Przeciwko koncernom – za rolnikami

Przeciwko koncernom – za rolnikami

Stowarzyszenie EKOLAND wyraża swój stanowczy sprzeciw wobec poselskiego projektu ustawy przygotowanego przez grupę parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej, związanej z odłożeniem na kolejne lata decyzji zakazującej importu na teren Polski pasz zawierających GMO.

Uważamy, że jest to decyzja nad wyraz szkodliwa dla polskiego rolnictwa, a tym samym wszystkich obywateli naszego państwa. Obawiamy się, że ustawa ta jest pochodną działań lobbystycznych wielkich koncernów biotechnologicznych. Cały czas przypominamy, że Polska już w 2008 roku uchwaliła zakaz importu pasz GMO. Przez 4 lata było to martwe prawo. Niestety takim pozostanie. Przypominamy również, że w opinii wielu niezależnych ekspertów i na podstawie własnego doświadczenia, Polska jest w stanie sama wyprodukować odpowiednią ilość paszy wysokobiałkowej, która w znakomity sposób zaspokoi potrzeby rynku oraz da asumpt do rozwoju polskiego rolnictwa, zwiększenia dochodu rolników, a co za tym idzie poprawi ich siłę nabywczą, co przełoży się na całą gospodarkę narodową.

Niestety Polska stała się w niemalże 100 procentach całkowicie uzależniona od dostaw komponentów modyfikowanych genetycznie, tym samym tracąc samowystarczalność w dziedzinie białka paszowego. Za taki stan rzeczy odpowiedzialne są duże przedsiębiorstwa (głównie Cargill będący w spółce joint venture z Monsanto), które zmonopolizowały polski przemysł paszowy i skutecznie uniemożliwiają dywersyfikację dostaw surowców do produkcji pasz. Polscy rolnicy nie mają żadnego wyboru podczas zakupu pasz, bowiem na polskim rynku mieszanek paszowych bez GMO praktycznie nie ma. Rolnicy, którzy ze względu na specyfikę swojej produkcji nie mogą używać pasz GMO, zmuszeni są do ich kupowania za granicą.  Uważamy, że obecny projekt ustawy autorstwa posłów PO, przy poparciu jak się wydaje działaczy PSL-u doprowadzi naszym zdaniem do całkowitego uzależnienia polskiego konsumenta od zachodnich koncernów. Ze szkodą dla wszystkich.

Przypominamy, iż naszym zdaniem alternatywą dla soi GMO może być soja niemodyfikowana genetycznie z takich krajów jak: Brazylia, Rosja, Ukraina Indie, soja uprawiana w Polsce – istnieją na rynku nasion odmiany niemodyfikowane genetycznie, o krótkim okresie wegetacji, przystosowane do polskich warunków klimatycznych (np. odmiana Anuszka) lub też stosowane od wieków nasze rodzime rośliny strączkowe, które po przetworzeniu, usunięciu substancji antyżywieniowych i poprawieniu stopnia strawności (opatentowana technologia będąca w posiadaniu polskiego inżyniera, opracowana na poznańskiej uczelni rolniczej) mogą z powodzeniem być używane do skarmiania wszystkimi gatunkami zwierząt.

Należy zmienić ten stan rzeczy i podjąć większe niż do tej pory, wysiłki w celu wyeliminowania z pasz składników zmodyfikowanych genetycznie.

Program Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi dotyczący wspierania produkcji rodzimych strączkowych jest działaniem w dobrym kierunku, lecz zdecydowanie niewystarczającym, gdyż rolnicy mają często trudności ze zbytem wyprodukowanych plonów roślin strączkowych. Zastosowanie tak ulepszonej paszy, podczas prowadzonych eksperymentów nad drobiem i trzodą chlewną, dało doskonałe rezultaty.

Warto wspomnieć, że posiadacz tej technologii kilkakrotnie zwracał się do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi z propozycją współpracy i wykorzystania tego osiągnięcia dla dobra polskiego rolnictwa. Bez efektu.

