Ręce precz od Karty!

Ręce precz od Karty!

Związek Nauczycielstwa Polskiego zaapelował do ministerstwa edukacji o zawieszenie rozmów ws. Karty Nauczyciela. Zdaniem związku ministerstwo wymiguje się od zajęcia stanowiska wobec samorządowych pomysłów pogorszenia warunków pracy nauczycieli.

Sławomir Broniarz, prezes ZNP, powiedział, że Związek oczekuje od MEN ustosunkowania się do samorządowych propozycji zmian w ustawie o systemie oświaty i ustawie Karta Nauczyciela. 16 lipca br. ministerstwo edukacji zainicjowało rozmowy ws. ewentualnych zmian w ustawie Karta Nauczyciela. Do tej pory odbyły się spotkania dotyczące: urlopów, wynagrodzeń i kształcenia nauczycieli, w których brali udział m.in. eksperci ZNP. – „W czasie tzw. rozmów karcianych mamy do czynienia z brakiem stanowiska ministerstwa w sprawach objętych tematyką dyskusji, w tym propozycji samorządów; zmienną postawą przedstawiciela ministerstwa edukacji podczas rozmów, a także z brakiem wizji ministerstwa w sprawie przyszłego kształtu pragmatyki nauczycielskiej” – mówił prezes ZNP. Dodał, że Związek z powagą traktuje prowadzone rozmowy, jednak nie może się zgodzić na przyjętą przez resort edukacji rolę arbitra pomiędzy stroną samorządową a stroną związkową.

Na ostatnim spotkaniu strona samorządowa przedstawiła bardzo radykalne propozycje zmian w ustawie o systemie oświaty i Karcie Nauczyciela. Proponuje m.in. ograniczenie obowiązywania ustawy Karta Nauczyciela tylko do nauczycieli i wychowawców, odstąpienie od nawiązywania stosunku pracy na podstawie mianowania, zatrudnianie nauczycieli kontraktowych wyłącznie na umowy na czas określony, likwidację dodatku uzupełniającego, zwiększenie tygodniowej liczby godzin obowiązkowego wymiaru zajęć dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych, zniesienie limitu liczby uczniów w szkołach przekazywanych do prowadzenia innym podmiotom oraz wymogu uzyskania pozytywnej opinii kuratora oświaty przy przekazaniu szkoły.

– „Propozycje samorządów są coraz bardziej radykalne i nastawione wyłącznie na oszczędności, bo część gmin i powiatów ma problemy finansowe, ale nie z powodu edukacji!” – komentował prezes ZNP. – „Samorządy szukają pieniędzy w kieszeniach nauczycieli i wydatkach związanych z prowadzeniem szkół. Usiłują narzucić swoje restrykcyjne propozycje funkcjonowania i finansowania oświaty w Polsce. Uważamy, że na tym etapie jest to już prawie wojna samorządowaprzeciwko nauczycielom”.

Prezes ZNP podkreślił, że propozycja samorządowców pozwala m.in. na przekazywanie innym podmiotom każdej szkoły, bez względu na liczbę uczniów (dziś można to zrobić, jeśli liczba uczniów nie przekracza 70 osób). – „Projekt samorządów poprzez komercjalizację szkół zmierza do ich prywatyzacji. Co to oznacza dla rodziców i nauczycieli? Dla kilku milionów rodzin oznacza przeniesienie ciężaru finansowania edukacji na ich portfele. Skoro bowiem nie da się utrzymać szkoły, oszczędzając na płacach nauczycieli, woźnych i sprzątaczek, to trzeba będzie sięgnąć do kieszeni rodziców. Nie po to bowiem gmina przekazuje szkołę fundacji, stowarzyszeniu czy związkowi wyznaniowemu, by potem finansować jej remont czy bieżące utrzymanie” – mówił szef ZNP.

Prezes Związku podkreślił, że dziś to ministerstwo edukacji odpowiada za politykę państwa w zakresie oświaty i wychowania. – „Uważamy, że dystansowanie się MEN od rozmów dotyczących pragmatyki nauczycielskiej i – coraz bardziej widoczna – próba przeniesienia na samorządy terytorialne odpowiedzialności za całość funkcjonowania szkół, w tym zwłaszcza w kwestiach dotyczących warunków pracy szkół i nauczycieli oznacza stworzenie kilkuset, a nawet kilku tysięcy systemów oświaty i wychowania w Polsce” – mówił Broniarz. – „Jest to działanie niezgodne z Konstytucją RP, szkodzące nie tylko pracownikom oświaty, ale przede wszystkim uczniom i wychowankom. Dlatego ZNP oczekuje zajęcia przez Ministerstwo Edukacji Narodowej stanowiska w zakresie spraw będących przedmiotem negocjacji i samorządowych propozycji”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Znikające dworce

Znikające dworce

PKP nie ukrywa, że dla części dworców kolejowych jedynym pomysłem jest rozbiórka.

