Dość tanich sztuczek!

Dość tanich sztuczek!

Senator Jan Rulewski popiera byłych współpracowników spółki POLOmarket w ich konflikcie z pracodawcą. Jego zdaniem doszło do naruszenia praw pracowniczych.

Jak informuje „Gazeta Pomorska”, w zeszłym roku właściciele jednoosobowych firm, zatrudniani przez POLOmarket, w ramach protestu zablokowali wjazd do magazynów w Giebni. Nie wypuszczali, ani nie wpuszczali tam samochodów dostawczych. Domagali się m.in. podwyżek i więcej dni wolnych. Pracownicy twierdzą, że zostali zmuszeni do założenia własnych firm, ponieważ pracodawca nie chciał zatrudniać ich na umowę o pracę – pracowali jednak tak, jak na etacie.

Senator Jan Rulewski (PO) po artykule opisującym sprawę, który ukazał się w „Gazecie Pomorskiej”, wystosował komunikat, w którym popiera byłych pracowników POLOmarketu. Pisze, że spotkał się z ośmioma z nich. Jak relacjonuje, wszyscy przed 4 laty zgodzili się pracować jako samodzielne podmioty gospodarcze według warunków wskazanych w umowach, uczynili to jednak pod presją, nie mając innego wyjścia, a także będąc świadomymi, że mają na utrzymaniu rodziny z dziećmi. W sytuacji konfliktowej, gdy domagali się korzystniejszej dla siebie sytuacji, zostali zignorowani przez pracodawcę. POLOmarket nie zaproponował żadnego porozumienia. W grudniu ubiegłego roku umowy zawarte z tymi osobami o świadczenie czynności magazynowych, spedycyjnych i transportowych na rzecz firmy POLOmarket, zostały wypowiedziane przez spółkę AMG INVEST.

Rulewski przekonuje, że spotkanie dostarczyło mu argumentów za tym, iż pracownicy POLOmarketu wykonywali typową pracę na rzecz pracodawcy pod jego ścisłym nadzorem na warunkach przypominających stosowanie prawie wszystkich przepisów prawa pracy. Zleceniodawca określał rodzaj wykonywanych czynności, czas pracy, obowiązki wobec nadzoru, planowanie urlopów. Nawet przerwy w tzw. świadczeniu usług z powodu choroby poddane były jego kontroli. Ogółem ujawniono ok. 10 podstawowych cech wskazujących na istnienie stosunku pracy.

Rulewski ubolewa nad tym, iż jako senatorowi, a zarazem członkowi Rady Ochrony Pracy, nie udało mu się nawiązać – mimo prób – kontaktu z żadnym z pracodawców.

„Z całą pewnością zyskiwała sieć POLO, tak pod względem kosztów pracy (spadek o ok. 40 proc.), poprawy konkurencyjności na rynku i poprzez zatrudnienie na drodze tzw. pseudoelastyczności – także kosztów administracyjnych. Zważywszy na skalę zjawiska – setki, a nawet tysiące zatrudnionych na wyżej wymienionych warunkach – to jest gra o miliony złotych. W rzeczywistości jest to gra ekonomiczna z sumą ujemną. Rosną państwowe i gminne deficyty i zadłużenie, wzrastają podatki i inne obciążenia. Egoizm i pycha jednych, rodzi inflację prawa u słabszych. Na pewno spustoszy przyszłą emeryturę i wydłuży czas jej otrzymania. Żadne państwo na dłuższą metę temu nie sprosta. Na to nie może być zatem mojej zgody, a tym bardziej organów władzy, zwłaszcza kontrolnych, odpowiedzialnych za funkcjonowanie państwa prawa” – podsumowuje w piśmie senator Rulewski.

Popieramy. I zachęcamy, żeby senator przekonał do swoich argumentów koleżanki i kolegów z PO – przy parlamentarnej większości mogą bez trudu ustanowić prawo, które położy kres zdziczeniu i wyzyskowi.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Jak trwoga, to do państwa

Jak trwoga, to do państwa

Rząd chce pomóc tonącym firmom budowlanym, aby podtrzymać wielkie inwestycje warte miliardy złotych. Agencja Rozwoju Przemysłu może znacjonalizować upadłą PBG, budującą autostrady i gazoport.

Jak informuje Wyborcza biz., prezes PBG Jerzy Wiśniewski, posiadający 42 proc. akcji spółki, podał się do dymisji. Zastąpił go Wiesław Różacki, który przyznaje, że wsparcie państwa bardzo by pomogło PBG i prowadzi rozmowy w tej sprawie. Istnieje możliwość, aby Agencja Rozwoju Przemysłu znacjonalizowała spółkę, ale wniosek musi wpłynąć od PBG.

