Korporacyjne kurki z pieniędzmi

Korporacyjne kurki z pieniędzmi

Brytyjskie sieci marketów Tesco i Asda przyznały, że jako mineralną sprzedają zwykłą wodę z kranu.

Jak informuje Gazeta.pl, sprawa została ujawniona dzięki dochodzeniu przeprowadzonemu przez brytyjskie dzienniki (m.in. „The Telegraph”, „Independent” i „Daily Mail”). Ich wątpliwości wzbudziła przede wszystkim zbyt duża różnica w cenach pomiędzy wodami znanych firm a produktami wspomnianych sieci, które kosztują 17 pensów (ok. 88 gr) za dwa litry. Biorąc pod uwagę, iż według stawek brytyjskich wodociągów dwa litry wody kosztują jedną trzecią pensa, wspomniane sieci notowałyby zysk rzędu 2,5 tys. proc.

Przedstawiciele Tesco początkowo zaprzeczali doniesieniom prasy, jednak ostatecznie przyznali, że źródłem „Everyday Value Still Water” są miejskie wodociągi. Koncern zastrzegł jednak, że woda jest odchlorowywana, filtrowana i dopiero potem trafia do butelek. Sieć Asda podała natomiast, że ich woda filtrowana jest w hrabstwie York. Poddawana jest takiemu samemu procesowi, jak w przypadku wody Tesco, zanim trafi do dystrybucji.

Na Wyspach wybuchła fala protestów i oskarżeń o to, że oba koncerny nie informowały klientów o pochodzeniu sprzedawanej im wody.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Piramida złej woli

Piramida złej woli

Przybiera na sile nagonka na spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe. Głos w ich obronie zabrała m.in. Komisja Nadzoru Finansowego.

– „Przez ostatnie dwa tygodnie spółdzielcze kasy były wywoływane w mediach przez polityków, którzy bezzasadnie łączyli działalność kas z działalnością piramid finansowych typu Amber Gold. Szczęśliwie głos zabrała Komisja Nadzoru Finansowego, która prostowała te nieuprawnione stwierdzenia” – stwierdził podczas konferencji prasowej Grzegorz Bierecki, prezes Kasy Krajowej SKOK, cytowany przez portal Wirtualny Nowy Przemysł.

Kasy są obecne na polskim rynku od początku lat 90. Nie są bankami, ale podobnie jak one są upoważnione do prowadzenia działalności depozytowo-kredytowej. Ponadto w odróżnieniu od instytucji parabankowych działalność SKOK-ów jest ściśle regulowana, ustawą o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych z 14 grudnia 1995 r.

Pod koniec października wejdzie w życie nowy akt poświęcony SKOK-om, uchwalony w 2009 r. – „Jeszcze nie weszła w życie nowa ustawa o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych, a już grupa posłów proponuje nowelizację jej przepisów. Nowelizację, która nadaje się wyłącznie do kosza” – zauważa Bierecki. Projekt przygotowany przez posłów PO trafił do Sejmu 19 lipca br. – „Jest większy od samej ustawy. Nowelizacja opiera się na idei, że urzędnicy lepiej potrafią prowadzić biznes niż biznesmeni. To urzędnicy mają decydować o wszystkim. Ten projekt likwiduje samodzielność i samorządność instytucji jakimi są SKOK-i. KNF będzie mógł posunąć się nawet do tak dalece idącego pomysłu, który jest wpisany w projekt tej ustawy, a mianowicie może przyłączyć SKOK do banku komercyjnego, który jest spółką akcyjną. Może to zrobić na podstawie dowolnej decyzji urzędnika. Takie działanie jest niedopuszczalne w polskim prawie ponieważ nie można przyłączyć spółdzielni do spółki akcyjnej” – stwierdza Adam Jedliński, przewodniczący rady nadzorczej Kasy Krajowej SKOK.

Kasy zrzeszają w Polsce ponad 2,5 mln osób. Unie kredytowe, odpowiedniki polskich SKOK-ów, działają w 100 krajach, skupiając 188 mln ludzi.

Galopujące nieszczęście

Galopujące nieszczęście

Bezrobocie wciąż rośnie, w dużych miastach ponad dwukrotnie szybciej niż średnio w kraju. Wśród osób, które zasiliły szeregi bezrobotnych, co ósma ma przynajmniej 55 lat.