Polskie Koleje Państwowe chwalą się remontami ponad 80 dworców kolejowych w Polsce – 40 dworców już zostało zmodernizowanych, na około 20 trwają prace, a remonty kolejnych 28 obiektów są przygotowywane. PKP mogło przystąpić do remontów dworców kolejowych dzięki wylobbowaniu na ten cel funduszy w budżecie państwa.

Przebudowy obejmują nie tylko największe dworce (jak Warszawa Wschodnia czy Wrocław Główny), ale też mniejsze obiekty (jak Brzesko-Okocim, Elbląg czy Kutno). Remonty zwykle przynoszą widoczną poprawę jakości obiektów dworcowych – generalne przebudowy przekształcają dworce w atrakcyjne obiekty. Wyremontowany dworzec w Malborku zwyciężył w konkursie „Modernizacja Roku” organizowanym przez Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej (finalistami tego plebiscytu zostały również dworce Iława Główna oraz Leszno). Z kolei za renowację dworca Przemyśl Główny PKP otrzymało dyplom generalnego konserwatora zabytków.

40 lat i wyburzenie

Jednakże w cieniu szeroko zakrojonego programu remontów dworców kolejowych doszło do rozbiórki dworca w Nowym Dworze Mazowieckim – zburzono go na przełomie marca i kwietnia 2012 r., po 40 latach istnienia. Obiekt powstał w 1972 r. według projektu Arseniusza Romanowicza, architekta również takich dworców jak Warszawa Centralna i Warszawa Wschodnia oraz przystanków na warszawskiej linii średnicowej: Ochota, Śródmieście, Powiśle i Stadion.

Nowodworski dworzec wybudowany został w ramach nie w pełni zrealizowanego programu budowy wspólnych dworców autobusowo-kolejowych. Podobne obiekty miały powstać między innymi w Zegrzu, do którego w międzyczasie w ogóle przestały docierać pociągi, czy w Legionowie, gdzie do dziś nie powstał żaden budynek dworcowy, a kasy biletowe od lat 80. umiejscowione są w prowizorycznym kontenerze.

Po rozbiórce dworca w Nowym Dworze Mazowieckim, dziś także w tym mieście kasy biletowe wraz z niewielką poczekalnią zostały zlokalizowane w prowizorycznym obiekcie.

Na własne życzenie

Przedstawiciele PKP raczej nie ukrywali, że dla części budynków dworcowych jedynym pomysłem jest rozbiórka. Mowa o dworcach, co do których nie istnieją szanse ani na wynajem powierzchni handlowo-usługowych, ani na przekazanie ich zewnętrznym podmiotom (jak chociażby samorządowi gminnemu).

Rozbiórka budynku dworcowego w Nowym Dworze Mazowieckim może być o tyle zaskakująca, że w planach nowodworskiego ratusza jest przejęcie terenu po wyburzonym dworcu i wybudowanie tam centrum handlowo-usługowego.

Wygląda więc na to, że PKP – podejmując decyzję o rozbiórce budynku dworcowego w Nowym Dworze Mazowieckim – na własne życzenie pozbawiło się szansy na efekt komercyjny w wyniku przebudowy dworca w obiekt łączący funkcje komunikacyjne i handlowo-usługowe?

Najpierw rozbiórka, potem reaktywacja

Podobnie do losów dworca w Nowym Dworze Mazowieckim potoczyła się historia dworca Lubin Górniczy na Dolnym Śląsku. Pochodzący z XIX wieku lubiński dworzec – mimo protestów mieszkańców – został zburzony w sierpniu 2012 r. Tym razem nastąpiło to po przekazaniu przez PKP S.A. obiektu władzom miasta.

W miejscu zburzonego dworca powstać ma nowy obiekt – na razie jednak nie wiadomo, kiedy inwestycja zostanie zrealizowana. „To charakterystyczne dla Lubina: wyburzyć, a kiedyś coś się wybuduje. W miejsce dworca ma powstać centrum przesiadkowe. Nazwa imponująca, jednak jak wynika z wizualizacji, ma to być nic innego jak kompleks szklano-metalowych wiat. W dodatku nie wiadomo, kiedy powstanie” – skomentował regionalny tygodnik „Konkrety”.

Decyzja o rozbiórce dworca Lubin Górniczy spotkała się z krytyką również dlatego, że – choć obecnie do Lubina nie kursują pociągi – to na 2013 r. planowane jest rozpoczęcie rewitalizacji przebiegającej przez to miasto linii kolejowej Legnica – Rudna Gwizdanów i reaktywacja połączeń kolejowych. Warta 150 mln zł rewitalizacja linii znalazła się na liście projektów Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko.

Wyremontować i zamknąć

Problemy pojawiają się także na dworcach objętych programem remontów realizowanym przez PKP. W Radomiu remont dworca opóźnia się – po raz kolejny został przesunięty termin zakończenia prac, zakładany pierwotnie na pierwszą połowę 2012 r. Wszystko przez to, że wykonawca prac – Mostostal Białystok – ma problemy finansowe i nie reguluje swoich zobowiązań wobec podwykonawcy.

