Równe płace bez względu na płeć

Równe płace bez względu na płeć

Pełnomocnik rządu ds. równego traktowania zapowiada wprowadzenie przepisów, które doprowadzą do wyrównania wynagrodzeń kobiet i mężczyzn pracujących na tych samych stanowiskach.

Jak informuje Newseria.pl, proponowane przepisy mają nałożyć na firmy obowiązek składania sprawozdań ze średnich zarobków kobiet i mężczyzn. – „Dzięki temu w firmie, w której zatrudnionych jest np. kilkanaście osób w księgowości, moglibyśmy porównać pensję na tym stanowisku kobiet i mężczyzn, i stwierdzić, czy pensje kobiet księgowych są w stosunku 1 do 1 do pensji mężczyzny księgowych” – wyjaśnia pełnomocnik rządu ds. równego traktowania, Agnieszka Kozłowska-Rajewicz.

Obowiązujące w Polsce przepisy gwarantują wszystkim pracownikom równość m.in. w zakresie warunków zatrudnienia lub awansowania bez względu na płeć. Kobiety i mężczyźni mają więc prawo do jednakowego wynagrodzenia za tę samą pracę lub pracę o jednakowej wartości – a zatem taką, której wykonywanie wymaga od pracowników porównywalnych kwalifikacji zawodowych, potwierdzonych stosownymi dokumentami lub doświadczeniem zawodowym, a także porównywalnej odpowiedzialności i wysiłku. Dotyczy to nie tylko płacy zasadniczej, ale i innych składników wynagrodzenia – premii, dodatków funkcyjnych czy nagród. Pracownik, wobec którego pracodawca naruszył zasadę równego traktowania w zatrudnieniu, ma prawo do odszkodowania w wysokości nie niższej niż minimalne wynagrodzenie za pracę. Kodeks Pracy przewiduje także ochronę pracownika, który domaga się odszkodowania za naruszenie przepisów o równości w zatrudnieniu. Pracodawca nie może więc z tego powodu np. rozwiązać z pracownikiem umowy o pracę. Tyle w teorii, a co z praktyką?

– „Mimo istniejącego w prawie zakazu dyskryminacji płacowej nie ma żadnej metody, żadnego narzędzia, które pozwalałoby monitorować różnice płacowe, czyli tak zwaną lukę płacową między pensjami kobiet i mężczyzn” – mówi Agnieszka Kozłowska-Rajewicz.

Tymczasem, jak alarmuje Unia Europejska, kobiety w Europie zarabiają średnio 16,4 proc. mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Piotr Duda: „Czarny dzień polskiej demokracji”

Piotr Duda: „Czarny dzień polskiej demokracji”

Podpisana przez Prezydenta nowelizacja ustawy o zgromadzeniach publicznych ogranicza podstawowe prawo wolności obywateli – prawo do zgromadzeń publicznych.

Wprowadzone zmiany nadają urzędnikom uprawnienia do decydowania o podstawowych swobodach obywateli. Przepisy te zostały zmienione w taki sposób, aby praktycznie uniemożliwić zorganizowanie legalnej manifestacji. Nie znajdują one oparcia w żadnych standardach państwa demokratycznego.

Nowe prawo przerzuca na organizatorów manifestacji  odpowiedzialność i jednocześnie zdejmuje ją ze służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo i porządek publiczny. Wprowadza równocześnie wysokie kary materialne dla organizatorów. Taka decyzja cofa Polskę do mrocznej przeszłości PRL, oddalając nas od demokratycznego państwa szanującego prawo swoich obywateli do społecznego sprzeciwu.

Przypominam, że zmiany te zostały przyjęte bez konsultacji społecznych, co jest łamaniem obowiązującego w Polsce prawa. Szczególnie jest to rażące dla NSZZ „Solidarność”, dzięki któremu doszło do demokratycznych przemian w Polsce. To kolejny w ostatnim czasie przykład wprowadzania ważnych dla obywateli ustaw z pominięciem dialogu społecznego. Ale takie postępowanie władzy ze społeczeństwem nie jest dla mnie zaskoczeniem.

