Miasto dla ludzi, nie dla reklam

Miasto dla ludzi, nie dla reklam

Władze Sopotu wypowiedziały wojnę nielegalnym reklamom w mieście. Na celowniku znalazły się aroganckie zachowania m.in. takich gigantów, jak Coca-Cola.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, prezydent Sopotu Jacek Karnowski podjął stanowcze działania, aby pozbyć się nielegalnych reklam w mieście. – „Nie chcemy, żeby Sopot zamienił się w śmietnik” – tłumaczy. – „Będziemy tę akcję rozszerzać także poza Monciak. Najpierw «wyczyścimy» deptak, potem zabierzemy się za teren między ul. 3 Maja a ul. Goyki. Reklamy, owszem, niech w mieście będą, ale nie tu, gdzie stoją zabytkowe kamienice” – dodaje.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Zniknęły już bannery m.in. ze ścian byłego kina Polonia i Multikina. Firma LPP zdjęła reklamę z Domu Towarowego przy placu Przyjaciół Sopotu, gdzie mieści się należący do spółki sklep Reserved. Zdarzają się jednak i oporni wobec działań prezydenta – na ścianie tego samego budynku nadal wisi spora reklama Coca-Coli. Próby skontaktowania się z firmą okazały się bezskuteczne. Karnowski wysłał nawet w tej sprawie list do dyrektora generalnego firmy na Polskę. Napisał w nim: „Zwracam się z gorącym apelem o poszanowanie obowiązującego w Polsce prawa. Niedopuszczalne jest, by budowanie wizerunku Waszej firmy odbywało się kosztem naszego miasta […] Wierzę, że Państwa intencją nie jest budowanie wizerunku firmy jako wandala przestrzeni miejskiej”.

Karnowski zapowiada, że jeśli reklama nie zostanie usunięta, właściciel domu towarowego straci prawo do wynajmowania przestrzeni pod ogródki. Prezydent zamierza także rozmawiać z przedstawicielami UEFA. – „Coca-Cola jest jednym z głównych sponsorów mistrzostw, ale w tej sytuacji Sopot nie będzie chciał bannerów i flag promujących Euro 2012, na których będzie logo tej firmy” – mówi Karnowski.

Z ulic Sopotu mają zniknąć zarówno wielkoformatowe, jak i małe reklamy: wszelkie niedozwolone standy, koziołki, minibanery, ustawione przy ogródkach gastronomicznych. Ci, którzy nie zlikwidują reklam, odczują dotkliwe konsekwencje. – „Stracą ogródki – mówi krótko Karnowski. – A wszyscy wiemy, że ogródki w sezonie to niesamowity zysk”.

Jak wyjaśnia Anna Dyksińska z sopockiego magistratu, wynajmowanie powierzchni pod ogródki ma swój regulamin. Na najbliższej naradzie u prezydenta punkt dotyczący ogródków zostanie rozszerzony o kwestię reklamy. Określi on, że w przypadku pojawienia się nielegalnej reklamy miasto może cofnąć najemcy zgodę na działalność.

W jesiennym numerze naszego kwartalnika opublikujemy obszerny tekst o tym, jak władze polskich miast i społecznicy walczą z inwazją reklam.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Przewóz kosztów

Przewóz kosztów

Koszty zewnętrzne transportu w krajach UE szacowane są na ponad 500 mld euro, co stanowi ok. 4 proc. ich PKB. Jeśli dodać do nich koszty korków, kwota wzrasta do poziomu od 5 do 6 proc. PKB tych krajów. Ogromną większość tych kosztów generuje transport drogowy.

Jak informuje portal wnp.pl, dane dotyczą krajów EU z wyłączeniem Malty i Cypru, ale z uwzględnieniem Norwegii i Szwajcarii, i obejmują 2008 r. Raport w tej sprawie („External costs of the transport In Europe”) został opracowany przez trzy firmy konsultingowe na zlecenie Wspólnoty Kolei Europejskich oraz Zarządców Infrastruktury Kolejowej (CER).

Pod pojęciem „koszt zewnętrzny” rozumie się wydatki powstające w otoczeniu transportu lub na skutek jego oddziaływania bezpośredniego i pośredniego, czyli m.in. koszty wypadków, emisji CO2, ochrony środowiska, hałasu, zatorów itp.

Z raportu wynika, że za 93 proc., czyli zdecydowaną większość, całkowitych kosztów zewnętrznych odpowiedzialny jest transport drogowy, w tym samochody osobowe – ok. 61 proc., ciężarówki – 13 proc., vany – 9 proc., motocykle – 6 proc., a autobusy – 4 proc. Udział lotnictwa (ale tylko europejskiego) w kosztach transportu wynosi 5 proc. Tymczasem transport kolejowy jest odpowiedzialny za mniej niż 2 proc. kosztów zewnętrznych, a rzeczny – tylko 0,3 proc. W sumie ok. 77 proc. tych kosztów powoduje transport pasażerski, 23 proc. – przewozy towarów.

