Jedni będą świętować – inni protestować

Jedni będą świętować – inni protestować

Komitet Strajkowy NSZZ „Solidarność” w TVP przeprowadzi akcję protestacyjną 29 października, czyli w 60. rocznicę powstania Telewizji Polskiej.

Jak podaje „Nasz Dziennik”, związkowcy poinformowali, że protest związany jest z niespełnieniem przez pracodawcę postulatów wynikających ze sporu zbiorowego. Spór zbiorowy między związkowcami a władzami telewizji trwa od kilkunastu miesięcy. „Solidarność” w TVP domaga się m.in. wprowadzenia do regulaminu wynagrodzenia corocznej zasady waloryzacji wynagrodzeń zasadniczych; przywrócenia premii dla pracowników czasowo premierowych w wysokości 25 proc.; wprowadzenia do regulaminu wynagrodzenia zapisów o proporcjonalności wyceny stawek honoracyjnych i premii zadaniowej, przyjmując za 100 proc. wysokość wynagrodzenia realizatora audycji (zasada powinna dotyczyć pracowników realizacji technicznej i telewizyjnej).

„Solidarność” TVP postuluje także ujednolicenie zasad czasu pracy w grupach zawodowych bez względu na jednostkę organizacyjną, w której zatrudnieni są pracownicy. W dokumencie z października 2011 r. zawarto również oczekiwania, aby w produkcji programów telewizyjnych wykorzystywani byli pracownicy etatowi oraz majątek Spółki, a nie pośrednicy, jakimi są podmioty zewnętrzne, oraz żeby wprowadzone zostały zmiany w Regulaminie ZFŚS, polegające na powołaniu Komisji Socjalnej.

W uzasadnieniu ubiegłorocznego wniosku napisano, że jest on skutkiem stałego wzrostu realnych kosztów utrzymania i brakiem waloryzacji wynagrodzeń zasadniczych pracowników spółki od ponad 5 lat oraz wprowadzeniem przez Zarząd TVP SA polityki obniżania wynagrodzeń pracowniczych. Kolejnym argumentem, który przytoczyli związkowcy, był fakt zatrudniania przez Zarząd telewizji publicznej nowych pracowników, których „wynagrodzenia w sposób drastyczny są wyższe od wynagrodzeń zatrudnionych wcześniej w TVP SA”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Róża z kolcem

Róża z kolcem

Coraz więcej amerykańskich firm przenosi produkcję z Chin do kraju. Kupowanie rzeczy „made in USA” stało się modne i patriotyczne. Proces ma jednak także negatywne cechy.

Jak informuje Wyborcza.biz, fabryki w USA planują otworzyć m.in. General Motors, Ford i General Electric. Kalifornijska firma ET Water, wytwarzająca sprzęt do irygacji, przeniosła produkcję z Chin do ojczyzny już w zeszłym roku. – „Dzięki temu szybciej realizujemy zlecenia klientów, a dochody się podwoiły” – mówił dziennikarzom „Financial Times” jej dyrektor Mark Coopersmith. Już 37 proc. szefów firm z siedzibą w USA albo ma w planach wyniesienie się z Chin, albo rozważa taką możliwość. Myśli o tym aż 48 proc. największych amerykańskich koncernów, z obrotami powyżej 10 mld dol. Proces przenoszenia produkcji z powrotem do Ameryki określany jest jako reshoring, czyli „powrót na opuszczony brzeg”.

Na produkcję, przynajmniej częściową, w Stanach decydują się też cudzoziemcy, np. japońska Toyota, niemiecki Siemens czy brytyjski Rolls-Royce. Produkcja w USA staje się coraz tańsza. Według przewidywań Boston Consulting Group (BCG) w 2015 r. jej koszt będzie o 15 proc. niższy niż w Niemczech i Francji, o 21 proc. niższy niż w Japonii, a tylko o 7 proc. wyższy niż w Chinach. Doliczając koszty transportu i cła, import z Chin przestanie być w wielu przypadkach opłacalny. A to sprawi, jak szacuje BCG, że w Stanach powstanie pięć milionów nowych miejsc pracy, a wpływy z eksportu wzrosną o 90 mld dol. rocznie.

