Telewizja szkodzi od małego

Telewizja szkodzi od małego

Polskie dzieci oglądają ponad dwie godziny telewizji dziennie. Zdaniem naukowców to za dużo.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, według badań OBOP w 2008 r. najmłodsi polscy widzowie (w wieku od 4 do 15 lat) przeznaczyli na oglądanie telewizji średnio 2 godz. 12 min. dziennie. Naukowcy przestrzegają, że może to grozić kłopotami w szkole, otyłością i problemami ze snem. Amerykańska Akademia Pediatrii zaleca, by dzieci nie oglądały więcej niż dwie godziny telewizji dziennie (wliczając w to oglądanie filmów na DVD czy laptopie), a dzieci poniżej drugiego roku życia w ogóle nie powinny tego robić.

Dr Dimitri Christakis, profesor pediatrii z Uniwersytetu Stanu Waszyngton w Seattle i autor licznych badań nad wpływem telewizji na najmłodszych, przekonuje, że oglądanie jakiejkolwiek telewizji przez dzieci poniżej drugiego roku życia nie tylko im nie pomaga, ale wręcz szkodzi, m.in. opóźniając rozwój mowy. Dr Christakis wspólnie z innymi naukowcami przebadał 384 dzieci w wieku od 8 do 16 miesięcy i wykazał, że każda godzina oglądania programów dla maluchów na DVD wiązała się ze znajomością 6-8 słów mniej. Wyniki te potwierdziły badania dr. Daniela Andersona, psychologa z Uniwersytetu Stanu Massachusetts.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Dla niezamożnych jeszcze mniej

Dla niezamożnych jeszcze mniej

W pierwszych dwóch kwartałach 2012 r. oddano do użytku o 338 mieszkań komunalnych mniej niż w analogicznym okresie 2011 r. Przeciętny czas trwania ich budowy wydłużył się o miesiąc i wyniósł 19,6 miesiąca.

Jak informuje „Portal Samorządowy”, przytaczając wyniki raportu Głównego Urzędu Statystycznego „Budownictwo mieszkaniowe I-II kwartał 2012 r.”, w dwóch kwartałach 2012 r. oddano do użytkowania 67845 mieszkań, tj. o 13277 mieszkań (o 24,3 proc.) więcej niż w I-II kwartale 2011 r. Zwiększyła się liczba mieszkań oddanych do użytkowania w budownictwie przeznaczonym na sprzedaż lub wynajem, indywidualnym, spółdzielczym, społecznym czynszowym oraz zakładowym. Spadek liczby mieszkań, w stosunku do I-II kwartału 2011 r., odnotowano tylko w budownictwie komunalnym – o 338 mieszkań. Zmniejszył się także jego udział w strukturze mieszkań oddanych do użytkowania (o 0,8 pkt.)

Przeciętny czas trwania budowy nowych budynków innych niż indywidualne, podobnie jak w I-II kwartale 2011 r., wyniósł 25,9 miesiąca. Skrócił się w budownictwie zakładowym – do 14,5 miesiąca (o 3,2 miesiąca krócej), społecznym czynszowym – do 17,4 miesiąca (o 1,8 miesiąca krócej) oraz przeznaczonym na sprzedaż lub wynajem – do 24,9 miesiąca (o 1,7 miesiąca krócej). Natomiast wydłużeniu uległ w budownictwie spółdzielczym – do 40,3 miesiąca (aż o 19,5 miesiąca dłużej) i komunalnym – do 19,6 miesiąca (o miesiąc dłużej).

W I-II kwartale 2012 r. rozpoczęto budowę 80681 mieszkań, tj. o 671 mieszkań (o 0,8 proc.) więcej niż w I-II kwartale 2011 r. Wśród nich spadła liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto w budownictwie indywidualnym – 43321 mieszkań (wobec 48508 mieszkań), komunalnym – 481 mieszkań (wobec 1081), społecznym czynszowym – 379 mieszkań (wobec 771) oraz zakładowym – 91 mieszkań (wobec 192).

Dość cięć!

Dość cięć!

Portugalczycy są oburzeni kolejnym pakietem cięć ogłoszonych przez rząd. Buntuje się centrolewicowa opozycja, która dotąd wspierała oszczędności, a także związki zawodowe, które zapowiadają protesty.

Jak informuje Wyborcza.biz, premier prawicowego rządu Portugalii ogłosił, że od przyszłego roku wszyscy zatrudnieni w sektorze państwowym i prywatnym będą zarabiać mniej. Podwyżka składki pracowników na ubezpieczenie z 11 do 18 proc. sprawi, iż Portugalczycy stracą rocznie mniej więcej miesięczną pensję. Jednocześnie rząd obniża z 23,75 proc. do 18 proc. składkę po stronie pracodawców. Zmiany zwiększą więc wpływy budżetu kosztem pracowników.

Zapowiedzi rządu to kolejna z serii drakońskich oszczędności narzuconych Portugalii w 2011 r. przez „trójkę” – Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy – w zamian za pakiet pomocy w wysokości 78 mld euro.

