Geszeft w majestacie prawa

Geszeft w majestacie prawa

Plany prywatyzacji uzdrowisk są niezgodne z ustawą o lecznictwie uzdrowiskowym – uważa „Solidarność”. Z kolei PiS krytykuje rząd za to, że sprzedaje 6 czołowych uzdrowisk w imię zarobienia równowartości kosztów budowy… 2 kilometrów autostrady.

O przyszłości lecznictwa uzdrowiskowego dyskutowano w piątek podczas posiedzenia Komisji Trójstronnej. Zarówno „Solidarność” jak i OPZZ i Forum Związków Zawodowych sprzeciwiają się zmianom w rozporządzeniu dotyczącym wyłączenia z prywatyzacji siedmiu uzdrowisk, będących spółkami skarbu państwa. Co ciekawe w ubiegłym roku Sejm nie zgodził się na zmianę ustawy o lecznictwie uzdrowiskowym, a dokładnie na skreślenie z ustawy artykułu zobowiązującego ministra skarbu państwa i ministra zdrowia do wyznaczenia spółek, które nie będą podlegać prywatyzacji. Zdaniem związkowców proponowana przez ministra skarbu nowelizacja rozporządzenia otwierałaby drogę do prywatyzacji takich uzdrowisk, jak: Ciechocinek, Busko-Zdrój, Lądek-Zdrój, Świnoujście, Kołobrzeg, Rymanowa i w przyszłości również Krynicy.

– „To najcenniejsze polskie uzdrowiska ze względu na zasoby naturalne, np. wody lecznicze czy borowiny” – mówi Zdzisław Skwarek, przewodniczący Sekcji Krajowej Uzdrowisk NSZZ „Solidarność”. Związkowcy przestrzegają, że dopuszczenie do ich prywatyzacji ograniczy dostęp do leczenia sanatoryjnego. – „Uzdrowiska w atrakcyjnych miejscowościach mogą zamienić się hotele, gdzie doba będzie kosztowała 200 zł a nie 60. Nielicznych będzie stać na takie leczenie” – tłumaczy Skwarek.

Związkowcy przypominają, że obowiązująca ustawa określa, że lecznictwo uzdrowiskowe, nad którym merytoryczny nadzór sprawuje minister zdrowia jest integralną częścią systemu opieki zdrowotnej. Ich zdaniem niejednokrotnie świadczenia wykonywane w lecznictwie uzdrowiskowym są tańsze, i co ważniejsze, skuteczniejsze dla pacjentów niż w lecznictwie zamkniętym.

Dotychczas sprywatyzowano 15 uzdrowisk. W trakcie prywatyzacji są cztery. Jak przekonuje szef Sekcji Krajowej Uzdrowisk, aby rzetelnie ocenić skutki zmiany właściciela potrzeba około 10 lat, ponieważ przez pierwsze lata inwestor jest zobowiązany do prowadzenia określonej działalności. Po tym okresie może zmienić jej profil działalności, sprzedać uzdrowisko czy zwolnić część załogi. Tak się stało w przypadku Nałęczowa, gdzie koncern Nestle wykupił sanatorium, aby wydobywać wodę. Samo uzdrowisko zostało sprzedane kolejnemu właścicielowi.

Z kolei Prawo i Sprawiedliwość uważa, że rząd chce prywatyzować srebra narodowe za przysłowiową czapkę gruszek, bez żadnych konsultacji społecznych, bez żadnych negocjacji. Pod młotek mają trafić uzdrowiska w Kołobrzegu, Świnoujściu, Ciechocinku, Rymanowie, Busku Zdroju i Lądku Zdroju. Przewidywany zysk z prywatyzacji to około 125,5 mln zł. – „Rząd chce sprywatyzować srebra narodowe za przysłowiową czapkę gruszek” – mówi kołobrzeski poseł PiS, Czesław Hoc. Dodaje, że Kołobrzeg ma zostać sprzedany za 20 mln zł, tymczasem 1 km autostrady A2 kosztował 60 mln zł. – „Czyli za 6 uzdrowisk można kupić 2 km autostrady” – wylicza poseł PiS.

Joachim Brudziński dodaje, że na prywatyzacji stracą polscy kuracjusze. – „Dziesiątki tysięcy ludzi nie będą mogły skorzystać z tego dobrodziejstwa. Dla tej władzy najważniejsze jest, by zgadzały się słupki i wskaźniki, a bardzo daleko z tyłu jest interes zdrowotny naszych obywateli” – stwierdza Brudziński.