Przypominamy. Polska Izba Produktu Regionalnego i Lokalnego w regulaminie stosowania znaku „Jakość Tradycja” wykluczyła stosowanie surowców opartych na GMO. Wszystkie Sejmiki Wojewódzkie poprzez podjęcie uchwał zdeklarowały utworzenie stref wolnych od GMO w odniesieniu do produkcji rolnej na swoim terytorium. Większa część społeczeństwa nie akceptuje żywności GMO, opowiada się za znakowaniem i deklaruje chęć kupowania produktów rolnych bez GMO. W Polsce konsumenci nie mają takiego wyboru produktów, opartego na wiarygodnym znakowaniu.

Jedyną alternatywą jest żywność ekologiczna, ale tu, z powodu trudności w zaopatrzeniu w pasze ekologiczne, produkty te są coraz droższe i stają się trudno dostępne.

Proponujemy, zamiast stałego przesuwania vacatio legis ustawy o paszach, wprowadzenie okresów przejściowych, podczas których stopniowo zmniejszany będzie udział w rynku pasz GMO, a rozwijany program zwiększenia udziału w paszach surowców rodzimej produkcji m.in. łubinu, grochu, bobiku i soi niemodyfikowanej genetycznie. Zapewni to dochody polskim producentom roślin przeznaczonych na pasze, ułatwi to rolnikom produkcję bez GMO, częściowo uniezależni nasz kraj od importowanych surowców paszowych, a konsumentom polskim da realną możliwość zakupów żywności niemodyfikowanej genetycznie oraz poprawi wizerunek dobrej jakości polskich produktów na rynkach zagranicznych.

Zarząd Stowarzyszenia  Producentów Żywności
Metodami Ekologicznymi
EKOLAND

Od redakcji „Nowego Obywatela”: Polecamy naszą rozmowę na temat bieżącej sytuacji związanej z ekspansją GMO i społecznym oporem wobec tego trendu – można ją przeczytać tutaj

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Tak powinno być zawsze

Tak powinno być zawsze

Wyniki badań satysfakcji zagranicznych kibiców pokazują, iż funkcjonowanie transportu publicznego podczas Euro 2012 pozytywnie ocenia aż 77 proc. z nich. Wszystko za sprawą dodatkowych połączeń i usług, wprowadzonych w tym okresie.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, na pozytywny odbiór polskiego transportu publicznego bez wątpienia wpłynęły udogodnienia wprowadzone przez kolej, m.in. dodatkowe składy i nowe rozkłady jazdy. – „W dni meczowe kursują dwa pociągi do Pragi i jeden do Brna, w zależności od zapotrzebowania jeden lub dwa do Moskwy i jeden do Zagrzebia” – wylicza Szymon Konop, koordynator obsługi transportowej w spółce PL.2012.

Co więcej, jeśli chodzi o obsługę pasażerów, na czas turnieju kolej przyjęła zasady obowiązujące dotychczas w… korporacjach taksówkowych. – „Celowo opóźniane są odjazdy pociągów, tak aby mogli z nich skorzystać wszyscy kibice po meczu. Przykładem jest pociąg z Warszawy do Jeleniej Góry, który czekał na Dworcu Centralnym 30 minut, czy z Krakowa do Kołobrzegu, który wyjechał później w trasę o 35 minut tylko dlatego, że czekał, aż wsiądą do niego wszyscy kibice” – tłumaczy Michał Jankowski z PL. 2012.

To nie jedyne udogodnienia, jakie wprowadziła kolej. Gdy tylko okazuje się, że wszyscy kibice nie mieszczą się w pociągu, od razu dostawiane są nowe wagony. Tak się stało po jednym z meczów Gdańsku, po którym skład pociągu do Krakowa-Płaszowa powiększono aż o pięć wagonów.

Zdarza się nawet, że gdy tylko zachodzi taka potrzeba, zmieniana jest… trasa pociągu. – „10 czerwca po meczu Irlandia – Chorwacja pociąg z Poznania do Gniezna wydłużył swoją trasę do Torunia. Okazało się bowiem, że podróżuje nim wielu Irlandczyków zakwaterowanych właśnie w mieście Kopernika” – mówi Szymon Konop.

Ponadto, na każdym dworcu głównym w miastach gospodarzach znajdują się nawet dwa całe składy rezerwowe. Nie mają one z góry wytyczonej trasy – jest ona ustalana w zależności od potrzeb kibiców. W efekcie w pierwszym tygodniu Euro 2012 łączna liczba połączeń kolejowych do miast gospodarzy i Krakowa wyniosła 3334, z czego tylko 14,8 proc. pociągów miało opóźnienie.

