Niesprawiedliwości ciąg dalszy

Niesprawiedliwości ciąg dalszy

Córka Jolanty Brzeskiej, tragicznie zmarłej działaczki lokatorskiej, będzie musiała zapłacić ponad 40 tys. zł za bezumowne korzystanie z mieszkania, mimo iż nie mieszka w nim od 10 lat.

Przypomnijmy: kamienica, w której rodzina Jolanty Brzeskiej zamieszkiwała od 5 maja 1951 r., została oddana 26 kwietnia 2006 r. spadkobiercom przedwojennych właścicieli. W maju 2006 r. pełnomocnik spadkobierców samowolnie i jednostronnie rozwiązał umowę najmu kwaterunkowego i po raz pierwszy podniósł czynsz. W ciągu trzech miesięcy lokatorzy zaczęli być szykanowani, a pełnomocnik spadkobierców jednoznacznie dawał do zrozumienia, że chce doprowadzić do wyprowadzki wszystkich lokatorów z nakazem kwaterunkowym. Jolanta Brzeska nie chciała wyprowadzić się z przejętej kamienicy, więc od pewnego czasu mieszkała tam bez umowy, a właściciel naliczał dług. Od półtora roku pani Jolanta nie żyje, a teraz – jak informuje Gazeta.pl Warszawa – ponad 40 tysiącami złotych za bezumowne korzystanie z mieszkania ma być obarczona jej córka, Magda Brzeska.

Warto przypomnieć o tajemniczych okolicznościach śmierci Jolanty Brzeskiej. W dniu 1 marca 2011 r. wyszła z domu i przez bliskich została uznana za zaginioną, córka zgłosiła zaginięcie na komendzie policji. Sześć dni później połączono zgłoszenie zaginięcia ze znalezieniem przez spacerowicza spalonych zwłok kobiecych. Badania genetyczne potwierdziły, że zwęglone ciało należało do Jolanty Brzeskiej. Śledztwo w tej sprawie wciąż jest prowadzone. Nikomu do tej pory nie przedstawiono zarzutów, ale wiele wskazuje na to, iż została zamordowana – spalona żywcem.

Jak się okazało, to nie koniec tragedii. Teraz za długi nieżyjącej matki wobec kamienicznika musi zapłacić jej córka. Rzecz w tym, że pani Magda nie mieszka w lokalu, o którym mowa (przy ul. Nabielaka) od 2002 r. – „Sądu nie przekonały przedstawione przeze mnie dowody. Oprócz zeznań świadków dostarczyłam także zaświadczenia z przedszkola i szkoły w Legionowie, gdzie chodzi moje dziecko. A także od lekarzy, którzy przychodzili z domowymi wizytami zarówno do mnie, jak i do syna” – wyjaśnia. Sprawę przegrała. Zgodnie z wyrokiem musi zapłacić prawie 42 tys. zł wraz z ustawowymi odsetkami. Z nieoficjalnych informacji wynika, że sąd uznał, iż kluczowa była kwestia zameldowania. Córka Jolanty Brzeskiej, mimo że mieszkała w Legionowie, była bowiem zameldowana na Mokotowie. Wyrok nie jest prawomocny. – „Na pewno złożymy apelację” – zapowiada Magda Brzeska.

Jolanta Brzeska, na skutek szykanowania przez właścicieli mieszkania, które zajmowała, wraz z mężem i innymi rodzinami będącymi w podobnej sytuacji zainicjowała Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów. Od 2007 r. skupia ono osoby zamieszkujące w budynkach zwróconych potomkom dawnych właścicieli, które są zagrożone eksmisją. Jolanta Brzeska uczestniczyła w protestach związanych z realizacją wyroków eksmisyjnych, które wielu lokatorów sprywatyzowanych mieszkań wyprowadzały na przysłowiowy bruk. Poprzez swoje zaangażowanie stanowiła wsparcie moralne oraz służyła samodzielnie zdobytą wiedzą prawną. Prowadziła też rejestr spraw eksmisyjnych, ich postępu i przebiegu. Wraz z pozostałymi członkami Stowarzyszenia wielokrotnie uczestniczyła w obradach Rady Miasta, domagając się przyjęcia i realizacji postulatów związanych z obroną lokatorów.