CER podkreśla, że wyniki te podawane są do publicznej opinii w kluczowym momencie debaty o polityce transportowej w UE. Lepsze wykorzystanie wskaźników kosztowych, poprzez uwzględnianie także kosztów zewnętrznych, był jednym z głównych założeń zmiany systemu transportu publicznego w miastach, ogłoszonych w marcu ubiegłego roku.

Nie wierzą prywaciarzom

Nie wierzą prywaciarzom

Władze Buska-Zdroju są przeciwne decyzji Ministerstwa Zdrowia, które wyraziło pozytywną opinię na temat planów prywatyzacji obiektów uzdrowiska w tym mieście. Lokalni włodarze walczą o prawo do komunalizacji sanatorium.

Ustawa o lecznictwie uzdrowiskowym z 2005 r. nakłada na ministra skarbu obowiązek określenia uzdrowisk nie podlegających prywatyzacji – przypomina „Gazeta Wyborcza”. W 2011 r. przy nowelizacji ustawy rząd chciał ten przepis wykreślić, ale Sejm nie wyraził zgody. Według gazety, przepis ustawowy nadal będzie obowiązywał, ale redukcji ulegnie lista uzdrowisk państwowych: z siedmiu do jednego. Uzdrowisko Busko-Zdrój, które wcześniej znajdowało się na liście placówek chronionych przed prywatyzacją, teraz zostało z niej wykluczone.

Jak informuje portal RynekZdrowia.pl, do całkowitej prywatyzacji uzdrowiska w Busku-Zdroju nie chcą dopuścić władze miasta. Pod koniec kwietnia br. rada miejska na wniosek burmistrza podjęła uchwałę zawierającą apel do premiera i do ministra skarbu, aby pozostawić Uzdrowisko Busko-Zdrój SA w formie spółki Skarbu Państwa.

Jeżeli jednak nie uda się powstrzymać procesu prywatyzacyjnego, władze miasta mają alternatywną propozycję. – „Chodzi o to, żeby nie dokonywać prywatyzacji, lecz komunalizacji uzdrowiska na rzecz samorządu, na rzecz gminy Busko-Zdrój” – mówi Henryk Radosz, zastępca burmistrza. Dodaje, że taka propozycja została już wysłana do premiera, do ministra skarbu oraz do posłów. – „Będziemy chcieli o tych kwestiach nadal rozmawiać” – zapowiada zastępca burmistrza.

Miasto, dla którego istnienie uzdrowiska oznacza wiele korzyści, nie tylko finansowych, ale także wizerunkowych, chce utrzymać kontrolę nad sanatorium, aby mieć pewność, że będzie ono kontynuowało działalność w dotychczasowej formie. Prywatyzacja tych obiektów nie gwarantuje, że w ogóle lub w skali zbliżonej do obecnej będą one wykorzystywane w tym samym celu.

Grozi nam technokalectwo?

Grozi nam technokalectwo?

Połowa pracowników biurowych w Polsce ma stanowiska pracy zagrażające ich zdrowiu.

Jak wynika z najnowszego badania Ergotest i raportu firmy Fellowes, tylko dwóch na stu Polaków zatrudnionych w biurach i urzędach ma warunki w pełni spełniające wymogi ergonomii, czyli odpowiednio wyposażone i dopasowane do swych potrzeb stanowisko pracy – informuje portal ekonomia24.pl. W 2010 r. 40 proc. badanych pracowało w warunkach, które nie spełniają żadnych zasad ergonomii, obecnie takich osób jest już 47 proc.

– „Pracownicy nie są świadomi, że mogą się domagać odpowiednich warunków pracy, a pracodawcy nie doceniają wpływu warunków na motywację i efektywność pracowników. Grozi nam technokalectwo” – podkreśla Jacek Świgost z Fellowes.

Według badania Ergostest, które objęło prawie 1100 pracowników, w polskich biurach jest teraz bardziej tłoczno. Co trzeci badany nie ma wydzielonego stanowiska, a odległość od kolegów wynosi mniej niż wymagane przepisami 80 cm.

Choć większość pracowników ma już zdrowsze ciekłokrystaliczne monitory, to często są one nieprawidłowo ustawione, np. za blisko albo za daleko. To sprzyja nieprawidłowej pozycji w pracy przy komputerze, przy którym ponad 60 proc. Polaków spędza w pracy prawie siedem godzin dziennie. Co drugi dodaje do tego co najmniej dwie godziny spędzone z laptopem albo tabletem w domu. – „Grozi nam epidemia chorób układu ruchu” – ostrzega dr Patrycja Krawczyk-Szulc, specjalista medycyny pracy z grupy Lux Med, przypominając, że już ośmiu na dziesięciu pracowników narzeka na dolegliwości lędźwiowo-krzyżowe.

Dr Piotr Wachowiak z SGH wskazuje, że szkodliwe warunki pracy nie tylko pogarszają wizerunek pracodawcy, ale też narażają go na koszty zwolnień chorobowych oraz związanych z niższą wydajnością pracy. Według danych Eurostatu, w krajach Unii prawie 9 proc. pracowników ma problemy zdrowotne związane z pracą – w Polsce aż 22 proc., przy czym dla prawie połowy z nich skończyło się to zwolnieniem lekarskim.