Rada Honorowa rośnie

Rada Honorowa rośnie

Z przyjemnością informujemy, że dr Andrzej Zybała przyjął zaproszenie do Rady Honorowej „Nowego Obywatela”.

Dr Zybała już od bardzo wielu lat z dużą życzliwością wspiera aktywność naszego środowiska, w przeszłości także jako autor tekstów i wywiadów. W „Obywatelu” opublikowaliśmy jego rozmowy m.in. z Zygmuntem Baumanem, Janem Olszewskim, Ryszardem Bugajem, Jadwigą Staniszkis, Tadeuszem Kowalikiem, Zdzisławem Krasnodębskim.

Zaproszenie Andrzeja Zybały do Rady wynika nie tylko z uznania jego wkładu i zasług dla naszego niewielkiego pisma, ale także z chęci postawienia go za wzór funkcjonariusza publicznego, który ma poglądy prospołeczne i w dodatku wolontarystycznie wielokrotnie angażował się na rzecz ich realizacji. Taka postawa budzi nasz ogromny szacunek.

Andrzej Zybała (ur. 1966) ukończył studia w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, doktorat na temat globalnych dóbr publicznych obronił w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Od listopada 2005 r. do kwietnia 2006 był członkiem gabinetu politycznego w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej oraz rzecznikiem prasowym Ministerstwa, następnie zajmował się dla niego analityką problemów społecznych oraz działalnością wydawniczą, m.in. jako kierownik działu wydawniczo-programowego Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”. Obecnie pracownik Krajowej Szkoły Administracji Publicznej. Prowadzi wykłady i szkolenia poświęcone rynkowi pracy, polityce społecznej, partnerstwom lokalnym, politykom publicznym i zarządzaniu publicznemu. Jest autorem specjalistycznych opracowań, w tym dla Komisji Europejskiej, a także tekstów popularyzatorskich i publicystycznych, które ukazywały się m.in. w „Rzeczpospolitej”, „W Drodze”, „Powściągliwości i Pracy”, „Międzynarodowym Przeglądzie Politycznym”. Autor książki „Globalna korekta. Szanse Polski w zglobalizowanym świecie” (2004) oraz wywiadu-rzeki z prof. Jadwigą Staniszkis, pt. „Szanse Polski” (2005).

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Zadbamy jak o nasze

Zadbamy jak o nasze

Trwa walka o to, aby do zakupu prywatyzowanych PPZ „Trzemeszno” i Krajowej Spółki Cukrowej SA dopuszczeni zostali przede wszystkim lub wyłącznie pracownicy i rolnicy.

Jak informuje portal Farmer.pl, Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi skierowała dezyderat do ministra skarbu państwa w sprawie prywatyzacji Przedsiębiorstwa Przemysłu Ziemniaczanego „Trzemeszno”. Powodem jest wniosek wystosowany przez Ministerstwo Skarbu Państwa do Rady Ministrów o inny niż publiczny tryb zbycia akcji Spółki.

Zdaniem posłów, prywatyzacja „Trzemeszna” powinna być wstrzymana do czasu rozstrzygnięcia wszelkich problemów prawnych związanych ze strukturą właścicielską spółki. Posłowie zapewniają, że podjęcie takiej decyzji nie przyniesie żadnych strat Skarbowi Państwa, ponieważ Spółka jest w bardzo dobrej kondycji finansowej i będzie zasilała budżet państwa dywidendą.

Jeśli procesu prywatyzacyjny zostanie wznowiony, zdaniem Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi powinien się odbyć zgodnie z zasadami określonymi w „Koncepcji prywatyzacji spółek rolno-spożywczych”, opracowanej przez Ministerstwo Skarbu Państwa 29 lipca 2010 r. Oznacza to, że pierwszeństwo w przetargu powinni mieć pracownicy i producenci rolni. Komisja wyraża przekonanie, że będzie to miało bardzo pozytywny wpływ na rozwój rolnictwa w województwach wielkopolskim i kujawsko-pomorskim oraz przyczyni się do kształtowania pozytywnego wizerunku procesów prywatyzacyjnych, zachodzących w Polsce.

Podobny problem, co w przypadku „Trzemeszna”, dotyczy obecnie Krajowej Spółki Cukrowej SA. KSC ma być prywatyzowana przez Giełdę Papierów Wartościowych, czemu sprzeciwiają się plantatorzy buraków cukrowych.