Nasz wywiad poświęcony pani Jolancie i jej tragicznej śmierci można przeczytać tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Ciemna strona Niemiec

Ciemna strona Niemiec

Niemieckie reformy rynku pracy sprzed kilku lat sprawiły, że tamtejsze bezrobocie spadło, ale pogłębiła się przepaść między biednymi a bogatymi.

Jak informuje Wyborcza biz. za agencją AFP, niemiecki resort pracy opracował właśnie raport na temat biedy i bogactwa w Niemczech. Wynika z niego, że o ile w 1998 r. 10 proc. najbogatszych Niemców posiadało 45 proc. bogactwa w Niemczech, o tyle 10 lat później już 53 proc. W ciągu ostatnich 20 lat wartość majątku niemieckich gospodarstw domowych (w tym nieruchomości, inwestycji, gruntów itd.) wzrosła z 4,6 bln euro do niemal 10 bln euro. Tymczasem biedniejsza połowa społeczeństwa dysponuje w sumie majątkiem sięgającym ledwie 1 proc. tej wartości. Wciąż widać też dysproporcję pomiędzy majątkiem obywateli zachodniej i wschodniej części Niemiec. Średni majątek mieszkańca byłego NRD wynosi ok. 55 tys. euro, a mieszkańca byłego RFN – 132 tys. euro.

Wśród przyczyn pogłębiających się różnic w dochodach obywateli Niemiec wymienia się obniżenie najwyższej stopy podatku PIT jeszcze przez kanclerza Gerharda Schrödera z 53 do 42 proc. (najwyższa stawka, wprowadzona w 2008 r., – dla osób zarabiających rocznie ponad 250 tys. euro – wynosi 45 proc.). Niemieckie związki zawodowe obwiniają również reformy rynku pracy (tzw. reformy Hartza) z lat 2003-2005. Wprowadzono wówczas m.in. bardziej „elastyczne” formy zatrudnienia i obniżono zasiłki dla bezrobotnych. W rezultacie bezrobocie w Niemczech spadło z 11,3 proc. w 2005 r. do poniżej 6 proc. obecnie (dane Eurostatu). Reformy sprawiły jednak, że jedna piąta zatrudnionych wykonuje tzw. mini-prace: proste czynności, które – jeśli wynagrodzenie za ich wykonanie nie przekracza 400 euro miesięcznie (od 2013 r. – 450 euro) – są zwolnione z podatków. Takie zarobki oczywiście nie wystarczają w Niemczech na utrzymanie. Wobec tego niemieckie związki zawodowe coraz głośniej zwracają uwagę na brak wyznaczonej urzędowo minimalnej płacy.

Jak wskazuje „Süddeutsche Zeitung”, w ostatniej dekadzie wzrost płac w Niemczech nastąpił tylko w przypadku osób lepiej zarabiających. Natomiast 40 proc. etatowych pracowników, którzy zarabiali najmniej, odczuło z powodu rosnących cen realny spadek wynagrodzeń.

Z kolei eksperci Hans Boeckler Foundation wyliczyli, że pracownik zarabiający w Niemczech 2 tys. euro miesięcznie będzie musiał pracować przez 43,5 roku, aby w przyszłości otrzymać minimalną miesięczną emeryturę (700 euro). Już teraz coraz więcej osób starszych musi w Niemczech dorabiać do emerytury. Obecnie w Niemczech pracuje 761 tys. emerytów, wśród nich 118 tys. osób powyżej 75. roku życia.

„Bezpłatne” coraz droższe

„Bezpłatne” coraz droższe

Pieniędzy na edukację jest coraz mniej. Efekt? Publiczne szkoły coraz częściej proszą rodziców o składki na pomoce szkolne i inne wydatki.

