Ratunek przed prywatyzacją?

Ratunek przed prywatyzacją?

Pojawiła się szansa, że słynne uzdrowisku w Ciechocinku nie zostanie – mimo zapowiedzi sprywatyzowane, lecz przejdzie na własność samorządu województwa.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, w Ministerstwie Skarbu Państwa trwają konsultacje projektu rozporządzenia, które da pozwolenie na prywatyzację Przedsiębiorstwa Uzdrowisko Ciechocinek oraz pięciu innych polskich uzdrowisk. Związkowcy są przeciwni prywatyzacji uzdrowisk. Boją się o miejsca pracy. Samo Przedsiębiorstwo Uzdrowisko Ciechocinek zatrudnia 550 osób i jest największym pracodawcą w Ciechocinku. Zwykle nabywca państwowych spółek jest zobowiązany przez jakiś czas utrzymać poziom zatrudnienia, ale jakie będzie miał plany na przyszłość, tego nie wie nikt. Tymczasem uzdrowisko to nie tylko zespół sanatoriów, ale też zabytkowa infrastruktura lecznicza: tężnie, warzelnia soli i fontanna Grzybek. Te obiekty nie przynoszą zysków, PUC musi je dotować pieniędzmi zarobionymi przez sanatoria i wsparciem od państwa. Służą jednak całemu miastu, to dzięki nim Ciechocinek ma status uzdrowiska.

Przeciwnicy prywatyzacji uzdrowisk podnoszą też, że w jej efekcie mniej zamożni kuracjusze nie będą mieli gdzie się leczyć. Ministerstwo przekonuje, że Narodowy Fundusz Zdrowia i Zakład Ubezpieczeń Społecznych płacą za leczenie sanatoryjne bez względu na to, kto jest właścicielem ośrodków zdrowia, jednak sceptycy powątpiewają, czy ktoś prywatnie będzie chciał je prowadzić. – „Właścicielowi bardziej opłaca się przyjmować klientów w spa i zarabiać dziennie powiedzmy 225 zł, niż dostawać z NFZ 60 zł za leczenie sanatoryjne” – mówi Renata Gottwald, przewodnicząca związku zawodowego fizjoterapeutów w PUC.

Związkowcy na miejscu właściciela PUC najchętniej widzieliby samorząd województwa. Marszałek województwa, Piotr Całbecki, jest zainteresowany takim scenariuszem i rozpoczął już starania o nieodpłatną komunalizację PUC. Rozporządzenie pozwalające ministerstwu na sprzedaż uzdrowiska jeszcze nie obowiązuje, więc urzędnicy nie mogą składać oficjalnych deklaracji. Całbecki poprosił tymczasem sejmik województwa o poparcie działań, jakie podjął, by przejąć spółkę. Radni sejmiku są mu przychylni.

Ministerstwo oficjalnie nie skomentowało jeszcze pomysłu komunalizacji PUC, ale związkowcy są dobrej myśli. Z nieoficjalnych informacji, jakie uzyskali, wynika, że minister Mikołaj Budzanowski przychyla się do wniosku marszałka o komunalizację PUC. Ciechocinek będzie jednak prawdopodobnie wyjątkiem, pozostałe uzdrowiska minister chce sprzedać.

Przypomnijmy, że przeciwne prywatyzacji uzdrowiska są także władze Buska-Zdroju, które proponują przejęcie tego podmiotu przez miasto – pisaliśmy o tym tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Służba zdrowia do leczenia

Służba zdrowia do leczenia

Samorządowe kliniki znajdują się na krawędzi bankructwa. Polsce grozi kolejny poważny paraliż służby zdrowia.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, straty szpitali co roku rosną lawinowo. Potwierdziła to sonda przeprowadzona przez „DGP”, w której marszałkowie i prezydenci miast mieli ocenić straty podległych im placówek w 2010 r. i w 2011 r. W zdecydowanej większości ujemny wynik rośnie.

