Zakupy grupowe zamiast zwolnień

Zakupy grupowe zamiast zwolnień

Jest wiele lepszych sposób na oszczędności w placówkach leczniczych niż zwolnienia pracowników. Należą do nich m.in. grupowe zakupy leków czy energii – wciąż nie dość popularne.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, polskie szpitale nieśmiało działają na polu zakupów grupowych. A warto – to świetny sposób na podratowanie budżetu zadłużonych szpitali. Przepisy nie stoją temu na przeszkodzie, bo art. 16 prawa zamówień publicznych wskazuje jednoznacznie, że zainteresowani mogą wyznaczyć spośród siebie przedstawiciela, który przeprowadzi przetarg i zamówi np. potrzebne materiały.

O zaletach tego rozwiązania przekonały się już niektóre lecznice. W woj. mazowieckim aż 16 (m.in. szpitale płocki, międzyleski i bródnowski) porozumiało się, by jesienią zeszłego roku wspólnie kupić energię elektryczną. Organizatorem zakupów (przedstawicielem lecznic) była Mazowiecka Agencja Energetyczna. Dzięki wspólnym zakupom placówki zaoszczędziły łącznie 3,5 mln zł. Platformę zakupową energii dla szpitali w sierpniu zorganizował też śląski urząd marszałkowski. Do wspólnego przetargu przystąpiło 15 placówek medycznych, z których każda dzięki temu kupiła energię o 15,5 proc. taniej.

W podobny sposób można zakupić w niższych cenach leki. Samorząd śląski tworzy właśnie Centrum Zakupowe Leków, dzięki któremu według szacunków wicemarszałka Kleszczewskiego każda placówka kupi medykamenty o 20 proc. taniej.

Kolejny sposób na oszczędności to system szpitalny unit dose, czyli tzw. indywidualnych dawek leków. Odpowiednia ilość jest kupowana w opakowaniach hurtowych, a potem rozdzielana przez personel medyczny indywidualnie wśród pacjentów. Pozwala to na lepsze kontrolowanie zużycia leków i uniknięcie marnotrawstwa.

Jeszcze większe oszczędności przyniosłyby lecznicom platformy ogólnopolskie, a nawet międzynarodowe, dzięki którym mogłyby kupować także sprzęt medyczny czy wyżywienie. Z powodzeniem działają one w Anglii, we Francji i w Niemczech. Polska Federacja Szpitali postanowiła stworzyć podobne, ponadpaństwowe porozumienie, w którym udział zadeklarowało już 70 jednostek.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Kradzież w biały dzień

Kradzież w biały dzień

W tym roku pracodawcy w Polsce nie wypłacili zatrudnionym już niemal 138 mln zł. W większości przypadków zaległości są większe niż przed rokiem.

Jak informuje Wyborcza.biz., z decyzji wydanych przez Państwową Inspekcję Pracy wynika, że ponad 87 tys. osobom nie wypłacono wynagrodzeń lub innych świadczeń, z czego 50,5 tys. pracowników nie otrzymało pensji. Z płatnościami zalegało przeszło 11,2 tys. z 46 tys. firm skontrolowanych w pierwszych ośmiu miesiącach 2012 r.

Na szczycie niechlubnego rankingu znajduje się Górny Śląsk – według PIP do sierpnia pracodawcy nie wypłacili tam 32,8 mln zł wynagrodzeń. Kolejne miejsca na czarnej liście to: Poznań (19,6 mln zł), Warszawa (13,7), Kraków (9,6), Łódź (9,3 mln) i Kielce (8,2). W sumie przez osiem miesięcy tego roku w całym kraju nie zapłacono pracownikom 137,7 mln zł. Aż w 13 województwach inspektorzy odnotowali wzrost zaległości w porównaniu z takim samym okresem ubiegłego roku. Spadek nastąpił jedynie w Olsztynie, Opolu i Rzeszowie.

Wobec zeszłego roku liczba pracowników, którzy nie otrzymali wynagrodzeń, wzrosła o ponad 20 proc., a kwota zaległości – o 39 proc. W Świętokrzyskiem zaległości było dwa razy więcej niż przed rokiem – 341 przypadków (dotyczyły w sumie 6 tys. pracowników). – „Problem dotyczy przede wszystkim branży budowlanej. Przedsiębiorcy tłumaczą się zazwyczaj złą sytuacją finansową. Twierdzą, że inwestorzy bądź wykonawcy nie płacą im za wykonaną pracę i dlatego oni nie mogą wypłacić wynagrodzeń. Nie można jednak w ten sposób usprawiedliwiać niepłacenia pracownikom” – podkreśla Barbara Kaszycka, rzeczniczka prasowa Okręgowej Inspekcji Pracy w Kielcach. Po kontrolach część należności wobec pracowników została już uregulowana. – „Pracodawcy wypłacili w sumie około 4 milionów zaległych wynagrodzeń, czyli niemal połowę kwoty ustalonej w trakcie kontroli” – mówi Kaszycka o sytuacji w województwie.

