Nie jesteśmy skazani na GMO

Nie jesteśmy skazani na GMO

Prawdopodobnie nie uda się w Polsce całkowicie wyeliminować pasz wytwarzanych z importowanej soi, ale mamy warunki do tego, by – przy wsparciu państwa – zwiększyć produkcję pasz na bazie roślin motylkowatych i rzepaku.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, w Polsce od kilku lat rolnicy dostają dodatkowe dopłaty bezpośrednie za uprawę roślin motylkowatych, ponadto prowadzone są badania naukowe nad nowymi odmianami i zwiększeniem plonów takich roślin. Głównym ośrodkiem naukowym w tej dziedzinie jest Poznań. Naukowcy z tamtejszego Uniwersytetu Przyrodniczego twierdzą, że polskie rolnictwo może być unijnym potentatem w produkcji roślin motylkowatych (np. bobiku, łubinu żółtego i wąskolistnego, grochu siewnego).

Obecnie Polska importuje aż 75 proc. białka paszowego w postaci soi, głównie z Brazylii, Argentyny i USA. Zazwyczaj jest to soja modyfikowana genetycznie, o wciąż nierozpoznanym oddziaływaniu na zdrowie przy długookresowym spożywaniu produktów powstałych na ich bazie. Ale sprawa ma także wymiar szerszy: „Uzależniliśmy się od zewnętrznych źródeł białka. Suwerenność żywnościowa Polski w zakresie produkcji zwierzęcej zależy od tego, czy kilka amerykańskich globalnych firm sprzeda nam 2,5 mln ton soi, czy też nie. Dostawy mogą zablokować katastrofy przyrodnicze lub spekulacje – i soi może zabraknąć” – ostrzega poseł Jan K. Ardanowski (PiS), wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Jak przeciwdziałać tej sytuacji? W Polsce nie da się uprawiać wydajnych odmian soi na skalę masową, ze względu na klimat. Jednak naukowcy przekonują, że jednym z istotnych źródeł krajowego białka mogą być właśnie rośliny motylkowate. Co prawda rośliny strączkowe wytwarzają czynniki antyżywieniowe (zmniejszające przyswajalność białka), jednak jak zaznacza prof. Andrzej Rutkowski, dzięki badaniom naukowym można poprawić ich jakość. Ponadto do pasz można dodawać śrutę i makuchy rzepakowe, wywary kukurydziane. – „Łączenie kilku pasz wysokobiałkowych daje dobry efekt, to trzeba badać” – mówi prof. Rutkowski. Jego zdaniem takie badania powinny być prowadzone przede wszystkim w małych gospodarstwach (posiadających do 200 tys. sztuk trzody chlewnej i do 2 mln sztuk drobiu), które nie potrzebują dużych ilości koncentratów, a mogą produkować żywność zdrową, bez GMO.

Warto siać motylkowate również dlatego, że takie uprawy poprawiają środowisko glebowe. – „Rośliny strączkowe to najtańsza fabryka azotu, którego produkcja nic nie kosztuje” – przekonuje prof. Jerzy Szukała. – „Jeden hektar daje 95,9 kg czystego azotu, to tyle, ile powstaje przy 220 kg saletry amonowej” – wyjaśnia.

O ile przekonanie rolników do siania motylkowatych nie wydaje się trudnym zadaniem, problem mogą stanowić wytwórcy pasz – rynek opanowany jest bowiem przez trzy wielkie międzynarodowe koncerny paszowe, które bazują na soi. Posłanka Gabriela Masłowska (PiS) uważa, że w tej sytuacji należy wspierać i zachęcać małe wytwórnie, by kupowały krajowe rośliny strączkowe. Trzeba także wywołać popyt na pasze z roślin motylkowatych wśród producentów mięsa. To może się udać, zważywszy, że – jak zauważa poseł Krzysztof Borkowski (PSL) – paszowi monopoliści windują ceny pasz, przez co drożeje polskie mięso i upada hodowla trzody chlewnej. Z kolei Stanisław Kalemba podkreśla, że powinniśmy dbać o to, aby komponenty do pasz były produkowane w Polsce – tym bardziej, że mamy w tym względzie wsparcie Unii Europejskiej.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Złodzieje z bogatych sfer

Złodzieje z bogatych sfer

Najbogatsi ludzie świata zgromadzili w rajach podatkowych prawie 17 bilionów euro. To równowartość zsumowanych PKB tak zamożnych krajów, jak USA i Japonia.