Ruch związkowy rośnie

Ruch związkowy rośnie

Nowe organizacje NSZZ „Solidarność” powstały na Mazowszu, w Regionie Łódzkim, w Koszalińskim i na Śląsku. Organizują się zarówno pracownicy sektora publicznego, jak i prywatnego. Niektórzy z nich są z pracy wyrzucani za udział w założeniu związku.

Jedna z nowych organizacji powstała w firmie Indesit, produkującej sprzęt AGD w Radomsku (Region Ziemia Łódzka). Wcześniej „Solidarność” założyli pracownicy łódzkiej fabryki, gdzie Indesit ma dwa zakłady. Indesit Company należy do włoskiego właściciela. Związek w tej firmie zrzesza już prawie 200 osób.

Kolejna organizacja oddziałowa „Solidarności” powstała w Auchan w Regionie Bydgoskim. Podobnie sukcesem zakończyła się akcja w Regionie Koszalińskim – Pobrzeże, gdzie w amerykańskiej firmie Valassis w Białogardzie zawiązał się związek zawodowy. Valassis zajmuje się przeliczaniem kuponów i bonów promujących.

Wszystkie wyżej wspomniane organizacje związkowe powstały dzięki pomysłowi i inicjatywie Działu Rozwoju Związku Komisji Krajowej oraz jego regionalnych odpowiedników. Dotarli oni do pracowników i przekonali ich, że warto zrzeszać się w związku. Czasem z inicjatywą występują pracownicy, jak to było w przypadku Ogrodu Botanicznego w Łodzi. Sami zgłosili się do Regionu „Solidarności” Ziemia Łódzka. – „W takiej sytuacji do zadań pracowników Działu Rozwoju Związku Komisji Krajowej i zarządu regionu należy pomoc przy rejestracji, nawiązaniu dialogu z pracodawcą a przede wszystkim przy zbudowaniu silnej i licznej organizacji” – mówi Kacper Stachowski, odpowiedzialny za organizowanie pracowników w Dziale Rozwoju Związku KK NSZZ „Solidarność”. Ogród Botaniczny w Łodzi to jednostka samorządowa. Z blisko 100 zatrudnionych ponad połowa już należy do Związku.

W Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rudzie Śląskiej związek powstał na początku czerwca. – „Pomysł założenia organizacji pojawił kilka lat temu i wtedy postanowiliśmy założyć związek branżowy, związany z bibliotekarzami. Trudności, jakie napotykaliśmy, zniechęciły nas jednak skutecznie i na jakiś czas odstąpiliśmy od tego pomysłu. O wstąpieniu w szeregi NSZZ Solidarność zadecydował przypadek. Skorzystaliśmy z doświadczeń ze współpracy organizacji z inną jednostką miejską i to był strzał w dziesiątkę” –¬ podkreśla Joanna Fajerska, przewodnicząca związku w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rudzie Śląskiej.

– „U nas inicjatywa wyszła od samych pracowników. Nasza firma łączy się z inną i pojawiły się obawy, że fuzji towarzyszyć mogą zwolnienia. Wiedzieliśmy, że musimy zebrać co najmniej 10 osób i nie było z tym najmniejszego problemu” – mówi Magdalena Nowicka, przewodnicząca „Solidarności” w firmie El-serwis w Będzinie. „Solidarność” powstała tam w listopadzie ubiegłego roku. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W maju związkowcy przeprowadzili rozmowy z pracodawcą, w efekcie których pracownicy otrzymali pierwsze od 5 lat podwyżki wynagrodzeń, w wysokości około 200 zł oraz zapewnienie, iż połączenie spółek EL-SERWIS i PŚZ i PZ Elvita-Jaworzno III nie spowoduje zwolnień pracowników w zakładzie. – „Z kwoty podwyżki nie jesteśmy do końca zadowoleni, ale co ważne daliśmy sygnał kierownictwu naszej firmy, że ma partnera do rozmów. Kiedy pracownik próbuje zdziałać coś w pojedynkę, jego głos nie znaczy zbyt wiele. Ze związkiem pracodawca musi się liczyć” – podkreśla Nowicka.