Zaległości w budownictwie dotyczą całego kraju (20 mln) i są na drugim miejscu po sektorze przetwórstwa przemysłowego (51 mln), jeśli chodzi o największą łączną kwotę zaległości – podaje Danuta Rutkowska, rzeczniczka PIP. W pierwszych siedmiu miesiącach tego roku inspektorom udało się wyegzekwować należności w wysokości 40 mln dla ok. 43 tys. pracowników.

Oprócz zalegania z wypłatami inspektorzy odnotowali też inne nieprawidłowości: niewłaściwe naliczanie czasu pracy, nieprowadzenie karty ewidencji czasu pracy oraz nieprawidłowe stawki za nadgodziny, pracę w nocy czy w dniach ustawowo wolnych od pracy. Kaszycka podkreśla, że wielu przedsiębiorców w ogóle nie zna przepisów dotyczących zatrudniania pracowników. – „Podczas kontroli okazało się, że nie wiedzą na przykład, jaką stawkę muszą zapłacić pracownikowi za nadgodziny” – twierdzi rzeczniczka kieleckiego OIP.

Co dalej z „Małym Wawelem”?

Co dalej z „Małym Wawelem”?

Los Zespołu Zamkowo-Parkowego w Baranowie Sandomierskim, zwanego „Małym Wawelem”, wciąż jest niepewny.

O planach sprzedaży „Małego Wawelu” pisaliśmy wcześniej tutaj. Tymczasem – jak informuje „Nasz Dziennik” – chęć przejęcia obiektu wyraził Samorząd Województwa Podkarpackiego. Czy jest szansa na komunalizację zamku?

Decyzja o pozbyciu się zamku wywołała stanowczy sprzeciw miejscowej społeczności, która przygotowuje protest i zbiera podpisy przeciwko sprzedaży dobra kultury narodowej. W zaproszeniu do składania ofert na zakup Zespołu Zamkowo-Parkowego w Baranowie nie znalazły się żadne zapisy gwarantujące funkcjonowanie muzeum w zamku i pracę dla zatrudnionych w nim dziś osób – zatem istnieje ryzyko, że przyszły właściciel zamknie muzeum.

Nie wiadomo, czy i ilu chętnych złożyło do 7 września swoje oferty. Cała procedura przetargowa dotycząca sprzedaży obiektu objęta jest tajemnicą handlową, mimo iż dotyczy nieruchomości, której ARP jest tylko użytkownikiem wieczystym. Mogłoby się wydawać, że zgodnie z art. 28 ustawy o gospodarce nieruchomościami procedura powinna być transparentna, a informacje jawne.

Wątpliwości wzbudza też kwestia, czy ARP nie powinna – zgodnie ze wspomnianą ustawą – zwrócić się do konserwatora zabytków o wyrażenie zgody na sprzedaż zamku. Obowiązek taki dotyczy oddanych w użytkowanie wieczyste nieruchomości wpisanych do rejestru zabytków stanowiących własność Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego umywa od sprawy ręce, twierdząc, że zamek należący do ARP nie jest własnością Skarbu Państwa. Z ksiąg wieczystych nieruchomości wynika jednak, że ARP jest właścicielem zamku, ale już nie gruntu, na którym jest on wybudowany, oraz otaczającego go 13-hektarowego parku. Podkarpacki Wojewódzki Konserwatora Zabytków, który powinien rozstrzygnąć sprawę, zwrócił się z prośbą o wyrażenie opinii do ministra kultury, jednak odpowiedzi nie mógł się doczekać. Po interwencji „Naszego Dziennika” Podkarpacki Wojewódzki Konserwator Zabytków 18 września br. (po konsultacjach z resortem kultury) stwierdził, że sprzedaż Zamku w Baranowie nie wymaga zgody konserwatora, potwierdzając tym samym wcześniejszą deklarację ministerstwa. Wątpliwości pozostają.

