Co dalej z „Małym Wawelem”?

Co dalej z „Małym Wawelem”?

Los Zespołu Zamkowo-Parkowego w Baranowie Sandomierskim, zwanego „Małym Wawelem”, wciąż jest niepewny.

O planach sprzedaży „Małego Wawelu” pisaliśmy wcześniej tutaj. Tymczasem – jak informuje „Nasz Dziennik” – chęć przejęcia obiektu wyraził Samorząd Województwa Podkarpackiego. Czy jest szansa na komunalizację zamku?

Decyzja o pozbyciu się zamku wywołała stanowczy sprzeciw miejscowej społeczności, która przygotowuje protest i zbiera podpisy przeciwko sprzedaży dobra kultury narodowej. W zaproszeniu do składania ofert na zakup Zespołu Zamkowo-Parkowego w Baranowie nie znalazły się żadne zapisy gwarantujące funkcjonowanie muzeum w zamku i pracę dla zatrudnionych w nim dziś osób – zatem istnieje ryzyko, że przyszły właściciel zamknie muzeum.

Nie wiadomo, czy i ilu chętnych złożyło do 7 września swoje oferty. Cała procedura przetargowa dotycząca sprzedaży obiektu objęta jest tajemnicą handlową, mimo iż dotyczy nieruchomości, której ARP jest tylko użytkownikiem wieczystym. Mogłoby się wydawać, że zgodnie z art. 28 ustawy o gospodarce nieruchomościami procedura powinna być transparentna, a informacje jawne.

Wątpliwości wzbudza też kwestia, czy ARP nie powinna – zgodnie ze wspomnianą ustawą – zwrócić się do konserwatora zabytków o wyrażenie zgody na sprzedaż zamku. Obowiązek taki dotyczy oddanych w użytkowanie wieczyste nieruchomości wpisanych do rejestru zabytków stanowiących własność Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego umywa od sprawy ręce, twierdząc, że zamek należący do ARP nie jest własnością Skarbu Państwa. Z ksiąg wieczystych nieruchomości wynika jednak, że ARP jest właścicielem zamku, ale już nie gruntu, na którym jest on wybudowany, oraz otaczającego go 13-hektarowego parku. Podkarpacki Wojewódzki Konserwatora Zabytków, który powinien rozstrzygnąć sprawę, zwrócił się z prośbą o wyrażenie opinii do ministra kultury, jednak odpowiedzi nie mógł się doczekać. Po interwencji „Naszego Dziennika” Podkarpacki Wojewódzki Konserwator Zabytków 18 września br. (po konsultacjach z resortem kultury) stwierdził, że sprzedaż Zamku w Baranowie nie wymaga zgody konserwatora, potwierdzając tym samym wcześniejszą deklarację ministerstwa. Wątpliwości pozostają.

W międzyczasie Sejmik Województwa Podkarpackiego w swojej uchwale z 27 sierpnia br. wyraził intencję przejęcia przez samorząd mienia Zespołu Zamkowo-Parkowego w Baranowie Sandomierskim. – „Decyzję radnych przekazaliśmy Ministerstwu Skarbu Państwa jako sygnał gotowości samorządu do przejęcia tej nieruchomości. Teraz wszystko jest w rękach ministerstwa” – powiedział Wiesław Bek, rzecznik marszałka woj. podkarpackiego. Aby zamek mógł przejść pod zarząd samorządu wojewódzkiego, potrzebna jest jednak decyzja polityczna. – „Rozumiem, że obecny rząd na czele z ministrem Rostowskim jak może »ratuje« budżet, który jest w katastrofalnym stanie, pozbywając się uzdrowisk, zamków, słowem wszystkiego, co jeszcze pozostało do sprzedania, ale są pewne granice” – zauważa Wojciech Buczak, przewodniczący Klubu Radnych PiS w Sejmiku Województwa Podkarpackiego. – „Sprzedaż takiej perły jak baranowski zamek byłaby działaniem szkodliwym dla rozwoju kultury” – dodaje.

Komunalizacja, czyli nieodpłatne przekazanie zamku w ręce samorządu, wydaje się najlepszym rozwiązaniem. Daje gwarancję ogólnodostępności zabytku, przetrwania muzeum, a jednocześnie nic nie stoi na przeszkodzie, by – oprócz celów kulturalnych – służył także celom komercyjnym jako obiekt hotelowy, który przyniesie zysk. Niestety, samorząd nie może liczyć na wsparcie ze strony resortu kultury. Ministerstwo wyklucza możliwość udzielania dotacji na rzecz przejęcia zamku przez samorząd województwa, twierdząc, że wsparcie finansowe przekracza kompetencje ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Hindusi przeciwko sieciom wyzysku

Hindusi przeciwko sieciom wyzysku

Opozycja oraz związki zawodowe protestują przeciw zgodzie rządu Indii na wejście do ich kraju międzynarodowych sieci handlowych.

