Wolny rynek karmi drogo

Wolny rynek karmi drogo

Izraelczykom doskwierają wysokie ceny żywności. Parlament chce temu zaradzić poprzez „rozbicie” ogromnej koncentracji własności w sektorze produkcji i handlu wyrobami spożywczymi.

Jak informuje „Pierwszy Portal Rolny”, międzyresortowa komisja Kedmiego, powołana w celu zbadania stopnia konkurencyjności na rynku żywności i towarów konsumpcyjnych oraz zaproponowania rozwiązań dla obniżenia cen tych produktów, przedstawiła raport na temat rynku żywności w Izraelu. Wynika z niego, że izraelscy konsumenci płacili w latach 2008-2010 o 10-20% więcej niż konsumenci z pozostałych krajów OECD. Autorzy raportu przypisują ten drastyczny wzrost cen nadmiernej koncentracji w sektorach produkcji i sprzedaży żywności.

W 16 spośród 22 kategorii żywności Izrael zajmuje pierwsze lub drugie miejsce pośród państw OECD pod względem stopnia koncentracji dostawców, a dwóch największych izraelskich dystrybutorów skupia w swych rękach aż 64% udziału w rynku.

Komisja zaleca uregulowanie stosunków dostawca-sprzedawca poprzez zabronienie dostawcom nabywania powierzchni na półkach, lokowania w sklepach własnych sprzedawców, zapewniania właścicielom sklepów korzyści od sprzedaży, uzyskiwania wyłączności na konkretny rodzaj towaru lub obniżek wyłącznie na towary konkretnego dostawcy, a także podpisywania umów ustalających cenę minimalną lub gwarantujących minimalny udział w sprzedaży.

Ponadto autorzy raportu proponują usuwanie barier utrudniających wchodzenie na rynek nowym dostawcom i wspomaganie małych dostawców, przyjęcie europejskich i amerykańskich standardów na licencje importowe oraz zalecenie Administracji Antymonopolowej, aby sprawdzała, czy nabywanie małych firm przez wielkich dostawców nie godzi w konkurencję na rynku.

Biorąc pod uwagę, że wprowadzenie powyższych regulacji przyniesie pożądany skutek na rynku dopiero po upływie około dwóch lat, Komisja proponuje przejściowe wprowadzenie na ten okres cen nadzorowanych.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Służba zdrowia do leczenia

Służba zdrowia do leczenia

Samorządowe kliniki znajdują się na krawędzi bankructwa. Polsce grozi kolejny poważny paraliż służby zdrowia.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, straty szpitali co roku rosną lawinowo. Potwierdziła to sonda przeprowadzona przez „DGP”, w której marszałkowie i prezydenci miast mieli ocenić straty podległych im placówek w 2010 r. i w 2011 r. W zdecydowanej większości ujemny wynik rośnie.

W długi popadają nawet te szpitale, które w poprzednich latach miały zyski. W takiej sytuacji jest m.in. Zespół Opieki Zdrowotnej w Suchej Beskidzkiej. W 2010 r. placówka miała zysk w wysokości 96 tys. zł. Rok później bilans zamknęła ze stratą 2,6 mln zł. – „Podpisaliśmy niższy kontrakt z NFZ. Fundusz nie zapłacił nam też 2,3 mln zł za nadwykonania” – tłumaczy Barbara Papież, główna księgowa szpitala.

Większe kłopoty ma częstochowski magistrat. Tam Miejski Szpital Zespolony w 2010 r. miał tylko 354 tys. zł straty, a w ubiegłym niemal 8 mln zł. Główne przyczyny to obniżenie przychodów z NFZ o 1,8 mln zł oraz wzrost kosztów działalności o 1,5 mln zł.

W bardzo trudnej sytuacji jest Urząd m.st. Warszawy. Ubiegłoroczna strata jego szpitali w porównaniu z tą z 2010 r. wzrosła o 16 mln zł. W jeszcze gorszym położeniu są placówki podległe urzędom marszałkowskim. Na Śląsku straty takich podmiotów wzrosła z 80,5 mln zł w 2010 r. do 110 mln zł w ub.r. Główny powód to zmniejszenie o 30 proc. kontraktów z NFZ.

Coraz gorszy wynik mają też szpitale marszałka kujawsko-pomorskiego (w 2010 r. – 5,7 mln zł straty; w 2011 r. – 17,7 mln zł). Placówki podległe marszałkowi dolnośląskiemu w 2008 r. notowały 29 mln zł zysku, a w 2011 r. wypracowały 14 mln zł straty. Należące do marszałka Mazowsza w 2010 r. poniosły 98 mln zł strat. Rok później było to o 13,6 mln zł więcej. Gdyby marszałek Wielkopolski miał już teraz spłacić ujemny wynik podległych sobie placówek, to musiałby wydać na ten cel 30,9 mln zł. Rok wcześniej suma była o 8 mln zł niższa.

Wszystko wskazuje na to, że ten trend utrzyma się również w tym roku. Dziura w budżecie NFZ już wynosi 800 mln zł, a mamy dopiero przełom czerwca i lipca. Od dwóch lat NFZ nie jest w stanie zapłacić za wszystkie nadwykonania (łączna wartość ubiegłorocznych to 1,6 mld zł).