Ogłoszona niedawno upadłość PBG wywołała ogromne poruszenie w branży budowlanej i wśród bankowców. Ta wielka grupa budowlana zawarła kontrakty warte miliardy złotych, m.in. na stadiony, autostrady, gazoport w Świnoujściu, kopalnię gazu dla PGNiG. Sąd zgodził się, by PBG i jej spółka-córka Hydrobudowa Polska upadły z możliwością zawarcia układu z wierzycielami. Mają szansę przetrwać, jeśli część długów zostanie im darowana. Problem w tym, że po ogłoszeniu upadłości banki żądają natychmiastowej spłaty kredytów.

Spółka PBG zadłużyła się w dwunastu bankach na zawrotną kwotę 1,7 mld zł. Masowo pożyczała pieniądze, bo potrzebowała kapitału na finansowanie kontraktów. Wykonawca najpierw sam bierze na siebie płacenie rachunków na budowie, a dopiero później otrzymuje pieniądze od zleceniodawcy.

Do konieczności szybkiego zaangażowania się państwa w tę sprawę przekonuje wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak. Jego zdaniem upadłość PBG będzie miała ogromne konsekwencje dla całego sektora bankowego. – „Milion złotych straty banków na kredytach dla PBG przełoży się na zmniejszenie akcji kredytowej o 12,5 mln zł, to wynika z konieczności zwiększenia kapitału własnego banków. Czyli miliard strat to 12,5 mld mniej kredytów na rynku” – tłumaczy.

Według Pawlaka, rząd mógłby pomóc poprzez ARP, państwowy fundusz, który pomaga firmom wychodzić z kłopotów. PBG mogłaby wyemitować nowe akcje, które obejmie ARP. Oznaczałoby to nacjonalizację spółki. Różacki mówi, że ARP niekoniecznie musiałaby zaangażować się kapitałowo. – „W grę wchodzą także pożyczki czy gwarancje. Najważniejsze jest podtrzymanie płynności finansowej spółki” – wyjaśnia.

Do tej pory agencja troszczyła się tylko o firmy państwowe. W przypadku PBG pierwszy raz miałaby zaangażować się w ratowanie firmy prywatnej. – „Technologia jest taka sama. Czy chleb się piecze w piekarni prywatnej, czy państwowej, to na końcu wychodzi taki sam chleb” – mówi Pawlak. I powołuje się na przykład z USA, gdzie państwo weszło jako większościowy akcjonariusz do General Motors, ratując spółkę, a gdy największy producent aut w USA stanął na nogi, sprzedało akcje. – „Potrzebna jest współpraca dotychczasowych akcjonariuszy, banków i państwa, zwłaszcza że w PBG ponad 10 proc. akcji mają fundusze emerytalne. To są nasze emerytury i to jest kolejny powód, żeby się zaangażować” – dodaje wicepremier. Na wsparcie dla PBG musi jednak zgodzić się Komisja Europejska, która pilnuje, by państwa samowolnie nie pomagały firmom, bo to zakłóca konkurencję. Jeśli Komisja zakwestionowałaby transakcję, PBG musiałaby zwrócić całą pomoc.

Jeśli ktoś jest wychowany na gawędach Balcerowicza czy Korwin-Mikkego, to ma okazję sprawdzić ich przydatność w praktyce, w przypadku, gdy „niewidzialna ręka rynku” przestaje budować ważne obiekty. A bez państwa balcerowiczowcy i korwiniści do dzisiaj siedzieliby w jaskiniach.

Lekkomyślny jak Polak (z rządu)

Lekkomyślny jak Polak (z rządu)

Ministerstwo Skarbu Państwa planuje sprzedać Zespół Elektrowni Wodnych Niedzica SA czeskiemu inwestorowi. Przeciw takiemu rozwiązaniu protestują posłowie opozycji i lokalna społeczność.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, w skład Zespołu Elektrowni Wodnych Niedzica wchodzą cztery elektrownie wodne o łącznej mocy ok. 100 megawatów. Spółka notuje korzystne wyniki finansowe. Tymczasem resort – wbrew sprzeciwom lokalnej społeczności – zamierza sprzedać ZEW Niedzica dwóm inwestorom z Czech: Energo-Pro A.S. oraz jej spółce zależnej Cambert Investments Sp. z o.o. Umowę przedwstępną już podpisano, ale resort skarbu nie informuje o szczegółach dotyczących chociażby wartości transakcji, która ma być sfinalizowana w przyszłym roku.

Decyzję o sprzedaniu elektrowni zagranicznemu inwestorowi krytycznie ocenia m.in. senator Stanisław Kogut (PiS). – „Niestety, nikt nie dba o zabezpieczenie naszych interesów narodowych. Dochodowa spółka, jaką jest Zespół Elektrowni Wodnych Niedzica, powinna pozostać w polskich rękach” – podkreśla senator. Przeciwne sprzedaży są również związki zawodowe. Przewodniczący NSZZ „Solidarność” w ZEW S.A., Bolesław Stopa, przypomina, że tama w Czorsztynie, która produkuje energię elektryczną, była budowana przede wszystkim ze względu na zminimalizowanie zagrożenia powodziowego, które niesie Dunajec. Zapora została oddana do użytku w lipcu 1997 r. i już w pierwszych dniach istnienia uratowała przed klęską powodzi tereny w dolinie Dunajca, m.in. Czorsztyn, Krościenko, Ochotnicę Dolną, Tylmanową, a także miasta Stary Sącz i Nowy Sącz.