Jak informuje Wyborcza.biz, hinduski rząd zgodził się otworzyć krajowy rynek na wielkie sieci handlowe. Przeciwnicy tego rozwiązania (m.in. największa indyjska partia opozycyjna Bharatiya Janata Party i hinduskie związki zawodowe) przekonują, że taki ruch oznacza bankructwo setek tysięcy małych sklepów. Wezwali rodaków do strajku generalnego.

Nie wszędzie ten apel spotkał się z odzewem, jednak w stanach, w których rządzi BJP lub przeciwny nowemu prawu koalicjant Trinamool Congress, zamknięto szkoły i wiele firm, zamarł również transport publiczny. Strajkował niemal cały stan Karnataka, w tym stolica Bangalore, hinduskie centrum nowych technologii, z siedzibą IBM i Microsoftu. Szacuje się, że w protestach bierze udział w sumie ok. 50 mln osób.

Już w ubiegłym roku hinduski rząd próbował otworzyć rynek detaliczny dla zagranicznych inwestorów, jednak na skutek sprzeciwu w samej koalicji rządowej nie doszło do tego. Otwarto wówczas furtkę jedynie dla detalistów jednej marki, jak Reebok czy IKEA. Wielkie podmioty wielobranżowe, takie jak Wal-Mart, Carrefour czy Tesco, mogą działać w Indiach, ale jedynie jako hurtownicy, czyli sprzedają towary pośrednikom, a nie bezpośrednio konsumentom. Teraz, zgodnie z nowym prawem, będą mogły kupić do 51 proc. akcji w hinduskich spółkach handlowych.

To kolejny krok rządu Manmohana Singha w kierunku liberalizacji rynku. Wcześniej rząd ogłosił już chęć szerszego otwarcia sektora finansowego dla zagranicznego kapitału – miesiąc temu protestowało przeciw temu milion pracowników banków. Konfederacja jest pewna, że „międzynarodowe koncerny zniszczą ekonomiczną i socjalną strukturę kraju i niekorzystnie wpłyną na handlowców, pracowników transportu, rolników i inne sektory handlu detalicznego”.

Wdrożenie nowego prawa leży w gestii poszczególnych stanów. Rodzi to nadzieję, że te, którymi administrują partie przeciwne otwarciu rynku, będą w stanie zablokować liberalizację na własnym terenie.

Nasze pieniądze, nasze decyzje

Nasze pieniądze, nasze decyzje

Kolejne polskie miasto – Kielce – przymierza się do wprowadzenia budżetu obywatelskiego.

Kieleccy społecznicy już zbierają podpisy za jego utworzeniem – informuje Gazeta.pl. Prezydent miasta jest zainteresowany pomysłem, ale twierdzi, że na jego zrealizowanie jest za wcześnie. Inicjatorów to nie zniechęca. – „Zamierzamy opracować własny model budżetu obywatelskiego. Decyzję chcemy podjąć po rozmowach z przedstawicielami władz miasta, radnymi i mieszkańcami. Najlepiej byłoby, gdyby w przyszłorocznym budżecie zaplanowano środki, a na początku roku zorganizowalibyśmy głosowanie na obywatelskie propozycje” – tłumaczy Michał Braun, prezes kieleckiego Centrum Wolontariatu.

Pierwszym polskim miastem, które wprowadziło budżet obywatelski, jest Sopot – już kilka lat temu. – „Przy układaniu budżetu prezydent i radni spotykali się z mieszkańcami i prezentowali jego założenia. To był moment, kiedy można było zgłaszać swoje propozycje” – mówi Marcin Skwierawski, pełnomocnik prezydenta Sopotu ds. kontaktów samorządowych. W ubiegłym roku spróbowano innego rozwiązania. – „Rozesłaliśmy do mieszkańców ulotki, w których prosiliśmy o zgłaszanie propozycji zadań do budżetu. Staraliśmy się, żeby system składania propozycji był jak najprostszy” – zaznacza Skwierawski. Do urzędu nadeszło ich aż pół tysiąca, z czego w głosowaniu mieszkańcy wybrali kilkanaście. Przeznaczonych ma być na nie przeszło 6 mln zł. Większość propozycji dotyczy infrastruktury, np. remontu chodnika czy ulicy. W ubiegłym roku z inicjatywy mieszkańców powstały m.in. trzy place zabaw, a w parku stanęły nowe ławki.

