W biednym mieście będzie drożej

W biednym mieście będzie drożej

Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (PO) ogłosiła założenia do budżetu miasta na przyszły rok. Łodzianie muszą liczyć się z podwyżkami opłat m.in. za czynsz w mieszkaniach komunalnych, za wodę i ścieki oraz za bilety MPK.

Jak informuje „Dziennik Łódzki”, prezydent zakłada, że Łódź będzie miała dochody na poziomie 3,5 mld zł. Wydatki przekroczą jednak 3,9 mld zł, co oznacza, że w budżecie zabraknie ponad 400 mln zł. Aby uzupełnić braki, magistrat chce wziąć blisko 350 mln zł kredytów i pożyczek oraz zyskać 60 mln zł z prywatyzacji miejskich spółek (m.in. Aqua Park i Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania) oraz mieszkań komunalnych (do czerwca 2013 r. mają obowiązywać 90-procentowe bonifikaty na wykup mieszkań).

W 2013 r. miasto spłaci tylko trochę ponad 80 mln zł dotychczas wziętych kredytów i pożyczek. Dziś miasto jest zadłużone na około 1,8 mld zł. W założeniach do budżetu prognozuje się, że zadłużenie Łodzi na koniec 2013 r. osiągnie poziom 2,1 mld zł, czyli 59,7 proc. Przypomnijmy, że poziom zadłużenia miasta nie może przekroczyć 60 proc.

W ramach oszczędności Zdanowska zakłada m.in. „optymalizację kosztów funkcjonowania placówek oświatowych i pomocy społecznej”. W 2012 r. „optymalizacja” oznaczała m.in. zamknięcie kilku szkół oraz zwolnienia nauczycieli, zaś w ośrodku pomocy społecznej likwidację dwóch filii MOPS i zwolnienia pracowników.

Ponadto mieszkańców Łodzi czekają podwyżki. W górę pójdą czynsze za wynajem mieszkań komunalnych – w 2013 r. o minimum 20 proc., a możliwe, że nawet o 30 proc. W 2014 r. – o kolejne 20 proc. Podwyżki mają też objąć wodę i ścieki. Metr sześcienny wody i ścieków od przyszłego roku może kosztować łodzian o 40 do 58 groszy więcej. W 2014 r. opłata może pójść w górę o kolejne 13 gr do nawet 30 gr, a w 2015 r. – o 5 do 38 gr. O 20 gr zdrożeją też w 2013 r. bilety MPK.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Wolna prasa? Nie w Polsce

Wolna prasa? Nie w Polsce

Kongres Mediów Niezależnych wydał stanowisko w sprawie wyroku sądu, który jednej z gazet zabronił publikowania informacji o związkach pewnej firmy z niedawną katastrofą kolejową pod Szczekocinami.

Oto stanowisko Kongresu Mediów Niezależnych:

Sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie Wydział IV Cywilny, Sylwia Kulma, wydała 24 lipca br. postanowienie, zakazujące publikowania w „Gazecie Polskiej Codziennie” informacji, że działania przedsiębiorstwa „Kombud” S.A. z Radomia przyczyniły się do spowodowania  katastrofy kolejowej pod Szczekocinami, a sposób realizacji przez tę firmę inwestycji kolejowych „odbywał się ze szkodą dla bezpieczeństwa uczestników ruchu kolejowego”. Postanowienie to jest wynikiem pozwu przedsiębiorstwa „Kombud” S.A. przeciw  autorowi tekstów o przedsiębiorstwie „Kombud” S.A., Przemysławowi Harczukowi, zamieszczonych w marcu 2012 r. w „GPC”  i redaktorowi naczelnemu „GPC”, Tomaszowi Sakiewiczowi.

Uważamy, że zastosowany przez Sąd Okręgowy środek zapobiegawczy, polegający nie tylko na zablokowaniu dostępu do będących przedmiotem pozwu tekstów na portalu internetowym „GPC”,  ale także zabraniający „GPC” publikowania czegokolwiek na temat „Kombudu” S.A. w kontekście katastrofy kolejowej pod Szczekocinami jest drastycznym naruszeniem wolności słowa w Polsce i nie znajduje racjonalnego uzasadnienia w polskim prawie.

Dlatego wzywamy polskie media niezależne do podjęcia akcji protestacyjnych w tej sprawie, np. poprzez przekazywanie do Sądu Okręgowego w Warszawie swoich opinii na temat treści tego postanowienia. Wzywamy też do nagłaśniania wszystkich aspektów tego zdarzenia, które, naszym zdaniem, bardzo źle rokuje przyszłości wolnych mediów w Polsce.

Prezydium Kongresu Mediów Niezależnych

Warszawa, 31 lipca 2012 r.

Zielone światło dla byle czego

Zielone światło dla byle czego

Ministerstwo Rolnictwa nie wprowadzi żadnych uregulowań, które mogłyby wpłynąć na jakość polskich wędlin. Producenci nadal będą nam mogli serwować zmielone kości, świńską skórę i tłuszcz.

Jak informuje Wyborcza.biz., głównym składnikiem wielu wędlin czy kiełbas jest mięso oddzielone mechanicznie (MOM), czyli masa kostno-tłuszczowa, która z mięsem nie ma nic wspólnego. Do tego dochodzą związki chemiczne, które absorbują wodę. Z MOM robi się tanie parówki, pasztety, kiełbasy i gotowe dania takie jak pulpety, klopsy itp. Tego typu produkty to już połowa rynku mięsnego. Przyczynia się do tego presja wywierana przez sklepy wielkopowierzchniowe na przetwórców, aby dostarczali jak najtańsze produkty. Nie bez znaczenia jest również fakt braku obowiązkowych norm na wędliny (z wyjątkiem produktów regionalnych).

