Za pracą i kołaczami

Za pracą i kołaczami

Oficjalne statystyki potwierdzają, jaką katastrofą społeczną są masowe wyjazdy Polaków, zwłaszcza młodych, „za chlebem”.

W poszukiwaniu zatrudnienia wyjechały już 2 mln Polaków. Udostępnione dane GUS dotyczą 1,1 mln naszych rodaków, którzy są na emigracji ponad dwanaście miesięcy. Wśród nich ponad 243 tys. to osoby w wieku 25-29 lat, a 101 tys. w wieku 20-24 lata.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, emigranci są na ogół lepiej wykształceni niż ich rodacy w kraju. – „Z naszych badań wynika, że wśród tych osób, które wyjechały za granicę za pracą po wstąpieniu do Unii Europejskiej, 22% ma wyższe wykształcenie. Natomiast w Polsce dyplomem wyższej uczelni może się szczycić 17% osób” – mówi demograf prof. Krystyna Iglicka. Z jej badań wynika też, że w tej grupie emigrantów dominują specjaliści od marketingu i zarządzania, socjologowie i osoby po innych kierunkach humanistycznych, a więc ci, którzy nie mogli znaleźć pracy w kraju.

Oferty pracy dla emigrantów z Polski są z reguły takie same – bez względu na ich wykształcenie. Nasi krajanie, zwłaszcza z pierwszej fali emigracyjnej, byli najczęściej zatrudniani przy pracach fizycznych – w budownictwie, transporcie, rolnictwie, magazynach, handlu i przemyśle, hotelach i restauracjach oraz zajmowali się opieką nad osobami starszymi. Sytuacja jednak się zmienia i coraz więcej Polaków dzięki determinacji robi karierę zawodową za granicą bądź otwiera tam własny biznes.

Z danych Narodowego Spisu Powszechnego wynika, że z niektórych województw wyjechało od kilku do nawet kilkunastu procent osób w mobilnym wieku produkcyjnym (18-44 lata). Np. z woj. opolskiego ponad 15%, podlaskiego – ponad 13%, podkarpackiego – prawie 12%, warmińsko-mazurskiego – 11%, a z woj. lubelskiego – ponad 8%. – „Jest to bardzo niekorzystne, bo rynek pracy jest tam ogałacany ze specjalistów. To zniechęca biznes do inwestycji. A gdy ich nie ma, to nie ma pracy i w efekcie kolejne osoby mogą z tych terenów wyjeżdżać za granicę” – ocenia prof. Wojciech Łukowski z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem w rezultacie słabe regiony mogą pogrążyć się w marazmie, który nie pozwoli im na rozwój.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Górnicza reaktywacja

Górnicza reaktywacja

Już 1 września zacznie działać pierwsza od kilkunastu lat nowa szkoła górnicza na Śląsku. Liczba chętnych do zdobycia górniczego wykształcenia przerosła oczekiwania pomysłodawców.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, Kompania Węglowa, największy producent węgla w Europie, wspólnie z władzami Rudy Śląskiej otwiera własną zasadniczą szkołę zawodową. Firma zdecydowała się na ten krok, ponieważ zaczyna jej brakować specjalistów. Deficyt fachowców w górnictwie to efekt decyzji o „odchudzeniu” tej branży, podjętej przez rząd Jerzego Buzka. Po czasie okazało się, że wydobycie węgla może ulec zwiększeniu, ale do tego potrzeba wykwalifikowanych ludzi. Klasy o profilu górniczym, które już działają przy niektórych śląskich placówkach, nie wystarczają do zaspokojenia potrzeb.

W nowo powstałej szkole przygotowano dwie klasy o łącznej liczbie 60 miejsc. Tymczasem zgłosiło się już 84 chętnych, a nabór ciągle trwa. Anna Witkowska, dyrektor Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 3, w skład którego wejdzie górnicza zawodówka, zapowiada, iż jeśli wszyscy kandydaci przejdą pomyślnie badania lekarskie, zostanie uruchomiona dodatkowa, trzecia klasa.

Co istotne, wybór tej szkoły to dla jej uczniów pewna inwestycja w przyszłość. Kompania Węglowa podpisze bowiem z każdym z nich umowę gwarantującą praktyki zawodowe oraz przyszłe zatrudnienie. Najlepszym przyznane zostaną stypendia. W obecnej sytuacji, gdy trudności ze znalezieniem pracy mają nawet absolwenci studiów, to propozycja nie do pogardzenia. Spółka zamierza co roku zatrudniać 5,6 tys. osób. Do Kompanii Węglowej należą trzy z czterech działających w Rudzie Śląskiej kopalni.