W długi popadają nawet te szpitale, które w poprzednich latach miały zyski. W takiej sytuacji jest m.in. Zespół Opieki Zdrowotnej w Suchej Beskidzkiej. W 2010 r. placówka miała zysk w wysokości 96 tys. zł. Rok później bilans zamknęła ze stratą 2,6 mln zł. – „Podpisaliśmy niższy kontrakt z NFZ. Fundusz nie zapłacił nam też 2,3 mln zł za nadwykonania” – tłumaczy Barbara Papież, główna księgowa szpitala.

Większe kłopoty ma częstochowski magistrat. Tam Miejski Szpital Zespolony w 2010 r. miał tylko 354 tys. zł straty, a w ubiegłym niemal 8 mln zł. Główne przyczyny to obniżenie przychodów z NFZ o 1,8 mln zł oraz wzrost kosztów działalności o 1,5 mln zł.

W bardzo trudnej sytuacji jest Urząd m.st. Warszawy. Ubiegłoroczna strata jego szpitali w porównaniu z tą z 2010 r. wzrosła o 16 mln zł. W jeszcze gorszym położeniu są placówki podległe urzędom marszałkowskim. Na Śląsku straty takich podmiotów wzrosła z 80,5 mln zł w 2010 r. do 110 mln zł w ub.r. Główny powód to zmniejszenie o 30 proc. kontraktów z NFZ.

Coraz gorszy wynik mają też szpitale marszałka kujawsko-pomorskiego (w 2010 r. – 5,7 mln zł straty; w 2011 r. – 17,7 mln zł). Placówki podległe marszałkowi dolnośląskiemu w 2008 r. notowały 29 mln zł zysku, a w 2011 r. wypracowały 14 mln zł straty. Należące do marszałka Mazowsza w 2010 r. poniosły 98 mln zł strat. Rok później było to o 13,6 mln zł więcej. Gdyby marszałek Wielkopolski miał już teraz spłacić ujemny wynik podległych sobie placówek, to musiałby wydać na ten cel 30,9 mln zł. Rok wcześniej suma była o 8 mln zł niższa.

Wszystko wskazuje na to, że ten trend utrzyma się również w tym roku. Dziura w budżecie NFZ już wynosi 800 mln zł, a mamy dopiero przełom czerwca i lipca. Od dwóch lat NFZ nie jest w stanie zapłacić za wszystkie nadwykonania (łączna wartość ubiegłorocznych to 1,6 mld zł).

Powiększający się ujemny wynik publicznych placówek to tragiczna informacja dla pacjentów, rządu i samorządów. Dla ostatnich oznacza konieczność wyboru – albo pokryją straty, albo przekształcą szpital w spółkę. Będą musiały tego dokonać już za rok. – „Inaczej placówka zostanie zlikwidowana” – mówi Maciej Dercz, niezależny ekspert ds. ochrony zdrowia.

Samorządowcy podkreślają, że są w sytuacji bez wyjścia. – „Nie jesteśmy w stanie pokryć 50 mln zł straty szpitali” – podkreśla Sławomir Miklicz, członek zarządu woj. podkarpackiego.

Żeby uniknąć likwidacji, placówki mają być szykowane do przekształceń. Tyle że już na wstępie spółki, które powstaną, będą zadłużone. A to oznacza jeszcze większe problemy w przyszłości – zarówno samorządów, jak i pacjentów.

Karmić, nie płacić

Karmić, nie płacić

PSL opowiada się za zwolnieniem z VAT-u darowizn żywności dokonywanych przez handlowców.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, minister gospodarki i prezes PSL Waldemar Pawlak chce, żeby zmiany, które ułatwią życie przedsiębiorcom, weszły w życie od przyszłego roku. Wiceszef resortu gospodarki Mieczysław Kasprzak (PSL) przypomniał, że od 1 stycznia 2009 r. obowiązuje zwolnienie z VAT żywności przekazywanej na cele charytatywne dla producentów produktów spożywczych. Jak mówił, takiej możliwości nie mają jednak nadal dystrybutorzy, np. sklepikarze, mimo że właśnie na etapie dystrybucji zniszczeniu ulega znaczna część żywności.