Przewodniczący z czeladzkiego MZGK dodaje, że zorganizowanie się w związek daje pracownikom dostęp do informacji, na które wcześniej nie mogliby liczyć. – „Pojedynczemu pracownikowi pracodawca nie musi się tłumaczyć ze swoich decyzji. Kiedy wcześniej pytaliśmy naszego dyrektora o jakiekolwiek podwyżki, odpowiedź była jedna – nie ma »kasy«. Niedługo spotykamy się z panią burmistrz i będziemy pytać, jakimi środkami dysponuje urząd, jakie kwoty trafiają do naszego zakładu. Gdyby nie było związku, nie mielibyśmy szans na takie spotkanie” – zaznacza Rafał Ciesielski.

Coraz popularniejszą formą kontaktu ze związkiem dla niezorganizowanych jeszcze pracowników stają się formularze online, umieszczone na stronach zarówno regionów, jak i Komisji Krajowej. Tak ze związkiem skontaktowali się pracownicy Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych, która wypełnia zadania dla Samorządu Województwa Mazowieckiego. Tam również powstała organizacja zakładowa NSZZ „Solidarność”.

Nie zawsze jest tak łatwo. W Stargardzie Szczecińskim przed fabryką japońskiej firmy Bridgestone odbyła się przed kilkoma dniami pikieta w obronie zwolnionych pracowników – członków „Solidarności”. Około 200 protestujących zgromadziło się przed bramą zakładu. Wśród nich pracownicy największych zakładów z Pomorza Zachodniego, związkowcy z sąsiednich regionów: Koszalin Pobrzeże i Słupsk oraz kilkunastoosobowa grupa członków „Solidarności” z zakładu Bridgestone w Poznaniu. – „Nasi koledzy z firmy Bridgestone Stargard są zwalniali, bo ośmielili się założyć tu związek zawodowy” – mówił podczas pikiety Mieczysław Jurek, przewodniczący ZR Pomorza Zachodniego. – „To nie jest pierwszy taki przypadek w Polsce, co pokazuje, do czego są zdolni pracodawcy, żeby pozbyć się Solidarności z zakładu. Dlatego trzeba powiedzieć dość zwolnieniom z pracy i dyskryminacji!”.

Głos zabrał również przewodniczący Komisji Zakładowej w Bridgestone Poznań, Marcin Steinke. – „Apeluję do wszystkich, którzy jeszcze nie są w Solidarności – pokażcie jaja! Zapisujcie się! Samych was nie zostawimy!”. – „Panie prezesie, związek w tej firmie jest i będzie!” – mówił Sławomir Jastrząbek, wiceprzewodniczący KZ Bridgestone Stargard, pierwszy zwolniony związkowiec, który o swoje prawa walczy przed Sądem Pracy.

Konflikt w firmie Bridgestone w Stargardzie trwa od początku roku, kiedy to pracodawca został poinformowany o powstaniu organizacji związkowej. Jako pierwszy został zwolniony zastępca przewodniczącego komisji, wkrótce potem inny członek Związku. Obaj za zdarzenia, które miały miejsce dużo wcześniej i zdaniem pracowników nie miały realnego wpływu na ich pracę. Według członków Związku pracodawca szukał jedynie pretekstów do pozbycia się z zakładu „Solidarności” i zastraszenia pracowników. Później zwolniono kolejne osoby, a sprawa o przywrócenie ich do pracy trafiła do Sądu Pracy.

___________________
Informacja na podstawie www.solidarnosc.org.pl oraz http://solidarnosckatowice.pl

Skok na kraj?

Skok na kraj?

Krytyczni ekonomiści są zaniepokojeni pożyczką 750 milionów euro, zaciągniętą przez rząd w Banku Światowym. Co się kryje za tym „prezentem”?

Jak informuje „Nasz Dziennik”, wysokie ryzyko walutowe związane z tego rodzaju kredytem długoterminowym sprawia, że nie wiadomo, jak jego koszt będzie się kształtował w przyszłości. Co więcej – nie wiadomo, do czego rząd się zobowiązał wobec Banku Światowego w zamian za środki finansowe.