Ze strony Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy padła propozycja, aby w wyrobach wędliniarskich po prostu zakazać stosowania MOM-u, tak jak to zrobili Niemcy. Z kolei Główny Inspektor Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych chciałby ustalenia norm przynajmniej dla niektórych wędlin, w polskiej tradycji kojarzonych z wyrobami dobrej jakości (kiełbasa podwawelska, krakowska, żywiecka, toruńska i śląska).

Tymczasem resort rolnictwa umywa ręce, twierdząc że producenci oraz służby kontrolne nie doszły do porozumienia w kwestii przepisów regulujących wymagania jakościowe dla wędlin. Producenci uważają, że produktów mięsnych i technologii ich przerobu jest tak dużo, że nie da się opracować jednolitych kryteriów w tym zakresie. Poza tym, zdaniem wiceministra rolnictwa Bogdana Dombrowskiego, zakaz stosowania MOM-u nie miałby sensu, bo obowiązywałby tylko polskich producentów, przez co ich wyroby znacznie by podrożały. Na rynku nadal byłyby obecne tańsze wyroby wykorzystujące MOM – pochodzące z krajów UE, których zakaz by nie obejmował.

Prezes Związku Polskie Mięso Witold Choiński zauważa, że głównym problemem jest postawa konsumenta, który przede wszystkim kieruje się ceną. – „Dziś też Polacy mogą kupować wędliny bez MOM-u. Na etykietach wszystko jest opisane, dokładny skład kiełbas. I co się dzieje? Ludzie najczęściej ich nie wybierają” – przekonuje Choiński. Z danych Polskiej Federacji Producentów Żywności wynika, że tylko 30 proc. konsumentów czyta etykiety produktów, które kupuje. Tylko połowa z nich potrafi zrozumieć, co czyta. Na dodatek często zdarza się, że prawdziwy skład nie pokrywa się z treścią etykiety. Dlatego według Federacji należy powołać specjalną policję żywieniową, tak jak jest we Włoszech, która zajęłaby się ściganiem przestępstw w obrębie produkcji żywności.

Miasto dla ludzi, nie dla reklam

Miasto dla ludzi, nie dla reklam

Od czerwca władze gminy Konstancin-Jeziorna walczą z reklamami szpecącymi ulice. Efekt przyniosły zmiana statutu uzdrowiska, wprowadzająca ograniczenia dotyczące umieszczania reklam, oraz kontrole straży miejskiej.

Jak informuje portal Konstancin24.eu, niekontrolowany wzrost liczby tablic reklamowych jest problemem wielu miast. Dotknął także Konstancin-Jeziorną. Wiadomo, że miasto uzdrowiskowe musi przyciągać kuracjuszy swoim wizerunkiem, jednak reklamy nie mogą przecież zasłaniać drzew i zabytkowych willi, pośród których spacerują turyści. Problem dostrzegł ustawodawca, który postanowił ograniczyć dopuszczalną liczbę reklam w uzdrowiskach. Odpowiednie zapisy znalazły się w nowelizacji ustawy o lecznictwie uzdrowiskowym, uzdrowiskach i obszarach ochrony uzdrowiskowej oraz gminach uzdrowiskowych. Pod koniec kwietnia rada miejska Konstancina-Jeziorny zmieniła statut uzdrowiska tak, żeby uwzględniał ustawowe regulacje dotyczące lokalizowania reklam.

Zgodnie z nowymi przepisami reklamy mogą być umieszczane na elewacjach budynków pod warunkiem, że dotyczą działalności prowadzonej na terenie nieruchomości, na której się znajdują i ich łączna powierzchnia nie przekracza: 2 m² w strefie A ochrony uzdrowiskowej, 3 m² w strefie B, 6 m² w strefie C. Natomiast reklamy wolnostojące w ogóle nie mogą być umieszczane na obszarze strefy A i B uzdrowiska, a w strefie C – mogą być zlokalizowane tylko na terenie zabudowanej działki pod warunkiem, że ich łączna powierzchnia nie przekroczy 8 m². Na terenie gminy obowiązuje również zakaz umieszczania reklam na terenach objętych ochroną (np. rezerwatów, Chojnowskiego Parku Krajobrazowego, Warszawskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu oraz obszarach Natura 2000).

Ponadto reklam nie można umieszczać w liniach rozgraniczających dróg, w tym na obiektach wyposażenia dróg (latarnie, ławki, kosze na śmieci, pojemniki na kwiaty, kapliczki, pomniki, tablice i kamienie pamiątkowe itp.). Bannerów ani tablic nie można także wieszać i instalować na dachach, balustradach i poręczach budynków, ogrodzeniach nieruchomości, drzewach oraz na obiektach infrastruktury technicznej (transformatory, skrzynki elektryczne, gazowe, telefoniczne itp.).

Od czerwca straż miejska sprawdza, czy nowe przepisy są przestrzegane. W wielu miejscach niezgodne ze statutem reklamy już zniknęły. Strażnicy na razie informują o nowych przepisach i upominają mieszkańców, którzy ich nie przestrzegają. Jednak w przyszłości będą także karać mandatami w wysokości 100 zł. Jeśli to nie pomoże, właściciele nielegalnych reklam mogą zostać ukarani znacznie większą grzywną.