Jak informuje Wyborcza.biz za „Observer”, dane pochodzą z raportu organizacji Tax Justice Network. Badanie kapitałów ukrytych w takich miejscach, jak Szwajcaria, Kajmany czy Wyspa Jersey, przeprowadził dla niej James Henry – były główny ekonomista firmy doradczej McKinsey. Według niego 17 bln euro to ostrożne szacunki, bo w rzeczywistości suma pieniędzy wymykających się systemom podatkowym może wynosić nawet 25,7 bln euro.

Z raportu wynika, że w przypadku wielu krajów rozwijających się wartość kapitału, która opuściła ich granice od lat 70. do dziś wystarczyłaby na spłatę wszystkich długów wobec reszty świata. Najwięcej pieniędzy zostało wytransferowanych za granicę z krajów bogatych w ropę naftową: z Rosji (642 mld euro), Arabii Saudyjskiej (253 mld euro) i Nigerii (251,8 mld euro). „Aktywa w tych krajach są kontrolowane przez niewielką grupę zamożnych osób prywatnych, podczas gdy długi są rozłożone na barkach zwykłych ludzi poprzez rządy” – czytamy w raporcie.

James Henry szacuje, że 8,1 bln euro znajduje się w rękach zaledwie 92 tys. osób, czyli 0,001 proc. światowej populacji. Wąskie grupy ogromnie zamożnych elit z różnych krajów wspólnie bronią swojej uprzywilejowanej pozycji, nie okazując solidarności z uboższymi obywatelami własnych państw. „Zakładając, że 17 bln euro generują średnio 3 proc. rocznie w postaci odsetek, a państwa nakładają na to podatek w wysokości 30 proc., otrzymujemy kwotę 155,5 mld euro. To więcej niż bogate kraje wydają na pomoc państwom trzeciego świata” – wylicza „Observer”.

Od 2008 r., gdy światem wstrząsnął kryzys finansowy, przywódcy G20 wielokrotnie zapowiadali likwidację rajów podatkowych, zabrakło jednak stanowczych działań. Wciąż wiele krajów odmawia służbom podatkowym innych państw informacji na temat stanu posiadania obywateli tych państw. Tax Justice Network domaga się, by wymiana informacji między krajami w takich sprawach stała się standardem.

Niebezpieczne oszczędności

Niebezpieczne oszczędności

Tadeusz Pisarek, przewodniczący Zarządu Głównego NSZZ Pracowników Schronisk dla Nieletnich i Zakładów Poprawczych ostrzega, że oszczędności w sferze budżetowej odbijają się negatywnie na bezpieczeństwie w tych placówkach.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, ich służba ochrony funkcjonuje bez uprawnień ustawowych. Minister sprawiedliwości nie posiada delegacji ustawowej do wydania rozporządzenia w tej sprawie. Strażnicy wielokrotnie próbowali zmienić tę sytuację, jednak za każdym razem byli ignorowani. M.in. w 2006 r. zorganizowane zostało spotkanie w Warszawie, w którym wzięli udział przedstawicie strażników i służby więziennej z całej Polski. Wspólnie wypracowano gotowy projekt przekwalifikowania strażników w zakładach dla nieletnich. Ministerstwo nie zareagowało.

Trzeci rok z rzędu zamrożone są wynagrodzenia sfery budżetowej, w tym strażników. Ogólnopolski protest, podczas którego strażnicy zwracali uwagę na zagrożenia wynikające z ich pracy przy tak niskich zarobkach, przeszedł bez echa. Minister sprawiedliwości nie uwzględnił żadnego proponowanego przez strażników projektu ani żadnej uwagi dotyczącej funkcjonowania służb ochrony w zakładach poprawczych i schroniskach dla nieletnich.