Kasprzak krytycznie wypowiadał się na temat obecnej sytuacji, która pozwala, żeby z powodu niekorzystnych regulacji żywność – potencjalnie mogąca trafić do potrzebujących za darmo – była marnowana tylko dlatego, że utylizacja jest bardziej opłacalna od darowizny. – „Zwolnienie z VAT byłoby elementem prospołecznym, pokazującym społeczne oblicze polskiej przedsiębiorczości” – przekonywał. Wskazał też, że według danych Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji krajowi handlowcy są w stanie przekazać potrzebującym nawet 30 tysięcy ton jedzenia rocznie.

Rowerowa akcja bezpośrednia

Rowerowa akcja bezpośrednia

Zielonogórscy rowerzyści nie mogąc doprosić się u urzędników obniżenia krawężników, sami dokonali stosownych przeróbek.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, rowerzyści od ponad roku domagają się obniżenia krawężników na przejazdach w Zielonej Górze. „Wysokość 2 cm zakłóca płynny przejazd ścieżką i odwraca uwagę rowerzysty od sytuacji panującej na drodze, narażając go tym samym na większe niebezpieczeństwo” – wyjaśniał w swoim piśmie do Biura Zarządzania Drogami w magistracie były oficer rowerowy, Maciej Porębski. Przypominał, że zgodnie z obowiązującym od 13 lat przepisami ministra transportu, wysokość progów i uskoków na ścieżce rowerowej nie powinna przekraczać 1 cm. Wskazał aż 18 miejsc, w których krawężniki nie spełniają norm.

Do dziś żadnego z krawężników nie obniżono, mimo iż Piotr Tykwiński, były kierownik BZD, zadeklarował w piśmie – odpowiedzi na prośbę Porębskiego – wykonanie przy wyższych krawężnikach podjazdów z mieszanki asfaltowej. Wobec opieszałości urzędników zielonogórscy rowerzyści, z inicjatywy Roberta Górskiego – prezesa Stowarzyszenia Rowerem Do Przodu, zdecydowali się na happening polegający na wykonaniu cementowych podjazdów do wysokich krawężników przy ul. Wyszyńskiego.

Uczestnicy happeningu podkreślali, że wysokie krawężniki utrudniają im podróżowanie i niszczą opony. Natalia Zębek, która na happening przyjechała „damką” z wielkim koszem przy kierownicy, narzekała, że na jednym z przejść wszystko jej wypadło z kosza właśnie przez wysoki krawężnik. – „Kilka razy już musiałem centrować koła w mojej »kozie«. Oprócz przejazdu przy Zielonej Strzale nie przypominam sobie żadnego niskiego krawężnika w mieście” – dodał Radek, od 15 lat czynny rowerzysta.

Po skończonej robocie rowerzyści ruszyli do magistratu, aby wręczyć prezydentowi Januszowi Kubickiemu symboliczny złoty krawężnik za niedotrzymanie obietnic obniżenia krawężników. Prezydent nie przyjął rowerzystów, uzasadniając to brakiem czasu. Wyręczył go Tomasz Misiak, jego doradca. Stwierdził, że załatwienie interesującej rowerzystów sprawy zależy od budżetu. Przyznał, że w tym roku radni na rowerową infrastrukturę nie przeznaczyli ani złotówki.

– „Urzędnicy oszukali rowerzystów, obiecując obniżenie krawężników i teraz zamiatają sprawę pod dywan, używając marnych wymówek. To wstyd, że prezydent Kubicki bał się do nas wyjść i porozmawiać. Nie wymagamy od władz cudów, a jedynie respektowania prawa drogowego i realizacji pisemnych zobowiązań” – powiedział Górski.

Analogiczną akcję przeprowadzili wrocławscy rowerzyści w 2007 r. W ich przypadku zakończyła się sukcesem. Tylko w tym roku stolica Dolnego Śląska wyda ponad 200 tys. zł na obniżenie krawężników w 26 miejscach Wrocławia.