Proces przebiega w kilku etapach. Do 15 sierpnia mieszkańcy Sopotu składają propozycje. W tym roku wpłynęło ich jednak zaledwie 80 – zdaniem Skwierawskiego na skutek wprowadzonej przez radnych nowej, bardziej skomplikowanej procedury. – „Oprócz obszernego uzasadnienia propozycji mieszkańcy muszą teraz złożyć również kosztorys oraz np. mapkę” – wyjaśnia Skwierawski. Po zgłoszeniu propozycje są weryfikowane przez urzędników. 1 października rozpoczyna się dwutygodniowe głosowanie, w którym mieszkańcy wybiorą najlepsze propozycje. Głosować można w urzędzie i w specjalnie wyznaczonych do tego punktach. Skwierawski nie ma wątpliwości co do zalet takiego systemu: – „Pobudza się aktywność obywatelską mieszkańców. Stają się bardziej zaangażowani w życie miasta”.

Czy przekonają się o tym kielczanie? Prezydent miasta upiera się, że obecny kryzys nie pozwala na wprowadzenie budżetu obywatelskiego. Braun uważa jednak, że moment jest idealny. – „[Budżet obywatelski] nie wymaga dodatkowych pieniędzy z kasy miasta. Opieramy się na tych, które już tam są, ale wydajemy je razem. Dzięki temu mieszkańcy zrozumieją trudną sytuację miasta. Pojmą również, że pieniędzy nie może wystarczyć na wszystkie inwestycje. Jeśli decydujemy się na jedną, z innej trzeba zrezygnować” – twierdzi.

Do wprowadzenia podobnego pomysłu – poza Kielcami – zapaliły się już inne polskie miasta: Katowice, Poznań czy Wrocław. Do końca października głosowanie na obywatelskie propozycje trwa w Zielonej Górze, gdzie na ich realizację tamtejszy magistrat przeznaczy 3 mln zł.

Kluzik prawda

Kluzik prawda

Rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność” komentuje wywody Joanny Kluzik-Rostkowskiej na temat tzw. umów śmieciowych i zliberalizowania stosunków pracy.

Oto komentarz rzecznika „Solidarności”:

Odnosząc się do wypowiedzi pani Joanny Kluzik-Rostkowskiej dla Agencji Informacyjnej Newsweeka informuję:

Nigdzie na świecie nie wykazano związku pomiędzy elastycznością rynku pracy a poziomem bezrobocia. A takie badania przeprowadzano kilka razy. Tak samo nigdy nie udowodniono związku pomiędzy wzrostem płacy minimalnej a wzrostem bezrobocia. Jeśli pani Joanna Kluzik-Rostkowska twierdzi inaczej, niech to udowodni.

Nigdy „Solidarność” nie domagała się likwidacji umów terminowych. Była Pani minister krytykuje nas za coś, co nie ma miejsca. Podobnie rzecz ma się z umowami śmieciowymi, które zdaniem Związku mają swoje uzasadnienie. Domagamy się jedynie ich oskładkowania na tych samych zasadach, co inne formy zatrudnienia. Problem ze śmieciówkami polega nie tyle na ich istnieniu, co na ich nadużywaniu i dyskryminującej pozycji wobec etatowych form zatrudnienia z powodu zwolnienia ze składek ubezpieczeniowych. Jeśli oskładkowanie tych umów, czyli obciążenie ubezpieczeniem ma zwiększyć bezrobocie, musiałoby to oznaczać, że przyczyną bezrobocia w Polsce jest ubezpieczenie. A to przecież absurd. Nie wolno nam również zapominać, że w kapitałowym systemie emerytalnym, gdzie wysokość emerytury zależy od zgromadzonego kapitału, należy ten kapitał budować z wszelkich form zatrudnienia, nawet jeśli taka praca trwa tydzień.

Dla pracownika nie ma znaczenia, czy pracuje na czarno, czy na umowę śmieciową. I w jednym i drugim przypadku nie ma prawa do urlopu, zwolnienia lekarskiego i nie odkłada kapitału na emeryturę. Jedyna różnica to podatek na rzecz państwa, z którego pracownik tak naprawdę nic nie ma.

Polski rynek pracy jest patologiczny. Już niecałe 50 proc. to zatrudnienie na stały etat, ponad 27 proc. (rekord w skali Europy) to umowy terminowe, a reszta – tzw. umowy śmieciowe. Do tego należy doliczyć ponad 800 tys. tzw. fałszywie zatrudnionych, tj. ludzi na jednoosobowej działalności gospodarczej, spełniających kodeksowe kryteria pracy na etat. Tak elastyczny rynek pracy mamy od lat i nie jest on związany z obecnym kryzysem.

Marek Lewandowski

Rzecznik Prasowy Przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”