Mały Wawel na sprzedaż

Mały Wawel na sprzedaż

Agencja Rozwoju Przemysłu wystawiła na sprzedaż Zespół Zamkowo-Parkowy w Baranowie Sandomierskim.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, według Magdaleny Kobos, rzecznik Ministerstwa Skarbu Państwa, głównym powodem sprzedaży jest brak rentowności. Opracowana wcześniej strategia rozbudowy znajdującego się w obiekcie hotelu, która miała poprawić jego wyniki finansowe, została zastopowana po dojściu do władzy PO. Kazimierz Idzik, dyrektor Oddziału Agencji Rozwoju Przemysłu w Baranowie Sandomierskim, twierdzi, że działania związane ze zbyciem wpisane są w strategię firmy.

Wkrótce – zgodnie ze złożonym wnioskiem – obiekt ma szansę otrzymać status pomnika historii. Jeżeli nowy właściciel nie zostanie zobowiązany przed aktem kupna do przestrzegania warunków, na jakich Skarb Państwa przekazał zamek ARP, i które zostały potwierdzone przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, państwo nie będzie mogło ich później wyegzekwować. Tym samym istnieje obawa, iż Muzeum w Zamku w Baranowie zostanie przez nowego właściciela zlikwidowane, a sam obiekt nie będzie dostępny w dotychczasowym zakresie dla społeczeństwa. Nie wiadomo też, co po sprzedaży obiektu stanie się z blisko 50 pracownikami zatrudnionymi w hotelu, restauracji i w samym zamku.

Zdaniem Tomasza Kaczmarka, posła PiS, w tej sytuacji warto byłoby rozważyć możliwość przekazania obiektu lokalnym samorządom. – „Byłoby to rozwiązanie, które z jednej strony pozwoliłoby zachować miejsca pracy i zadbać o ludzi, a z drugiej zapewnić temu miejscu bezpieczną, zgodną z przeznaczeniem przyszłość” – mówi Kaczmarek.

Zamek w Baranowie Sandomierskim – dawna siedziba Leszczyńskich – został wzniesiony pod koniec XVI wieku. Zwany Małym Wawelem ze względu na architektoniczne podobieństwo do krakowskiego Zamku Królewskiego. W okresie II wojny światowej został zajęty przez Niemców, a następnie przez Sowietów, którzy zdewastowali obiekt. Po wojnie stał się własnością Skarbu Państwa. Od 1997 r. w jego imieniu obiektem zarządza Agencja Rozwoju Przemysłu.

By dożyć do emerytury

By dożyć do emerytury

Związki zawodowe chcą nowych regulacji dotyczących pracy zmianowej i nocnej, takich jak m.in. mniej nadgodzin, wymuszona rotacja zmian, informowanie o nowym rozkładzie czasu pracy z wyprzedzeniem.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, pakiet propozycji opracowany w oparciu o rozwiązania stosowane w innych państwach UE przygotowało Forum Związków Zawodowych. Uzasadnieniem dla ich wprowadzenia są dane pokazujące fatalne skutki wykonywania pracy zmianowej. Materiały m.in. Instytutu Medycyny Pracy dowodzą, że pracujący w trybach zmianowym i nocnym są narażeni na choroby układu krążenia, pokarmowego czy nowotwory. – „Ustawodawca powinien lepiej zadbać o ich warunki pracy. Każda inicjatywa w tym zakresie jest cenna, szczególnie w kontekście wydłużania wieku emerytalnego. Bez wyraźnych zmian w prawie niewielu z nich będzie miało szansę cieszyć się zasłużoną emeryturą” – twierdzi dr Krystyna Zużewicz z Centralnego Instytutu Ochrony Pracy.

Związkowcy są zdania, że należy zacząć od wprowadzenia nowej definicji pracy zmianowej, bo obecna nie jest zgodna z przepisami unijnymi. Zgodnie z ich propozycją pod pojęciem pracy zmianowej należy rozumieć pracę wykonywaną w różnych porach, w której podwładni zmieniają się na tych samych stanowiskach według określonego rozkładu czasu pracy. Zaproponowano również, aby w przypadku pracy zmianowej obejmującej porę nocną pracodawca był zobowiązany zapewnić okresową rotację zmian do przodu przy zachowaniu zasady, że liczba następujących po sobie takich samych zmian wynosi nie mniej niż dwie i nie więcej niż sześć.