Nowelizacja ustawy o zgromadzeniach publicznych, przeprowadzona z inicjatywy Prezydenta, to czarny dzień polskiej demokracji. Dzisiejszego podpisu Pan Prezydent powinien się wstydzić.

NSZZ „Solidarność” tak jak wcześniej zapowiadała, zaskarży nowo uchwalone prawo do Trybunału Konstytucyjnego. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że tak jak w przypadku tzw. ustawy o święcie Trzech Króli, nowy bubel prawny również trafi do kosza.

Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność”

Dyrektorzy, napełniajcie talerzyki!

Dyrektorzy, napełniajcie talerzyki!

Bank Żywności w ramach akcji „Napełniamy Talerzyk” zgromadził duże zapasy żywności, które powinny być przekazane szkolnym stołówkom. Jednak na 2000 uprawnionych szkół na Śląsku tylko 100 nawiązało z Bankiem współpracę.

Jak informuje stacja TVS, w jednej ze szkół w Rudzie Śląskiej, która korzysta z pomocy Banku Żywności, do rozdania jest 200 ton żywności (kaszy gryczanej, ryżu, makaronu itp.), z której przygotowywane są posiłki dla potrzebujących uczniów. Dla wielu dzieci szkoła to jedyne miejsce, gdzie mogą zjeść ciepły posiłek.

Z darmowej żywności może skorzystać dwa tysiące szkół (podstawówek i gimnazjów) w całym regionie, ale chętnych jest tylko setka. Dlaczego? Zdaniem prezesa Śląskiego Banku Żywności szkoły boją się, że korzystając z pomocy, ugrzęzną w dokumentacji. Te obawy nie mają jednak sensu: „Rozliczenie jest raz do roku – na zakończenie roku w czerwcu. Szkoła powinna się na jednej kartce rozliczyć, co z tym zrobiła. Ile zostało sporządzonych posiłków. Ile dzieci zostało objętych tym programem i czy na pewno wszystko zostało wykorzystane w stołówce szkolnej” – informuje Jan Szczęśniewski, prezes Śląskiego Banku Żywności. W praktyce wymagania nie są jednak aż tak restrykcyjne – jeśli dziecko nie ma szansy na posiłek w domu, część jedzenia ze stołówki może wziąć ze sobą.

Przedstawiciele kuratorium, które również zaangażowało się w walkę ze szkolnym głodem, dziwią się, że wśród dyrekcji szkół jest tak duży opór. Anna Wietrzyk ze Śląskiego Kuratorium Oświaty zapewnia, że do dyrektorów na pewno dotarła informacja o możliwości skorzystania z pomocy Banku Żywności, więc o braku wiedzy nie może być mowy.

Co istotne, aby wziąć udział w akcji, wystarczy wypełnić jedną kartkę zgłoszenia. – „Mówienie o tym, że dziecko w Polsce jest głodne, że dziecko mdleje z głodu, że dziecko się trzęsie… Temu można przeciwdziałać naprawdę w bardzo prosty sposób” – przekonuje Barbara Siemińska, dyr. Szkoły Podstawowej nr 2 w Rudzie Śląska.

Niedawno pisaliśmy o tym, jak z powodu indolencji urzędników nie otrzymują przewidzianej pomocy dzieci z niezamożnych rodzin.

Niesprawiedliwości ciąg dalszy

Niesprawiedliwości ciąg dalszy

Córka Jolanty Brzeskiej, tragicznie zmarłej działaczki lokatorskiej, będzie musiała zapłacić ponad 40 tys. zł za bezumowne korzystanie z mieszkania, mimo iż nie mieszka w nim od 10 lat.