Zdaniem ekonomistów, pożyczka służy wyłącznie do ratowania rozpadającego się budżetu i zapewnienia płynnego rolowania długu. Rząd twierdzi, że jest opłacalna, bo środki uzyskał na warunkach lepszych niż rynkowe, a jej spłata rozpocznie się dopiero za 9 lat.

– „Oprocentowanie pożyczki jest zmienne, oparte na sześciomiesięcznym EURIBOR oraz na zmiennej marży Międzynarodowego Banku Odbudowy i Rozwoju (EURIBOR 6-miesięczny plus zmienny spread)” – informuje rzecznik Ministerstwa Finansów Małgorzata Brzoza. EURIBOR to stopa oprocentowania kredytów w euro na rynku międzybankowym w Londynie, która podlega codziennym zmianom. Także marża może się zmieniać przez cały okres zapadalności pożyczki. Określenie „zmienna marża” wzbudza kontrowersje. – „Zmienna marża? Pierwsze słyszę! Marża powinna być stała, wystarczy, że EURIBOR jest zmienny” – mówi ekspert w dziedzinie finansów Jerzy Bielewicz. – „Instytucje międzynarodowe powinny dawać kredyty ze stałą marżą. Udzielając pożyczek o zmiennym oprocentowaniu i zmiennej marży, działają w istocie prokryzysowo, przerzucając ryzyko na państwo – pożyczkobiorcę, który i tak jest w tarapatach. W ostatecznym rachunku ryzyko obciąży bezbronnego podatnika” – twierdzi finansista.

Wątpliwości budzą nie tylko koszty pożyczki, ale również warunki, na jakich została udzielona. „Development Policy Loan jest szczególnym rodzajem instrumentu finansowego oferowanym przez Bank Światowy. Nie jest to pożyczka inwestycyjna. Jej celem jest wsparcie reform podejmowanych przez państwo-beneficjenta w obszarach wspólnie zdefiniowanych z Bankiem. Uzyskane w ten sposób środki pożyczkowe stanowią bezpośredni przychód budżetu państwa i służą realizacji potrzeb pożyczkowych związanych z wykonywaniem budżetu państwa przez Ministra Finansów” – czytamy w piśmie nadesłanym przez resort finansów. Wynika z niego, że skorzystanie z pożyczki obwarowane jest warunkami ze strony wierzyciela. Na stronach Banku Światowego opublikowano tylko ogólny wykaz celów przyznania Polsce pożyczki. Należy do nich konsolidacja finansów publicznych, obniżenie deficytu, redukcja długu, utrzymanie korzystnych warunków dostępu do rynków finansowych, wzmocnienie instytucji fiskalnych przez wprowadzenie nowych regulacji podatkowych, a długoterminowo – dostosowanie finansów publicznych, w tym systemu emerytalnego i zdrowotnego – do warunków starzenia się społeczeństwa.

– „To przecież absurd pożyczać pieniądze, żeby zmniejszyć długi. Rzeczywistym celem pożyczki z BŚ jest ratowanie budżetu” – uważa Janusz Szewczak, prospołeczny ekonomista, związany ze SKOK. Deficyt budżetowy zrealizowany jest już w 75 proc., chociaż to dopiero połowa roku. Dochody podatkowe spadają, rosną spłaty długów. W lipcu resort finansów musi odkupić obligacje za 19,7 mld złotych. W październiku czeka go jeszcze większy wydatek – odkup obligacji za 22,6 mld złotych. – „Prawdziwy kryzys finansów publicznych czeka nas jesienią” – przewiduje ekonomista. Pożyczka z BŚ ma jego zdaniem zabezpieczyć rząd przed koniecznością nowelizacji budżetu. Kolejną pożyczkę z BŚ resort finansów zamierza zaciągnąć w przyszłym roku, ale jej kwota i warunki będą dopiero przedmiotem negocjacji. – „Dziewięcioletnia karencja w spłacie pożyczki gwarantuje rządowi Tuska, że nie on będzie ją spłacał, tylko jego następcy, a tak naprawdę – podatnicy” – podkreśla Szewczak.

– „Zasadnicze pytanie brzmi, jakie zobowiązania podjęto w zamian za te pieniądze w zakresie cięć budżetowych oraz redukcji świadczeń emerytalno-zdrowotnych” – zwraca uwagę główny ekonomista SKOK.