Prywatyzacja KSC została wstrzymana przed dwoma miesiącami z powodu informacji o zakupie dużych pakietów akcji przez podstawione osoby. Rodziło to podejrzenie, że większościowy pakiet akcji KSC, wbrew gwarantowanym ustawą celom prywatyzacji, zostanie przejęty przez kilkadziesiąt osób, działających prawdopodobnie w imieniu dużego podmiotu z branży rolno-spożywczej (pisaliśmy o tym tutaj). Po tych wydarzeniach Skarb Państwa odwołał zarząd oraz radę nadzorczą KSC SA, powołując nowe władze spółki, a 31 maja poinformował, że zamierza sprywatyzować KSC SA poprzez giełdę.

Stanisław Barnaś, prezes Krajowego Związku Plantatorów Buraków Cukrowych w liście otwartym przypomina, że zgodnie z ustawowymi przepisami dotyczącymi przekształceń własnościowych w przemyśle cukrowniczym, akcje KSC SA powinny być zbywane wyłącznie na rzecz plantatorów buraków cukrowych związanych umowami kontraktacji z KSC SA i jej pracowników.

Ministerstwo Skarbu Państwa zamierzając oddać prywatyzację Giełdzie Papierów Wartościowych, nie tylko łamie obowiązujące w Polsce prawo, ale zdaniem Barnasia również niweczy cele leżące u podstaw rozpoczętego w 1994 r. procesu przekształceń własnościowych w przemyśle cukrowniczym. Przemysł ten w owym czasie obejmował 76 krajowych cukrowni, z których obecnie pozostało jedynie 18, a w ramach KSC SA przetwórstwo prowadzi zaledwie 7 zakładów. Ponad 60% polskiego rynku cukru jest kontrolowane przez podmioty zagraniczne. Stan ten wymaga zdecydowanie innych rozwiązań, niż zaproponowało Ministerstwo Skarbu Państwa – podkreśla Barnaś.

Co więcej, zaproponowanie 30% akcji dla plantatorów i pracowników oraz mówienie o możliwości osiągnięcia rzeczywistej kontroli właścicielskiej nad KSC SA czy wpływu na politykę kontraktacji jest zdaniem Barnasia utopią, wyrazem elementarnej niewiedzy oraz braku przeprowadzenia jakichkolwiek analiz, chociażby dotyczących obecnego stanu posiadania udziałów w KSC SA. Obecnie pracownicy i plantatorzy Spółki to grupa ok. 18 tys. osób, posiadająca nie więcej jak 5% akcji KSC SA, co oznacza, że przy obecnych rozwiązaniach nie osiągną rzeczywistej kontroli nad Spółką.

Barnaś stwierdza także, iż rozwiązanie zaproponowane przez Ministerstwo nie eliminuje dotychczasowych nieprawidłowości (w tym praktyki „słupów”), a wręcz przeciwnie – umożliwia ich legalizację poprzez mechanizmy giełdowe. Dla przypomnienia przywołuje doświadczenia prywatyzacyjne Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń czy Banku Gospodarki Żywnościowej.

Obecnie KSC SA posiada dość duże środki na inwestycje rozwojowe i to dzięki plantatorom, gdyż to im nie wypłacono ponad 350 mln zł należnej nadwyżki ze sprzedaży cukru za kampanie 2010/11 i 2011/12. To stanowi w opinii Barnasia dodatkowy argument przemawiający za prywatyzacją na rzecz plantatorów i pracowników.

Barnaś zwraca również uwagę na fakt, że tysiące plantatorów zapisało się na zakup akcji, czym potwierdzili, że wiążą przyszłość z „Polskim Cukrem” i chcą z pełną odpowiedzialnością uczestniczyć w rozwoju Spółki. Taki model gwarantuje trwałość uprawy buraka cukrowego i zapewnia godziwe dochody zarówno plantatorom, jak i pracownikom cukrowni.

Autor listu wyraził na koniec nadzieję, że Ministerstwo Skarbu Państwa i Rząd RP, wzorem innych państw UE, stworzy takie warunki, aby zakup KSC SA przez osoby ustawowo uprawnione – i tylko przez nie – doszedł do skutku. Podkreślił, że będzie to zgodne z interesem plantatorów, pracowników i konsumentów, a także że jest to model sprawdzony w innych krajach, gdzie akcjonariat plantatorsko-pracowniczy potrafił stworzyć silne i perfekcyjnie zarządzane przedsiębiorstwa.

Biedna wieś

Biedna wieś

W 2011 r. odnotowano wzrost zagrożenia ubóstwem skrajnym w niemal wszystkich grupach gospodarstw domowych. Jednak najbardziej pogorszyła się sytuacja rolników.

