będzie traktowana jako zawód, a jeden z rodziców na to stanowisko mianowany. I niech te pensje będą godne” – podkreśla.

Rząd od kilkunastu miesięcy pracuje jedynie nad uchwałą, która zwiększyłaby świadczenia. Co kwartał ogłaszany jest program, w którym opiekun dziecka niepełnosprawnego pobierający świadczenie może dostać dodatkowe 100 zł na każdy miesiąc. W czerwcu można uzyskać łącznie 300 zł: za kwiecień, maj i czerwiec. Rozporządzenie wydano 9 maja, ale w Dzienniku Ustaw opublikowane zostało dopiero 18 maja. Termin ubiegania się o dodatek mija 31.

– „Nasi świadczeniobiorcy to nie są osoby, które codziennie zaglądają do Dziennika Ustaw, żeby sprawdzić, co im przysługuje” – mówi Marcin Mioduszewski, kierownik działu świadczeń rodzinnych Śródmieścia, który rozdziela 100-złotowe dodatki. – „My chwytamy za telefony i wszystkich staramy się powiadomić. W poprzednich dwóch kwartałach też ogłosili to na kilka dni przed terminem”. Urzędnicy nie mają jednak obowiązku obdzwaniania świadczeniobiorców. A taka informacja jest ważna, bo dodatek jest przyznawany tylko na wniosek zainteresowanego.

Podczas manifestacji rodzice domagali się spotkania z premierem w obecności mediów i złożenia przez premiera przyrzeczeń na piśmie. Do niczego takiego nie doszło. Premier wyznaczył jedynie zespół specjalistów, członków komisji pracujących nad nowelizacją prawa dla osób niepełnosprawnych i ich opiekunów. Rodzice zapowiedzieli, że jeśli nie usłyszą konkretów, będą protestować podczas Euro.

Równa praca – równa płaca

Równa praca – równa płaca

Parlament Europejski wezwał Komisję Europejską do podjęcia skuteczniejszych działań w celu zmniejszenia różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn za wykonywanie tej samej pracy.

Jak informuje portal wnp.pl, różnica wynagrodzenia kobiet i mężczyzn w UE wynosi średnio 16,4 proc., przy czym w niektórych krajach jest znacznie wyższa. Największe tego typu nierówności Eurostat odnotowuje w Austrii, na Cyprze, w Czechach, w Niemczech i na Słowacji. Sytuacja najlepiej prezentuje się w Belgii, we Włoszech, na Malcie i w Słowenii, a tylko nieco gorzej w Polsce.

– „Po prawie czterdziestu latach zupełnie nieskutecznej legislacji, państwa członkowskie zrobiły nieznaczne postępy w walce o równe wynagradzanie kobiet i mężczyzn, zaś sankcje przeciw pracodawcom, którzy dopuszczają się dyskryminacji, nie są stosowane” – powiedziała przed głosowaniem Edit Bauer (EPP, Słowacja), autorka stanowiska Parlamentu Europejskiego.

Posłowie wezwali Komisję Europejską do zaproponowania nowych działań mających na celu zmniejszenie nierówności w zarobkach przy pomocy środków krajowych, jak i ogólnoeuropejskich. W specjalnej rezolucji zaproponowano zaostrzenie sankcji nakładanych na pracodawców za niedostosowanie się do europejskich przepisów: grzywny finansowe lub brak możliwości uzyskania pomocy publicznej lub subsydiów.