Jak przypomina „Dziennik Gazeta Prawna”, zgodnie z artykułem 70. Konstytucji RP nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna. W praktyce jednak rodzice uczniów ponoszą pewne koszty i są one coraz większe. Oprócz składek na komitet rodzicielski, fundusz klasowy czy świetlicę, nauczyciele coraz częściej proszą o pieniądze na np. papier toaletowy, toner do drukarek, wyposażenie stołówek i placów zabaw, farby do malowania klas, a nawet komputery, które mają – wedle słów jednego z dyrektorów – „usprawnić pracę szkolnej administracji”. Niektóre placówki wprowadziły nieformalne czesne, które ma pokryć koszty np. obiadów, zatrudnienia ochroniarzy, zajęć dodatkowych.

Dyrektorzy szkół tłumaczą te działania niewystarczającą ilością pieniędzy, jaką otrzymują od gmin. Ich zdaniem funduszy wystarcza na opłacenie pensji nauczycielom. Skarżą się, że otrzymują od samorządów o 20-30 proc. mniej pieniędzy niż jeszcze trzy lata temu.

Gminy z kolei twierdzą, że muszą finansować szkoły z własnej kieszeni, bo subwencja oświatowa na te cele nie wystarcza. – „Rzadko się zdarza, aby szkoła otrzymała 100 proc. tego, co przedstawia w planie budżetowym. Nie ma na to pieniędzy” – przyznaje Bożena Bartyzel, zastępca wydziału edukacyjnego w Wieliczce.

Łapy precz od szkół!

Łapy precz od szkół!

Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego ostrzega przed konsekwencjami wprowadzenia zmian proponowanych przez samorządowców.

Jak informuje Związek Nauczycielstwa Polskiego, Samorządowy Kongres Oświaty, który odbył się pod hasłem „Żądamy lepszej oświaty!”, przebiegł w skandalicznej atmosferze. Przedstawiciele ZNP zostali zaproszeni na kongres, jednak nie umożliwiono im zabrania głosu. Wójtowie i burmistrzowie buczeli, pokrzykiwali i przerywali, gdy wiceminister edukacji Maciej Jakubowski usiłował łagodzić oskarżenia padające wobec pracy nauczycieli i udowadniał, że wyniki polskich uczniów służą na świecie za wzór (np. mamy największy wzrost w wynikach testu umiejętności 15-latków PISA).

Prezes ZNP Sławomir Broniarz nie ukrywa rozczarowania. Przedstawiony przez organizatorów kongresu „projekt samorządowy (wersja robocza) – Ustawa o zmianie ustawy Karta nauczyciela, ustawy o systemie oświaty i ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego” zawiera przede wszystkim propozycje zmian o charakterze oszczędnościowym. Samorządy, pod płaszczykiem troski o jakość kształcenia, dążą do przeforsowania restrykcyjnego pakietu oszczędnościowego w edukacji, aby podreperować własne budżety. Ich propozycje są nastawione głównie na przekazywanie samorządowych szkół fundacjom i stowarzyszeniom, wprowadzenie mechanizmów rynkowych do systemu edukacji, komercjalizację oświaty, osłabienie statusu zawodowego nauczycieli, zmniejszenie płac pracowników oświaty, zminimalizowanie nadzoru pedagogicznego i dalszą decentralizację oświaty.

Prezes ZNP przestrzega przed skutkami wprowadzenia samorządowych propozycji w życie – jego zdaniem odbiją się one negatywnie na jakości kształcenia, na dostępie do bezpłatnej publicznej edukacji oraz na wynikach uczniów. Broniarz przypomina też, że dzisiaj boleśnie odczuwamy skutki wyzbycia się odpowiedzialności państwa za edukację przedszkolną. Przedszkoli jest zdecydowanie za mało i w ciągu ostatnich kilkunastu lat nikt nie potrafił skutecznie rozwiązać tego problemu. Istnieje uzasadniona obawa, że z podobnym procesem będziemy mieli do czynienia w przypadku szkół podstawowych, gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych.

Jeżeli samorządom uda się wprowadzić radykalne zmiany w ustawie o systemie oświaty i Karcie Nauczyciela, szkoły będą nastawione tylko na rentowność, a nie na jakość kształcenia – ostrzega Broniarz.