Z kolei na części dworców, na których prace zostały już zakończone, PKP S.A. ma problemy z zagospodarowaniem odnowionych przestrzeni. Z kolejnych regionów napływają informacje o wyremontowanych, lecz pustych obiektach – taka sytuacja ma miejsce na dworcach Leżajsk, Sławno czy Wałbrzych Miasto. Nawet wydawany przez spółki Grupy PKP tygodnik „Kurier Kolejowy” przyznał, że niektórym przebudowanym obiektom grozi „zamknięcie na cztery spusty”. Mowa o wyremontowanych w 2011 r. dworcach w Pabianicach oraz Zgierzu, gdzie PKP S.A. wciąż nie jest w stanie znaleźć najemców powierzchni dworcowych.

Karol Trammer

___________________
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 61, wrzesień-październik 2012, http://www.zbs.net.pl. Autor jest redaktorem naczelnym tego pisma oraz stałym współpracownikiem „Nowego Obywatela”.  

Trzeźwe spojrzenie przedsiębiorcy

Trzeźwe spojrzenie przedsiębiorcy

Prezes koncernu spożywczego Maspex popiera wprowadzenie podatku transakcyjnego od inwestycji w instrumenty pochodne jako metodę na walkę z rosnącymi cenami żywności.

W rozmowie z dziennikarzem Biznes.onet.pl prezes Grupy Maspex Krzysztof Pawiński zwrócił uwagę na problem dużej zmienności na rynku surowców rolnych, co wpływa na koszty produkcji. – „To, co dzieje się obecnie, jest bez precedensu – najwyższe historycznie ceny poszczególnych surowców, przy dużej zmienności, zarówno ceny podstawowej, jak i kursu wymiany złotego do euro czy dolara. To sprawia, że mamy do czynienia z dużą niepewnością” – ocenia Pawiński. – „Nikomu nie służy zmienność, która jest przekleństwem dla firm realnej gospodarki. Mamy »kasyno« rozkręcone do granic możliwości. Bawi się niewielu, a płacą wszyscy – ta zmienność jest przełożona później na ceny i konsumenci płacą za transakcje, które nie mają nic wspólnego z realną dostawą, a są operacjami czysto finansowymi, wpływającymi na ceny surowców wykorzystywanych do produkcji żywności” – dodaje.

Jak sobie z tym poradzić? – „Jestem zwolennikiem rozwiązania drastycznego. Wydaje się, że bez wprowadzenia podatku transakcyjnego – pewnej opłaty podatkowej przy inwestowaniu w instrumenty pochodne, nie da się tego uregulować” – mówi prezes Grupy Maspex, jednego z największych producentów żywności w Europie Środkowo-Wschodniej, właściciela takich marek jak: Kubuś, Tymbark, Caprio czy Makaron Lubella.

Dobry, bo starszy

Dobry, bo starszy

Za granicą osoby po 50. roku życia są mile widzianymi pracownikami. W Polsce pracodawcy wciąż patrzą na nich nieprzychylnym okiem.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, z danych agencji rekrutujących pracowników za granicę wynika, że niemieckie, belgijskie, a także francuskie firmy z sektora finansowego, budowlanego, usługowego i transportowego bardzo chętnie przyjmują osoby dojrzałe. Aż 70 proc. osób rekrutowanych przez agencję Express do opieki nad osobami starszymi to ludzie po 50. roku życia. Podobnie jest w firmie Adecco czy Work Service. Dużo osób po pięćdziesiątce znajduje też zatrudnienie za granicą jako kierowcy ciężarówek, elektrycy, stolarze, a także – jeśli znają biegle język obcy – jako specjaliści i wysokiej klasy menedżerowie.

– „Zagraniczni pracodawcy bardzo często stawiają warunek, że pracownik ma mieć np. minimum 10-letnie doświadczenie, i nie widzą problemu, że elektryk ma 55 czy 60 lat” – mówi Artur Ragan z Work Express. – „Najczęściej dostaje czeladnika, który pomaga mu w cięższych pracach fizycznych, np. ciągać kable. Za granicą liczą się przede wszystkim sumienność, punktualność, precyzja i doświadczenie” – dodaje. Oczywiście, często barierą jest język, ale np. na budowie czy przy produkcji w wielu firmach są osoby, które znają niemiecki czy francuski i w razie potrzeby tłumaczą.

Tymczasem polscy pracodawcy podpisując umowę z firmą rekrutacyjną, już na wstępie zastrzegają, że nie chcą pracowników powyżej 40.-45. roku życia. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że wśród bezrobotnych przybywa osób po 50. roku życia: w 2009 r. było ich 20,7 proc., w lipcu tego roku już 23,1 proc. W sumie w tej grupie wiekowej pracy nie ma już 450 tys. ludzi.