Dyrektorzy, napełniajcie talerzyki!

Dyrektorzy, napełniajcie talerzyki!

Bank Żywności w ramach akcji „Napełniamy Talerzyk” zgromadził duże zapasy żywności, które powinny być przekazane szkolnym stołówkom. Jednak na 2000 uprawnionych szkół na Śląsku tylko 100 nawiązało z Bankiem współpracę.

Jak informuje stacja TVS, w jednej ze szkół w Rudzie Śląskiej, która korzysta z pomocy Banku Żywności, do rozdania jest 200 ton żywności (kaszy gryczanej, ryżu, makaronu itp.), z której przygotowywane są posiłki dla potrzebujących uczniów. Dla wielu dzieci szkoła to jedyne miejsce, gdzie mogą zjeść ciepły posiłek.

Z darmowej żywności może skorzystać dwa tysiące szkół (podstawówek i gimnazjów) w całym regionie, ale chętnych jest tylko setka. Dlaczego? Zdaniem prezesa Śląskiego Banku Żywności szkoły boją się, że korzystając z pomocy, ugrzęzną w dokumentacji. Te obawy nie mają jednak sensu: „Rozliczenie jest raz do roku – na zakończenie roku w czerwcu. Szkoła powinna się na jednej kartce rozliczyć, co z tym zrobiła. Ile zostało sporządzonych posiłków. Ile dzieci zostało objętych tym programem i czy na pewno wszystko zostało wykorzystane w stołówce szkolnej” – informuje Jan Szczęśniewski, prezes Śląskiego Banku Żywności. W praktyce wymagania nie są jednak aż tak restrykcyjne – jeśli dziecko nie ma szansy na posiłek w domu, część jedzenia ze stołówki może wziąć ze sobą.

Przedstawiciele kuratorium, które również zaangażowało się w walkę ze szkolnym głodem, dziwią się, że wśród dyrekcji szkół jest tak duży opór. Anna Wietrzyk ze Śląskiego Kuratorium Oświaty zapewnia, że do dyrektorów na pewno dotarła informacja o możliwości skorzystania z pomocy Banku Żywności, więc o braku wiedzy nie może być mowy.

Co istotne, aby wziąć udział w akcji, wystarczy wypełnić jedną kartkę zgłoszenia. – „Mówienie o tym, że dziecko w Polsce jest głodne, że dziecko mdleje z głodu, że dziecko się trzęsie… Temu można przeciwdziałać naprawdę w bardzo prosty sposób” – przekonuje Barbara Siemińska, dyr. Szkoły Podstawowej nr 2 w Rudzie Śląska.

Niedawno pisaliśmy o tym, jak z powodu indolencji urzędników nie otrzymują przewidzianej pomocy dzieci z niezamożnych rodzin.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Ciemna strona Niemiec

Ciemna strona Niemiec

Niemieckie reformy rynku pracy sprzed kilku lat sprawiły, że tamtejsze bezrobocie spadło, ale pogłębiła się przepaść między biednymi a bogatymi.

Jak informuje Wyborcza biz. za agencją AFP, niemiecki resort pracy opracował właśnie raport na temat biedy i bogactwa w Niemczech. Wynika z niego, że o ile w 1998 r. 10 proc. najbogatszych Niemców posiadało 45 proc. bogactwa w Niemczech, o tyle 10 lat później już 53 proc. W ciągu ostatnich 20 lat wartość majątku niemieckich gospodarstw domowych (w tym nieruchomości, inwestycji, gruntów itd.) wzrosła z 4,6 bln euro do niemal 10 bln euro. Tymczasem biedniejsza połowa społeczeństwa dysponuje w sumie majątkiem sięgającym ledwie 1 proc. tej wartości. Wciąż widać też dysproporcję pomiędzy majątkiem obywateli zachodniej i wschodniej części Niemiec. Średni majątek mieszkańca byłego NRD wynosi ok. 55 tys. euro, a mieszkańca byłego RFN – 132 tys. euro.

Wśród przyczyn pogłębiających się różnic w dochodach obywateli Niemiec wymienia się obniżenie najwyższej stopy podatku PIT jeszcze przez kanclerza Gerharda Schrödera z 53 do 42 proc. (najwyższa stawka, wprowadzona w 2008 r., – dla osób zarabiających rocznie ponad 250 tys. euro – wynosi 45 proc.). Niemieckie związki zawodowe obwiniają również reformy rynku pracy (tzw. reformy Hartza) z lat 2003-2005. Wprowadzono wówczas m.in. bardziej „elastyczne” formy zatrudnienia i obniżono zasiłki dla bezrobotnych. W rezultacie bezrobocie w Niemczech spadło z 11,3 proc. w 2005 r. do poniżej 6 proc. obecnie (dane Eurostatu). Reformy sprawiły jednak, że jedna piąta zatrudnionych wykonuje tzw. mini-prace: proste czynności, które – jeśli wynagrodzenie za ich wykonanie nie przekracza 400 euro miesięcznie (od 2013 r. – 450 euro) – są zwolnione z podatków. Takie zarobki oczywiście nie wystarczają w Niemczech na utrzymanie. Wobec tego niemieckie związki zawodowe coraz głośniej zwracają uwagę na brak wyznaczonej urzędowo minimalnej płacy.