Spośród 7 uzdrowisk, do prywatyzacji na razie nie przeznaczono Krynicy, która przechodzi obecnie prace modernizacyjne na koszt budżetu państwa. Politycy opozycji nie wykluczają, że po remoncie i to uzdrowisko trafi pod młotek.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Jednym płacą, reszta płacze

Jednym płacą, reszta płacze

W telewizji publicznej wrze. Zarząd tnie pensje i zwalnia pracowników a jednocześnie zatrudnia „gwiazdy” na wysoko opłacanych kontraktach.

Zlecanie produkcji telewizyjnej zewnętrznym podmiotom i malejące wynagrodzenia to główne powody protestu zapowiadanego przez działające w TVP S.A związki zawodowe. Zdaniem związkowców to niezrozumiałe, że telewizja mając swój sprzęt i ludzi oddaje produkcję firmom zewnętrznym. – „Finansowo tracą na tym nasi pracownicy, których wynagrodzenia drastycznie zmalały” – mówi Jarosław Najmoła, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w TVP S.A.

Wprawdzie w czerwcu zarząd TVP spotkał się ze związkowcami i zaproponował wypłatę jednorazowego dodatku do wynagrodzeń dla osób najniżej zarabiających, które szczególnie dotknęła tegoroczna obniżka. Jednak nieznana jest ani wielkość tego dodatku, ani wysokość wynagrodzenia poniżej której będzie on wypłacany. Dlatego po spotkaniu powołany w czerwcu komitet strajkowy rozpoczął przygotowania do protestu, który prawdopodobnie odbędzie się we wrześniu.
Związkowcy domagają się m.in. nieobniżania wynagrodzeń, zaprzestania zwolnień pracowników oraz ograniczenia produkcji telewizyjnej przez firmy zewnętrzne. Ich zdaniem trudno zrozumieć prowadzoną od 5 lat politykę drastycznego ograniczanie wynagrodzeń pracowników przy jednoczesnym zatrudnianiu nowych osób na lukratywnych kontraktach. Z jednej strony zwalniani są pracownicy, a z drugiej ciągle są tacy, którzy pobierają wynagrodzenia nie świadcząc pracy. Związkowcy zdają sobie sprawę z trudnej sytuacji, dlatego oprócz postulatów płacowych przedstawili całą listę propozycji oszczędnościowych. Proponują m.in. wprowadzenie ograniczenia maksymalnego wynagrodzenia w TVP do wysokości pensji prezesa, ograniczenie ilości stanowisk zastępców dyrektorów czy niezatrudnianie przy produkcji programów kilku kierowników czy ich asystentów.

– „To przecież chora sytuacja, że w tej samej firmie jeden pracownik zarabia 800 złotych miesięcznie, a inny kilkadziesiąt tysięcy” – uważa Jarosław Najmoła.

Wieś bez pracy

Wieś bez pracy

Prawie 900 tysięcy osób na terenach wiejskich nie ma zatrudnienia. Sytuacja na wiejskim rynku pracy jest znacznie trudniejsza niż w miastach.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, w maju w urzędach pracy zarejestrowanych było dokładnie 866,9 tys. bezrobotnych zamieszkałych na wsi. To o ponad 20 tys. więcej niż przed rokiem i jednocześnie najwięcej od pięciu lat – wynika z najnowszych danych GUS. Co istotne, na wsi żyje 39 proc. ludności naszego kraju, podczas gdy 43 proc. wszystkich bezrobotnych pochodzi ze wsi.

Sprawy przybierają jeszcze gorszy obrót, gdy pod uwagę weźmie się osoby, których nie obejmują oficjalne statystyki – nie zarejestrowane jako bezrobotni, ale nie mające pracy w gospodarstwach chłopskich. – „Rolnictwo może ukrywać około 550 tys. osób praktycznie bezrobotnych” – mówi dr Bożena Karwat-Woźniak z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Dodaje, że w ostatnim roku ich liczba zwiększyła się o ok. 50 tys., ponieważ w rolnictwie przybywa maszyn, które zastępują ludzką pracę.

Z kolei zdaniem prof. Katarzyny Duczkowskiej-Małysz z SGH ukryte bezrobocie w rolnictwie jest jeszcze większe i obejmuje od 800 tys. do nawet miliona osób. Jej zdaniem jest ich tak dużo, ponieważ dominują małe gospodarstwa rolne, w których jest niewiele pracy. – „A dopiero gospodarstwa o powierzchni ponad 50 ha dają zatrudnienie dwóm osobom przez cały rok” – podkreśla prof. Duczkowska-Małysz. Tymczasem, jak wynika z powszechnego spisu rolnego przeprowadzonego jesienią 2010 r. przez GUS, tak dużych gospodarstw jest tylko 27 tys. Wszystkich – aż 2,3 mln.