Jak informuje „Puls Biznesu”, z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w dziesiątce największych miast polskich na koniec czerwca bezrobotnych było 205 tys. osób, o 9% więcej niż rok wcześniej, podczas gdy w tym samym czasie bezrobocie w całym kraju wzrosło o 4%. W niechlubnym rankingu przodują Katowice – na koniec czerwca było tam o 18% więcej bezrobotnych niż przed rokiem, a stopa bezrobocia wyniosła 4,8%, oraz Gdańsk, gdzie bezrobocie wzrosło o 16,3% (stopa bezrobocia 5,9%). Stosunkowo najlepiej (najmniej źle) jest w Poznaniu, gdzie bezrobocie wzrosło o 7%, a stopa bezrobocia wynosi 3,9%, oraz w Warszawie – odpowiednio 9,6% i 4%.

Z kolei „Dziennik Gazeta Prawna” zwraca uwagę, że problem rosnącego bezrobocia dotyka szczególnie osoby w wieku 55+. W tej grupie wzrosło ono o 16,9%, obejmując w końcu czerwca 243 tys. osób. Blisko połowa starszych bezrobotnych nie ma zajęcia ponad rok, a jedna czwarta – ponad dwa lata. W tym samym czasie liczba bezrobotnych w wieku 45-54 lata zwiększyła się o 1,2%, a wśród osób w wieku do 25 lat spadła o 3,2%.

Zdaniem dr. Wiktora Wojciechowskiego, głównego ekonomisty Invest-Banku, starsi pracownicy najmocniej odczuwają skutki spowolnienia gospodarczego. Tracą pracę, bo mają nieadekwatne do potrzeb pracodawców kwalifikacje albo zmniejszyła się ich wydajność. W najgorszej sytuacji są ci zbliżający się do wieku, w którym objęłaby ich ochrona prawna przed zwolnieniem (dotyczy ona okresu czterech lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego). Często trafiają na bruk, ponieważ pracodawcy nie chcą mieć problemów z ich redukcją później, jeśli pogorszy się kondycja finansowa firmy.

Oprócz wzrostu liczby bezrobotnych przed emeryturą odnotowano także spadek liczby emerytów dorabiających na umowach. W 2010 r. takich osób było 422,8 tys., rok później już tylko 350 tys. To efekt przepisów, które nałożyły na dorabiających emerytów obowiązek zwolnienia się z pracy chociażby na jeden dzień. Ci, którzy nie zrobili tego do 1 października 2011 r., musieli liczyć się z zawieszeniem wypłaty emerytury. Stało się tak w przypadku 35 tys. osób (dane ZUS na październik 2011 r.).

Eksperci podkreślają, że spadająca liczba pracujących emerytów to zła informacja w kontekście podnoszenia wieku emerytalnego. Postulują, by w ramach programu aktywizacji dojrzałych Polaków, jaki ma przygotować rząd, zlikwidować limity dorabiania przez seniorów oraz znieść obowiązek opłacania przez nich składki rentowej – emeryt bowiem nigdy nie może zostać rencistą.

Kto nie umrze, zdrowym będzie

Kto nie umrze, zdrowym będzie

Kolejki do lekarzy specjalistów są w Polsce coraz dłuższe. W wielu miastach na wizytę czekać trzeba już nie miesiące, a lata.

Jak informuje RMF FM, z danych dostępnych na stronach NFZ wynika, iż czas oczekiwania na operację zaćmy to nawet dwa lata, na wizytę u ortodonty cztery, na rehabilitację trzy. Przykładowo, w Ustroniu trzeba poczekać cztery lata na wizytę u fizjoterapeuty, w Płocku prawie dwa na konsultacje endokrynologa, w Słupsku rok, by dostać się do kardiologa. W wielu przypadkach oznacza to, że pacjent, zwłaszcza starszy, może nie dożyć wizyty. Alternatywą jest zapłacenie za prywatną wizytę lub zabieg, jednak nie każdego na to stać.

Za długie kolejki do lekarzy odpowiadają brak wystarczających środków na publiczną służbę zdrowia, a także brak zintegrowanego i spójnego systemu rejestracji. Każdy pacjent może się zapisywać na listy oczekujących w wielu placówkach, więc zapisy często się dublują. Takim sytuacjom powinien zapobiegać specjalny system, który pokazywałby także, gdzie pacjent czekać będzie najkrócej.

Często zdarza się również, że chorzy trafiają do nieodpowiednich lekarzy. Albo że mogliby rozwiązać swój problem za pośrednictwem lekarza rodzinnego, a mimo to trafiają do specjalisty – taka sytuacja dotyczy co czwartego pacjenta. W efekcie kardiolodzy częściej niż leczeniem zajmować się muszą wypisywaniem recept. Sytuację pogarsza fakt, że niektórych specjalistów po prostu brakuje. Za mało w stosunku do potrzeb jest m.in. okulistów, gastrologów, endokrynologów i geriatrów.