– „Jest oczywista kolizja funkcji wytwarzania energii z funkcją prawidłowej gospodarki wodnej i zabezpieczeniem przed powodzią, o czym widać resort skarbu nie pamięta albo nie chce pamiętać” – uważa poseł Anna Paluch z PiS. W jej ocenie, dbając wyłącznie o maksymalizację zysku, prywatny właściciel nie będzie wypuszczać wody poza turbinami, bo to oznacza stratę. Tymczasem przy prowadzeniu gospodarki wodnej, biorąc pod uwagę prognozy meteorologiczne, trzeba regulować poziom wody w celu odtworzenia zapasów przeciwpowodziowych. – „W tej chwili właścicielem ZEW Niedzica jest spółka ze stuprocentowym udziałem Skarbu Państwa, czyli podmiot publiczny, który może być rozliczany także z dbałości o bezpieczeństwo powodziowe. Jeżeli ZEW kupi spółka zagraniczna, to istnieją uzasadnione obawy, że nie będą oni dbać o bezpieczeństwo i w razie czego uciekną przed konsekwencjami, bo prawo polskie w tym względzie jest słabe. Szkody mogą być niepowetowane” – przestrzega Anna Paluch.

Zaniepokojeni są również flisacy, którzy obawiają się, że przyszłemu inwestorowi – nastawionemu wyłącznie na produkcję energii – nie będzie zależało na lokalnej tradycji. Ze spływów Dunajcem korzysta rocznie nawet 280 tys. turystów. Są one jednak uzależnione od poziomu wody. Do tej pory flisacy uzgadniali kwestię regulacji poziomu wody w Dunajcu z dyrekcją elektrowni. Boją się, że po przejęciu firmy przez Czechów będzie to niemożliwe. W konsekwencji turystów ubędzie, a kilka tysięcy ludzi, którzy żyją z flisactwa, może utracić źródło utrzymania. Odbije się to także na okolicznych gminach, którym spadną dochody z tytułu podatków.

Posłowie zapowiadają kolejne interpelacje i monity do resortu w sprawie sprzedaży ZEW Niedzica. Podpisanie ostatecznej umowy z czeskim inwestorem resort zaplanował na pierwsze półrocze 2013 r.

Doganiamy Amerykę

Doganiamy Amerykę

Ponad 50 proc. Polaków cierpi na nadwagę lub otyłość. Gonimy w tej kwestii Stany Zjednoczone.

Jak informuje „Portal Spożywczy”, na całym świecie aż miliard osób ma nadwagę, a 300 milionów jest otyłych. Przed rokiem 2015 liczba tych osób może wzrosnąć do 1,5 miliarda – alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia. W Polsce zbyt dużą masę ciała ma już co drugi dorosły – 36 proc. cierpi na nadwagę, a 20 proc. jest otyłych. To poważny problem, który może doprowadzić do zwiększonej umieralności. Z każdym przybraniem na wadze o dodatkowe 15 kilogramów, ryzyko wcześniejszego zgonu wzrasta o 30 proc.

– „Częstość występowania otyłości zwiększa się z wiekiem. Jak pokazały wyniki najnowszego badania epidemiologicznego PolSenior, w populacji osób po 65. roku życia odsetek osób otyłych przekracza 30 proc. Biorąc pod uwagę, że w ostatnich latach obserwujemy wzrost liczby otyłych dzieci i nastolatków, trudno spodziewać się zmniejszenia częstości występowania otyłości wśród dorosłych. Należy podkreślić, że im wcześniej rozwinie się nadwaga lub otyłość, tym większe ryzyko wcześniejszego wystąpienia ich powikłań, przede wszystkim cukrzycy typu 2 i chorób układu krążenia” – komentuje Magdalena Olszanecka-Glinianowicz, prezes Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością.

Jak dodaje, istotne zwiększenie się odsetka osób z nadwagą i otyłością nastąpiło po zmianach ustrojowych w naszym kraju. Zmienił się wówczas sposób żywienia Polaków i struktura spożywanych pokarmów. – „Zwiększyło się spożycie tłuszczów i węglowodanów prostych z powodu większej dostępności wysoko przetworzonej żywności. Zmiany struktury dostępnej żywności w ostatnich latach dotyczą również branży gastronomicznej. Zarówno producenci żywności, jak i branża gastronomiczna obecnie w dużej mierze stara się dostosować do aktualnych gustów smakowych klienta. Można tutaj użyć określenia zamknięcia się błędnego koła – zmienione potrzeby klientów są przyczyną ich nadmiernej masy ciała, dostosowanie się do ich gustów nasila przyrost masy ciała” – wyjaśnia Olszanecka-Glinianowicz.