Do tej pory prawicowy rząd Passoa Coelho, a wcześniej centrolewicowy José Sócratesa, wprowadziły szereg oszczędności, m.in. odebrano pracownikom dodatkowe pensje, obcięto dni wolne, zmniejszono zasiłki dla bezrobotnych, zwolniono tysiące nauczycieli, lekarzy i urzędników, podniesiono VAT m.in. na towary pierwszej potrzeby, wprowadzono częściową odpłatność za naukę i opiekę medyczną, zreformowano prawo pracy ułatwiając zwolnienia, a także zapowiedziano prywatyzację.

Zmiany wbrew zapowiedziom nie ograniczyły jednak deficytu budżetowego do 4,5 proc. – wynosi on 5,5 proc. Nie pobudziły też kurczącej się gospodarki – w drugim kwartale PKB Portugalii spadł o 1,2 proc. w stosunku do pierwszego i o 3,3 proc. w stosunku rocznym. Bezrobocie sięgnęło rekordowego poziomu 15,6 proc. Dlatego nowe cięcia wzburzyły nawet centrolewicową opozycję, która dotąd popierała program oszczędnościowy. – „Wszystkie przepowiednie »trójki« i rządu dotyczące skutków oszczędności i deficytu budżetowego okazały się mylne. Czemu więc służyły wyrzeczenia i cierpienia obywateli?” – pyta przywódca „socjalistów”, Antonio José Seguran.

Zaprotestowały też dwie główne centrale związkowe UGT i CGTP, zarzucając rządowi, że okrada biednych, by pomóc bogatym. Posunięcia rządu ocenił negatywnie nawet Marcelo Rebelo de Sousa, były minister prawicowego rządu i dziś najpoważniejszy komentator polityczny, ostrzegając, że Portugalia stoi w obliczu buntu społecznego. Zwrócił uwagę, iż rząd nie wyjaśnił, czemu wszystkie poprzednie kroki nie zażegnały kryzysu ani czemu nowe wyrzeczenia nie są sprawiedliwie rozłożone. Zasugerował też, że oszczędności rząd powinien zacząć od siebie.

Stracili już nadzieję

Stracili już nadzieję

Aż o 10 proc. w ciągu roku zwiększyła się liczba osób, które nie pracują, lecz nie są zarejestrowane jako bezrobotne.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, dane GUS i ministerstwa pracy, według których na koniec lipca zatrudnienia nie miały 2 mln osób, a stopa bezrobocia wynosiła 12,3 proc., uwzględniają wyłącznie osoby zarejestrowane w urzędach pracy jako bezrobotne. Tymczasem oprócz nich istnieje jeszcze ogromna grupa osób niezarejestrowanych, pomimo iż nie mają żadnego płatnego zajęcia. Przez ekspertów określane są one jako bierne zawodowo. Jak wynika z badań aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) przeprowadzonych przez GUS, na koniec drugiego kwartału tego roku takich osób było aż 478 tys. – o prawie 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Oznacza to, że bezrobotnych jest w praktyce nie 2 mln, a niemal 2,5 mln, a rzeczywista stopa bezrobocia wynosi 15,3 proc. To najgorszy wynik od pięciu lat.

Eksperci wyjaśniają, że te pół miliona niezarejestrowanych bezrobotnych to osoby zniechęcone poszukiwaniem zajęcia. Gdy kilkuletnie próby znalezienia pracy nie kończą się sukcesem, bezrobotni przestają zaglądać do „pośredniaka”. Karolina Sędzimir, ekonomista PKO BP, zwraca uwagę, że obecnie na rynku jest bardzo mało ofert zatrudnienia, co jest spowodowane pogarszającą się koniunkturą na rynku krajowym i zawirowaniami ekonomicznymi za granicą. Pracodawcy tworzą mało nowych etatów, znaleźć pracę jest coraz trudniej i w związku z tym coraz więcej osób po prostu się poddaje.

Z kolei prof. Urszula Sztanderska z Uniwersytetu Warszawskiego zwraca uwagę, że do poszukiwania pracy zniechęcają też niższe od oczekiwań płace w dostępnych ofertach zatrudnienia. W przypadku ponad 70 proc. ofert pracy wiszących w urzędach proponowane wynagrodzenie nie wykracza poza ustawową pensję minimalną: 1500 zł brutto, czyli nieco ponad 1,1 tys. zł „do ręki”. – „Trudno oczekiwać, aby zainteresowany gotów był za takie pieniądze przenieść się do pracy w innym mieście. Przecież nie wystarczyłoby mu nawet na wynajęcie mieszkania” – mówi Sędzimir.

Liczba biernych zawodowo rośnie prawdopodobnie również dlatego, że wiele osób, zwłaszcza tych z wyższym wykształceniem, nie chce podejmować pracy poniżej swoich kwalifikacji zawodowych.

Do zniechęcenia przyczynia się też długość czasu pozostawania na oficjalnym bezrobociu. – „Jeżeli ktoś jest bez pracy dłużej niż rok, to spada u niego wiara, że w końcu znajdzie zajęcie” – wyjaśnia Krzysztof Kosy, psycholog biznesu z Uniwersytetu Warszawskiego. Wśród zarejestrowanych bezrobotnych aż 36 proc., czyli ok. 700 tys., nie ma pracy ponad 12 miesięcy. Równocześnie wydłużył się średni czas jej poszukiwania – z 10,7 miesiąca przed rokiem do 11,4 miesiąca w drugim kwartale tego roku.