Jak wskazuje „Süddeutsche Zeitung”, w ostatniej dekadzie wzrost płac w Niemczech nastąpił tylko w przypadku osób lepiej zarabiających. Natomiast 40 proc. etatowych pracowników, którzy zarabiali najmniej, odczuło z powodu rosnących cen realny spadek wynagrodzeń.

Z kolei eksperci Hans Boeckler Foundation wyliczyli, że pracownik zarabiający w Niemczech 2 tys. euro miesięcznie będzie musiał pracować przez 43,5 roku, aby w przyszłości otrzymać minimalną miesięczną emeryturę (700 euro). Już teraz coraz więcej osób starszych musi w Niemczech dorabiać do emerytury. Obecnie w Niemczech pracuje 761 tys. emerytów, wśród nich 118 tys. osób powyżej 75. roku życia.

„Bezpłatne” coraz droższe

„Bezpłatne” coraz droższe

Pieniędzy na edukację jest coraz mniej. Efekt? Publiczne szkoły coraz częściej proszą rodziców o składki na pomoce szkolne i inne wydatki.

Jak przypomina „Dziennik Gazeta Prawna”, zgodnie z artykułem 70. Konstytucji RP nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna. W praktyce jednak rodzice uczniów ponoszą pewne koszty i są one coraz większe. Oprócz składek na komitet rodzicielski, fundusz klasowy czy świetlicę, nauczyciele coraz częściej proszą o pieniądze na np. papier toaletowy, toner do drukarek, wyposażenie stołówek i placów zabaw, farby do malowania klas, a nawet komputery, które mają – wedle słów jednego z dyrektorów – „usprawnić pracę szkolnej administracji”. Niektóre placówki wprowadziły nieformalne czesne, które ma pokryć koszty np. obiadów, zatrudnienia ochroniarzy, zajęć dodatkowych.

Dyrektorzy szkół tłumaczą te działania niewystarczającą ilością pieniędzy, jaką otrzymują od gmin. Ich zdaniem funduszy wystarcza na opłacenie pensji nauczycielom. Skarżą się, że otrzymują od samorządów o 20-30 proc. mniej pieniędzy niż jeszcze trzy lata temu.

Gminy z kolei twierdzą, że muszą finansować szkoły z własnej kieszeni, bo subwencja oświatowa na te cele nie wystarcza. – „Rzadko się zdarza, aby szkoła otrzymała 100 proc. tego, co przedstawia w planie budżetowym. Nie ma na to pieniędzy” – przyznaje Bożena Bartyzel, zastępca wydziału edukacyjnego w Wieliczce.

Łapy precz od szkół!

Łapy precz od szkół!

Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego ostrzega przed konsekwencjami wprowadzenia zmian proponowanych przez samorządowców.

Jak informuje Związek Nauczycielstwa Polskiego, Samorządowy Kongres Oświaty, który odbył się pod hasłem „Żądamy lepszej oświaty!”, przebiegł w skandalicznej atmosferze. Przedstawiciele ZNP zostali zaproszeni na kongres, jednak nie umożliwiono im zabrania głosu. Wójtowie i burmistrzowie buczeli, pokrzykiwali i przerywali, gdy wiceminister edukacji Maciej Jakubowski usiłował łagodzić oskarżenia padające wobec pracy nauczycieli i udowadniał, że wyniki polskich uczniów służą na świecie za wzór (np. mamy największy wzrost w wynikach testu umiejętności 15-latków PISA).

Prezes ZNP Sławomir Broniarz nie ukrywa rozczarowania. Przedstawiony przez organizatorów kongresu „projekt samorządowy (wersja robocza) – Ustawa o zmianie ustawy Karta nauczyciela, ustawy o systemie oświaty i ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego” zawiera przede wszystkim propozycje zmian o charakterze oszczędnościowym. Samorządy, pod płaszczykiem troski o jakość kształcenia, dążą do przeforsowania restrykcyjnego pakietu oszczędnościowego w edukacji, aby podreperować własne budżety. Ich propozycje są nastawione głównie na przekazywanie samorządowych szkół fundacjom i stowarzyszeniom, wprowadzenie mechanizmów rynkowych do systemu edukacji, komercjalizację oświaty, osłabienie statusu zawodowego nauczycieli, zmniejszenie płac pracowników oświaty, zminimalizowanie nadzoru pedagogicznego i dalszą decentralizację oświaty.

Prezes ZNP przestrzega przed skutkami wprowadzenia samorządowych propozycji w życie – jego zdaniem odbiją się one negatywnie na jakości kształcenia, na dostępie do bezpłatnej publicznej edukacji oraz na wynikach uczniów. Broniarz przypomina też, że dzisiaj boleśnie odczuwamy skutki wyzbycia się odpowiedzialności państwa za edukację przedszkolną. Przedszkoli jest zdecydowanie za mało i w ciągu ostatnich kilkunastu lat nikt nie potrafił skutecznie rozwiązać tego problemu. Istnieje uzasadniona obawa, że z podobnym procesem będziemy mieli do czynienia w przypadku szkół podstawowych, gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych.

Jeżeli samorządom uda się wprowadzić radykalne zmiany w ustawie o systemie oświaty i Karcie Nauczyciela, szkoły będą nastawione tylko na rentowność, a nie na jakość kształcenia – ostrzega Broniarz.