W międzyczasie Sejmik Województwa Podkarpackiego w swojej uchwale z 27 sierpnia br. wyraził intencję przejęcia przez samorząd mienia Zespołu Zamkowo-Parkowego w Baranowie Sandomierskim. – „Decyzję radnych przekazaliśmy Ministerstwu Skarbu Państwa jako sygnał gotowości samorządu do przejęcia tej nieruchomości. Teraz wszystko jest w rękach ministerstwa” – powiedział Wiesław Bek, rzecznik marszałka woj. podkarpackiego. Aby zamek mógł przejść pod zarząd samorządu wojewódzkiego, potrzebna jest jednak decyzja polityczna. – „Rozumiem, że obecny rząd na czele z ministrem Rostowskim jak może »ratuje« budżet, który jest w katastrofalnym stanie, pozbywając się uzdrowisk, zamków, słowem wszystkiego, co jeszcze pozostało do sprzedania, ale są pewne granice” – zauważa Wojciech Buczak, przewodniczący Klubu Radnych PiS w Sejmiku Województwa Podkarpackiego. – „Sprzedaż takiej perły jak baranowski zamek byłaby działaniem szkodliwym dla rozwoju kultury” – dodaje.

Komunalizacja, czyli nieodpłatne przekazanie zamku w ręce samorządu, wydaje się najlepszym rozwiązaniem. Daje gwarancję ogólnodostępności zabytku, przetrwania muzeum, a jednocześnie nic nie stoi na przeszkodzie, by – oprócz celów kulturalnych – służył także celom komercyjnym jako obiekt hotelowy, który przyniesie zysk. Niestety, samorząd nie może liczyć na wsparcie ze strony resortu kultury. Ministerstwo wyklucza możliwość udzielania dotacji na rzecz przejęcia zamku przez samorząd województwa, twierdząc, że wsparcie finansowe przekracza kompetencje ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

Ucieczka z „zielonej wyspy”

Ucieczka z „zielonej wyspy”

Polacy znów masowo emigrują do Wielkiej Brytanii. W ubiegłym roku przybyło tam 60 tys. naszych rodaków. Rośnie również popularność wyjazdów do innych krajów.

Z najnowszych danych GUS wynika, że jest ich w sumie prawie 2,1 mln – podaje „Rzeczpospolita”. Eksperci są przekonani, że w tym roku wyjeżdżających przybędzie. Ich zdaniem ruszyła właśnie druga fala emigracji.

W 2011 r. liczba przebywających w Wielkiej Brytanii Polaków wzrosła o prawie 45 tys. względem poprzedniego roku. Z opublikowanych latem tego roku danych wynika także, że w 2011 r. z miliona Polaków przebywających na Wyspach status rezydenta (uprawnia m.in. do zasiłków) miało aż 614 tys. osób. To w porównaniu z 2009 r. wzrost o ponad 12 proc.

Polacy coraz chętniej uciekają także do Niemiec, Norwegii czy Szwecji. Prof. Krystyna Iglicka, demograf i rektor Uczelni im. Łazarskiego, ostrzega zwłaszcza przed skutkami emigracji za zachodnią granicę. – „W Niemczech już dziś bardzo brakuje ludzi, dlatego w parze z emigracją idą procesy integracyjne. A to oznacza, że Niemcy będą się starać, aby ci ludzie pozostali tam już na zawsze” – tłumaczy Iglicka.

Co więcej, chociaż zmalała liczba emigrantów w krajach ogarniętych kryzysem, takich jak Hiszpania czy Irlandia – nie wrócili oni do Polski, ale przenieśli się np. do Wielkiej Brytanii czy coraz popularniejszej Skandynawii.

– „Obecna emigracja różni się od tej sprzed ośmiu lat. To nie jest wyłącznie ucieczka przed bezrobociem. Dziś za pracą wyjeżdżają osoby z wysokimi kwalifikacjami, które za granicą szukają zajęcia, jakie pozwoli im na rozwój zawodowy” – mówi psycholog społeczny Janusz Czapiński. Dodaje, że w Polsce nie mogą liczyć na odpowiednią pracę, bo nasza gospodarka jest mało innowacyjna i jest zapotrzebowanie głównie na wykwalifikowanych robotników, a nie specjalistów.

Coraz częściej wyjeżdżają całe rodziny, a przeciętny emigrant ma dziś ponad 30 lat. Zdaniem prof. Iglickiej dzisiejsi emigranci nie walczą za granicą o nowy samochód czy mieszkanie, ale szukają bezpiecznego i spokojnego życia, lepszej edukacji dla dzieci czy infrastruktury drogowej, dzięki której będą w stanie szybko dotrzeć do pracy w mieście. – „Wiedzą, że normalne życie jest na wyciągnięcie ręki, i korzystają z tego” – puentuje Iglicka.