Powiększający się ujemny wynik publicznych placówek to tragiczna informacja dla pacjentów, rządu i samorządów. Dla ostatnich oznacza konieczność wyboru – albo pokryją straty, albo przekształcą szpital w spółkę. Będą musiały tego dokonać już za rok. – „Inaczej placówka zostanie zlikwidowana” – mówi Maciej Dercz, niezależny ekspert ds. ochrony zdrowia.

Samorządowcy podkreślają, że są w sytuacji bez wyjścia. – „Nie jesteśmy w stanie pokryć 50 mln zł straty szpitali” – podkreśla Sławomir Miklicz, członek zarządu woj. podkarpackiego.

Żeby uniknąć likwidacji, placówki mają być szykowane do przekształceń. Tyle że już na wstępie spółki, które powstaną, będą zadłużone. A to oznacza jeszcze większe problemy w przyszłości – zarówno samorządów, jak i pacjentów.

Karmić, nie płacić

Karmić, nie płacić

PSL opowiada się za zwolnieniem z VAT-u darowizn żywności dokonywanych przez handlowców.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, minister gospodarki i prezes PSL Waldemar Pawlak chce, żeby zmiany, które ułatwią życie przedsiębiorcom, weszły w życie od przyszłego roku. Wiceszef resortu gospodarki Mieczysław Kasprzak (PSL) przypomniał, że od 1 stycznia 2009 r. obowiązuje zwolnienie z VAT żywności przekazywanej na cele charytatywne dla producentów produktów spożywczych. Jak mówił, takiej możliwości nie mają jednak nadal dystrybutorzy, np. sklepikarze, mimo że właśnie na etapie dystrybucji zniszczeniu ulega znaczna część żywności.

Kasprzak krytycznie wypowiadał się na temat obecnej sytuacji, która pozwala, żeby z powodu niekorzystnych regulacji żywność – potencjalnie mogąca trafić do potrzebujących za darmo – była marnowana tylko dlatego, że utylizacja jest bardziej opłacalna od darowizny. – „Zwolnienie z VAT byłoby elementem prospołecznym, pokazującym społeczne oblicze polskiej przedsiębiorczości” – przekonywał. Wskazał też, że według danych Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji krajowi handlowcy są w stanie przekazać potrzebującym nawet 30 tysięcy ton jedzenia rocznie.

Rowerowa akcja bezpośrednia

Rowerowa akcja bezpośrednia

Zielonogórscy rowerzyści nie mogąc doprosić się u urzędników obniżenia krawężników, sami dokonali stosownych przeróbek.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, rowerzyści od ponad roku domagają się obniżenia krawężników na przejazdach w Zielonej Górze. „Wysokość 2 cm zakłóca płynny przejazd ścieżką i odwraca uwagę rowerzysty od sytuacji panującej na drodze, narażając go tym samym na większe niebezpieczeństwo” – wyjaśniał w swoim piśmie do Biura Zarządzania Drogami w magistracie były oficer rowerowy, Maciej Porębski. Przypominał, że zgodnie z obowiązującym od 13 lat przepisami ministra transportu, wysokość progów i uskoków na ścieżce rowerowej nie powinna przekraczać 1 cm. Wskazał aż 18 miejsc, w których krawężniki nie spełniają norm.

Do dziś żadnego z krawężników nie obniżono, mimo iż Piotr Tykwiński, były kierownik BZD, zadeklarował w piśmie – odpowiedzi na prośbę Porębskiego – wykonanie przy wyższych krawężnikach podjazdów z mieszanki asfaltowej. Wobec opieszałości urzędników zielonogórscy rowerzyści, z inicjatywy Roberta Górskiego – prezesa Stowarzyszenia Rowerem Do Przodu, zdecydowali się na happening polegający na wykonaniu cementowych podjazdów do wysokich krawężników przy ul. Wyszyńskiego.

Uczestnicy happeningu podkreślali, że wysokie krawężniki utrudniają im podróżowanie i niszczą opony. Natalia Zębek, która na happening przyjechała „damką” z wielkim koszem przy kierownicy, narzekała, że na jednym z przejść wszystko jej wypadło z kosza właśnie przez wysoki krawężnik. – „Kilka razy już musiałem centrować koła w mojej »kozie«. Oprócz przejazdu przy Zielonej Strzale nie przypominam sobie żadnego niskiego krawężnika w mieście” – dodał Radek, od 15 lat czynny rowerzysta.

Po skończonej robocie rowerzyści ruszyli do magistratu, aby wręczyć prezydentowi Januszowi Kubickiemu symboliczny złoty krawężnik za niedotrzymanie obietnic obniżenia krawężników. Prezydent nie przyjął rowerzystów, uzasadniając to brakiem czasu. Wyręczył go Tomasz Misiak, jego doradca. Stwierdził, że załatwienie interesującej rowerzystów sprawy zależy od budżetu. Przyznał, że w tym roku radni na rowerową infrastrukturę nie przeznaczyli ani złotówki.

– „Urzędnicy oszukali rowerzystów, obiecując obniżenie krawężników i teraz zamiatają sprawę pod dywan, używając marnych wymówek. To wstyd, że prezydent Kubicki bał się do nas wyjść i porozmawiać. Nie wymagamy od władz cudów, a jedynie respektowania prawa drogowego i realizacji pisemnych zobowiązań” – powiedział Górski.

Analogiczną akcję przeprowadzili wrocławscy rowerzyści w 2007 r. W ich przypadku zakończyła się sukcesem. Tylko w tym roku stolica Dolnego Śląska wyda ponad 200 tys. zł na obniżenie krawężników w 26 miejscach Wrocławia.