Rolników wśród zarejestrowanych bezrobotnych zamieszkałych na wsi jest dosłownie garstka. W maju było ich tylko 49,3 tys. – „To dlatego, że w większości rolnicy, którzy nie mają zajęcia, nie mogą się zarejestrować w urzędach pracy jako osoby bezrobotne, nawet jeśli pracowali dodatkowo na etacie poza rolnictwem” – ocenia dr Karwat-Woźniak. Zgodnie z ustawą o promocji zatrudnienia, bezrobotnym może być osoba, która nie jest właścicielem lub posiadaczem nieruchomości rolnej o powierzchni użytków rolnych przekraczających 2 hektary przeliczeniowe. Innymi słowy, rolnik, który ma więcej niż 2 ha, bezrobotnym w myśl przepisów być nie może…

Zdaniem dr Karwat-Woźniak jednym z powodów problemów z bezrobociem na wsiach jest również to, że powstaje tam mało mikroprzedsiębiorstw, bo siłą rzeczy jest tam znacznie mniejsze zapotrzebowanie na ich towary i usługi niż w mieście.

Polska miała być drugą Japonią, drugą Ameryką, drugą Irlandią itd. Tymczasem stajemy się drugą II Rzeczpospolitą, w której jednym z kluczowych problemów społecznych było istnienie na wsi kilkumilionowej armii „ludzi zbędnych”, jak ich wówczas zwano.

Nie płaćmy za podręczniki!

Nie płaćmy za podręczniki!

Rodzice narzekają na wysokie ceny podręczników szkolnych. Koalicja Otwartej Edukacji proponuje alternatywne rozwiązanie: cyfrowe, darmowe podręczniki w ramach programu „Cyfrowa Szkoła”.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, rodzice uczniów, którzy we wrześniu rozpoczną IV klasę szkoły podstawowej lub I klasę szkół ponadgimnazjalnych, muszą kupić nowe podręczniki dla swoich dzieci ze względu na nową podstawę programową. Dla tych pierwszych oznacza to koszt ok. 400 zł, dla drugich – aż 700 zł.

Ewa Józefowicz, dyrektor Gimnazjum nr 21 w Gorzowie Wielkopolskim, narzeka, że co 2-3 lata wprowadzane są zmiany, które nie pozwalają spokojnie zrealizować całego toku nauczania.

Do niedawna wydawcy nagminnie stosowali praktyki corocznych zmian wydań ich podręczników, dopóki resort edukacji nie wprowadził ograniczenia, na mocy którego wydania podręczników można zmieniać nie częściej niż co trzy lata. Wydawcy przeforsowali jednak korzystne dla siebie rozwiązanie, aby nie trzeba było do podręczników papierowych dołączać ich elektronicznych wersji.

Tymczasem – jak informuje „Portal Samorządowy” – Koalicja Otwartej Edukacji (porozumienie organizacji pozarządowych i instytucji edukacyjnych) chce, aby podręczniki w Polsce były udostępniane oryginalnie w wersji cyfrowej i legalnie powielane na wszystkich nośnikach, także drukowane w całości lub fragmentach. W ramach programu „Cyfrowa Szkoła” mają zostać rozpowszechnione darmowe podręczniki finansowane ze środków publicznych. Zdaniem Koalicji Otwartej Edukacji mogą one współistnieć na rynku z komercyjną ofertą wydawców.

– „Jesteśmy przekonani, że program „Cyfrowa szkoła” może przynieść korzyści także wydawcom i dystrybutorom, o ile będą oni gotowi tworzyć nowe modele biznesowe oparte o permanentne usługi, a nie jeden, coraz droższy papierowy produkt. Niestety jak dotąd wszystko wskazuje na to, że zależy im przede wszystkim na zachowaniu status quo. Nie zamierzają skorzystać z doświadczeń wydawców prac naukowych, którzy zaakceptowali już modele publikacyjne open access, widząc, że lepiej odpowiadają one potrzebom świata nauki” – twierdzą członkowie koalicji. – „Broniąc tradycyjnego rynku podręczników, wydawcy blokują zmiany w dystrybucji zasobów edukacyjnych, które mogłyby pozwolić na zredukowanie kosztów, zwiększenie dostępności i stopnia wykorzystania zasobów edukacyjnych, wyrównanie szans edukacyjnych i podniesienie poziomu zaangażowania nauczycieli, uczniów i rodziców w proces edukacyjny” – dodają.