Jak informuje portal Farmer.pl, zgodnie z wyliczeniami GUS, wśród osób zamieszkałych w gospodarstwach domowych rolników zagrożenie ubóstwem skrajnym wzrosło o 4,2 punktów procentowych, czyli niemal o połowę w porównaniu z 2010 r., i osiągnęło poziom 13,1 proc. – najwyższy od 2005 r. Wzrost nastąpił po kilkuletnim okresie stabilizacji – w latach 2007-2010 poziom ubóstwa skrajnego w gospodarstwach domowych rolników utrzymywał się w granicach 9-10 proc.

Ubóstwo skrajne to poziom biedy nie pozwalający na przeżycie bez wyniszczenia organizmu, wskaźnik ten jest obliczany przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Ogółem poniżej tzw. ustawowej granicy ubóstwa znajdowało się w 2011 r. niemal 13,5 proc. osób w gospodarstwach domowych rolników, a nieco ponad 13 proc. żyło poniżej minimum egzystencji. W najtrudniejszej sytuacji były osoby mieszkające w gospodarstwach rolników, których powierzchnia użytków rolnych wynosiła mniej niż 2 hektary – wskaźniki zagrożenia ubóstwem skrajnym i ustawowym były dla nich mniej więcej dwukrotnie wyższe niż dla ogółu osób w gospodarstwach domowych rolników.

GUS upatruje możliwych przyczyn wzrostu ubóstwa wśród rolników m.in. w zaobserwowanym w tej grupie gospodarstw w 2011 r. spadku poziomu dochodu rozporządzalnego per capita. Za główny powód tego spadku uznaje znaczne zmniejszenie się poziomu dopłat do użytkowanych gospodarstw rolnych – o ok. 40 proc. w porównaniu z rokiem 2010. Wpływ dopłat unijnych na sytuację materialną gospodarstw rolników widoczny był również w 2006 r., kiedy mieliśmy do czynienia z sytuacją odwrotną, tzn. otrzymane dodatkowe środki przyczyniły się do istotnego spadku zagrożenia ubóstwem ekonomicznym.

Nie chcemy powtórki z Fukushimy

Nie chcemy powtórki z Fukushimy

Najnowsze prognozy naukowe mówią, że przy obecnej liczbie reaktorów jądrowych na świecie, katastrofa podobna do tej z Fukushimy może wydarzyć się raz na 10-20 lat. Zdaniem Greenpeace, powinno to być powodem rezygnacji z budowy elektrowni jądrowej w Polsce.

Jak informuje portal wnp.pl, niemieccy eksperci z prestiżowego Max Planck Institute for Chemistry z Mainz w opublikowanej pod koniec maja br. analizie udowadniają, że ryzyko awarii jądrowej związanej ze stopieniem rdzenia reaktora, podobnej do tych, które wydarzyły się w Czarnobylu i Fukushimie, jest aż 200-krotnie wyższe niż szacowano dotychczas.

Raport „Global Risk of Radioactive Fallout After Major Nuclear Reactor Accidents” rzuca nowe światło na kwestię bezpieczeństwa elektrowni jądrowych. W związku z tym Greenpeace zwrócił się z formalnym wnioskiem do Ministerstwa Gospodarki, by wyniki analiz zostały uwzględnione w procesie projektowania Programu Polskiej Energetyki Jądrowej. – „Wyniki analiz Instytutu Max Planck potwierdzają, że nie istnieje coś takiego, jak bezpieczna elektrownia jądrowa. Ministerstwo Gospodarki musi uwzględnić te dane i ekspertyzę w prognozie oceny oddziaływania na środowisko Programu Polskiej Energetyki Jądrowej. Za sprawą samej ekspertyzy, mieszkańcy Pomorza dostali kolejny oręż i argumenty do dalszej walki przeciwko planom budowy elektrowni jądrowej nad polskim morzem” – mówi Iwo Łoś z polskiego oddziału Greenpeace.

W swojej analizie naukowcy podkreślają, że w przypadku poważnej awarii europejskiego reaktora, radioaktywny cez 137 może skazić obszar nawet w odległości 2 tysięcy km od reaktora. Jednocześnie ostrzegają, że przy obecnej liczbie reaktorów działających na całym świecie, katastrofa podobna do tej z Fukushimy, może wydarzyć się raz na 10 do 20 lat.

– „Katastrofy nuklearne związane ze stopieniem rdzenia reaktora spowodowane są awarią systemów chłodzenia i mogą mieć znaczące środowiskowe i społeczne konsekwencje. Żeby zminimalizować ryzyko narażenia na promieniowanie, należy skoordynować decyzje dotyczące odchodzenia od energetyki jądrowej na poziomie międzynarodowym, szczególnie jeśli elektrownie są lokalizowane w strefach przygranicznych” – podkreślają autorzy ekspertyzy.