Obecnie sytuacja tego rodzaju placówek jest dramatyczna. W tym roku zlikwidowano schroniska dla nieletnich w Łańcucie, Pobiedziskach i Stawiszynie. Pracę straciło ponad 190 osób. W większości mają one ok. 50 lat, z czego 30 przepracowały w schronisku – ich szanse na znalezienie zatrudnienia są więc nikłe. Rzekomym powodem likwidowania placówek była zmniejszająca się liczba nieletnich w schroniskach. Tymczasem, jak przekonuje Pisarek, nowych podopiecznych jest coraz więcej – za dużo względem liczby strażników. Przypomina, że przed kilkoma dniami zmarł pracownik Schroniska dla Nieletnich w Chojnicach, który został ciężko pobity przez czterech wychowanków placówki. – „[…] dyrektorzy są zmuszeni do maksymalnego ograniczania liczby wychowawców i strażników, co jest zgodne z prawem, ale wbrew logice. Ta grupa podopiecznych z Chojnic należała do najgroźniejszej w placówce, czyli tzw. grupy interwencyjnej” – wyjaśnia.

Dodaje, iż wydarzenie w Chojnicach nie jest odosobnionym przypadkiem. Brak pieniędzy na zatrudnienie większej liczby strażników przekłada się na bezpieczeństwo zarówno pracowników, jak i podopiecznych ośrodków. Pisarek podkreśla, że placówkom brakuje nie tylko wsparcia finansowego, ale i nowego standardu szkolenia strażników. Uważa, że w tej sytuacji 50 proc. winy za tragedie, które się w nich zdarzają, ponosi ministerstwo.

Kontrakty czasowe pod kontrolą

Kontrakty czasowe pod kontrolą

Państwowa Inspekcja Pracy chce chronić pracowników tymczasowych. Tymczasem resort pracy zapowiada działania zmierzające do zmniejszenia liczby kontraktów czasowych.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, inspektorzy PIP nie mogą karać firm za łamanie przepisów dotyczących zatrudnionych z agencji pracy. W związku z tym przedsiębiorcy nagminnie lekceważą przysługujące tym osobom prawa. Bezkarność zapewnia im ustawa z 9 lipca 2003 r. o zatrudnianiu pracowników tymczasowych.

Karze nie podlega m.in. powierzanie takiemu pracownikowi zadań pozostających w sprzeczności z definicją pracy tymczasowej, zatrudnianie na stanowiskach, na których praca tymczasowa nie może być powierzana (chodzi o prace szczególnie niebezpieczne), czy przekroczenie 18-miesięcznego okresu wykonywania pracy tymczasowej na rzecz jednego pracodawcy (tzw. użytkownika). – „Nie ma też sankcji za powierzanie pracownikowi tymczasowemu stanowiska, na którym w poprzednich trzech miesiącach byli zatrudnieni stali pracownicy, z którymi rozwiązano stosunek pracy z przyczyn niedotyczących pracownika” – wskazuje Jarosław Leśniewski, dyrektor departamentu legalności zatrudnienia Głównego Inspektoratu Pracy.

W tym roku wytypowane okręgowe inspektoraty pracy będą prowadziły kontrole w zakresie przestrzegania przepisów wobec pracowników tymczasowych. Ich wyniki pokażą skalę problemu. Z praktyki jednak wiadomo, że agencje obchodzą zakaz długotrwałego zatrudniania pracownika tymczasowego w jednej firmie przez przeniesienie go do agencji-córki.

– „Brak sankcji za naruszanie zakazów określanych w ustawie jest ewidentną luką w przepisach. Należy karać pracodawców użytkowników i agencje nie tylko za nieprzestrzeganie przepisów bhp w stosunku do pracowników tymczasowych” – uważa Anna Reda, ekspert NSZZ „Solidarność”. Podobne stanowisko w tej sprawie zajmuje Leśniewski – wprowadzenie sankcji, pełniących również funkcję prewencyjną, zapewniłoby jego zdaniem możliwość skuteczniejszego egzekwowania praw tej kategorii pracowników.

Tymczasem resort pracy – jak informuje „Rzeczpospolita” – dąży do zmniejszenia liczby czasowych kontraktów. – „Chcemy zaproponować partnerom społecznym rozwiązanie kompromisowe. Ograniczymy umowy terminowe, czego domagają się związki, dając równocześnie przedsiębiorcom możliwość stosowania rocznego okresu rozliczeniowego czasu pracy” – powiedział wiceminister pracy Jacek Męcina. Umowy o pracę na czas określony mają trwać maksymalnie do 2,5 roku (obecnie może to być nawet kilkanaście lat). Nowe przepisy miałyby wejść w życie już w przyszłym roku.

W Polsce na kontraktach „śmieciowych” pracuje niemal co trzecia osoba. Jesteśmy pod tym względem niechlubnymi liderami w UE.