Przypomnijmy: kamienica, w której rodzina Jolanty Brzeskiej zamieszkiwała od 5 maja 1951 r., została oddana 26 kwietnia 2006 r. spadkobiercom przedwojennych właścicieli. W maju 2006 r. pełnomocnik spadkobierców samowolnie i jednostronnie rozwiązał umowę najmu kwaterunkowego i po raz pierwszy podniósł czynsz. W ciągu trzech miesięcy lokatorzy zaczęli być szykanowani, a pełnomocnik spadkobierców jednoznacznie dawał do zrozumienia, że chce doprowadzić do wyprowadzki wszystkich lokatorów z nakazem kwaterunkowym. Jolanta Brzeska nie chciała wyprowadzić się z przejętej kamienicy, więc od pewnego czasu mieszkała tam bez umowy, a właściciel naliczał dług. Od półtora roku pani Jolanta nie żyje, a teraz – jak informuje Gazeta.pl Warszawa – ponad 40 tysiącami złotych za bezumowne korzystanie z mieszkania ma być obarczona jej córka, Magda Brzeska.

Warto przypomnieć o tajemniczych okolicznościach śmierci Jolanty Brzeskiej. W dniu 1 marca 2011 r. wyszła z domu i przez bliskich została uznana za zaginioną, córka zgłosiła zaginięcie na komendzie policji. Sześć dni później połączono zgłoszenie zaginięcia ze znalezieniem przez spacerowicza spalonych zwłok kobiecych. Badania genetyczne potwierdziły, że zwęglone ciało należało do Jolanty Brzeskiej. Śledztwo w tej sprawie wciąż jest prowadzone. Nikomu do tej pory nie przedstawiono zarzutów, ale wiele wskazuje na to, iż została zamordowana – spalona żywcem.

Jak się okazało, to nie koniec tragedii. Teraz za długi nieżyjącej matki wobec kamienicznika musi zapłacić jej córka. Rzecz w tym, że pani Magda nie mieszka w lokalu, o którym mowa (przy ul. Nabielaka) od 2002 r. – „Sądu nie przekonały przedstawione przeze mnie dowody. Oprócz zeznań świadków dostarczyłam także zaświadczenia z przedszkola i szkoły w Legionowie, gdzie chodzi moje dziecko. A także od lekarzy, którzy przychodzili z domowymi wizytami zarówno do mnie, jak i do syna” – wyjaśnia. Sprawę przegrała. Zgodnie z wyrokiem musi zapłacić prawie 42 tys. zł wraz z ustawowymi odsetkami. Z nieoficjalnych informacji wynika, że sąd uznał, iż kluczowa była kwestia zameldowania. Córka Jolanty Brzeskiej, mimo że mieszkała w Legionowie, była bowiem zameldowana na Mokotowie. Wyrok nie jest prawomocny. – „Na pewno złożymy apelację” – zapowiada Magda Brzeska.

Jolanta Brzeska, na skutek szykanowania przez właścicieli mieszkania, które zajmowała, wraz z mężem i innymi rodzinami będącymi w podobnej sytuacji zainicjowała Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów. Od 2007 r. skupia ono osoby zamieszkujące w budynkach zwróconych potomkom dawnych właścicieli, które są zagrożone eksmisją. Jolanta Brzeska uczestniczyła w protestach związanych z realizacją wyroków eksmisyjnych, które wielu lokatorów sprywatyzowanych mieszkań wyprowadzały na przysłowiowy bruk. Poprzez swoje zaangażowanie stanowiła wsparcie moralne oraz służyła samodzielnie zdobytą wiedzą prawną. Prowadziła też rejestr spraw eksmisyjnych, ich postępu i przebiegu. Wraz z pozostałymi członkami Stowarzyszenia wielokrotnie uczestniczyła w obradach Rady Miasta, domagając się przyjęcia i realizacji postulatów związanych z obroną lokatorów.

Nasz wywiad poświęcony pani Jolancie i jej tragicznej śmierci można przeczytać tutaj.