Reshoring jest jednym z głównych tematów tegorocznej kampanii wyborczej. Prezydent Obama zapowiada ulgi podatkowe dla firm, które będą przenosić produkcję do kraju. Kupowanie rzeczy „made in USA” stało się modą i wyrazem patriotyzmu; jest też coraz częściej wykorzystywane w promocji. Z badań Massachusetts Institute of Technology wynika, że w 21 proc. przypadków decyzja o reshoringu jest wynikiem politycznego i społecznego nacisku na tworzenie miejsc pracy w kraju.

Są też jednak i inne powody, z punktu widzenia pracowników niekorzystne. Związki zawodowe w USA są znacznie słabsze niż w Europie, dlatego prawa amerykańskich robotników są gorzej chronione. Tymczasem w Chinach w ostatnim czasie pensje pracowników rosną (w tempie kilka razy szybszym niż w USA), co skłania firmy do poszukiwania tańszych rynków. Ponadto w USA istnieją spore nierówności – zarobki w stanach Południa są ponad dwa razy niższe niż na bogatej Północy czy w Kalifornii. To w tych biedniejszych stanach powstają najczęściej nowe fabryki.

„Mały Wawel” uratowany!

„Mały Wawel” uratowany!

Agencja Rozwoju Przemysłu odstąpiła od zamiaru sprzedaży Zespołu Zamkowo-Parkowego w Baranowie Sandomierskim. Wciąż jednak szuka dzierżawcy dla części hotelowo-gastronomicznej.

O planach sprzedaży „Małego Wawelu” pisaliśmy tutaj. Jak informuje „Nasz Dziennik”, Agencja Rozwoju Przemysłu, która zarządza Zamkiem w imieniu Skarbu Państwa, odstąpiła od zamiaru sprzedaży obiektu. Jako oficjalny powód ARP podała, iż „nie wyłoniono nabywcy, bowiem przedstawione Agencji oferty nie były satysfakcjonujące. Tym samym Zamek w Baranowie zostaje w zasobie Agencji, a ARP S.A. kontynuuje działania zmierzające do wyłonienia profesjonalnego operatora, do którego zadań będzie należało zarządzanie obiektem”.

Do sukcesu bez wątpienia przyczyniło się nagłośnienie sprawy przez „Nasz Dziennik”, wskutek czego został utworzony Komitet Obrony Zamku w Baranowie Sandomierskim. Sprzeciw wobec sprzedaży zamku wyraziło wiele środowisk, w tym spadkobiercy dawnych właścicieli – rodzina Leszczyńskich. Ponadto w sprawę ratowania renesansowej perły architektury przed oddaniem w niepowołane ręce włączyli się przedstawiciele lokalnych władz, Zarząd Regionu Ziemia Sandomierska NSZZ „Solidarność”, parlamentarzyści, a także kilka tysięcy Polaków, którzy podpisali się pod protestem na stronie www.ratujmymalywawel.pl.

Niestety, wygląda na to, iż starania Samorządu Podkarpacia o przejęcie pod zarząd województwa zabytkowego obiektu wciąż nie są możliwe do zrealizowania. – „Zamek jest własnością Agencji Rozwoju Przemysłu, która jest spółką akcyjną, a nie Skarbu Państwa” – zaznaczyła rzecznik ARP, Roma Sarzyńska-Przeciechowska. Sprawą otwartą pozostaje kwestia wyłonienia profesjonalnego dzierżawcy, do którego zadań należałoby zarządzanie częścią hotelowo-gastronomiczną zespołu. Póki co nie wiadomo, kto nim będzie i w jakim trybie miałby zostać wyłoniony.

Praca ma płeć?

Praca ma płeć?

Główną przyczyną dyskryminacji na rynku pracy jest płeć – wynika z analizy 60 tys. ofert pracy publikowanych w gazetach, na portalach internetowych i w bazach agencji pośrednictwa pracy.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, z badania Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego wynika, że aż 86% dyskryminujących sugestii zawartych w ofertach pracy dotyczyło płci. Pracodawcy szukając pracowników na prestiżowe stanowiska zdecydowanie preferują mężczyzn. Za to „kobiet pilnie poszukiwano do magla”, a „dziewczyn do przyuczenia w restauracji”.

Często pojawiały się również sugestie dotyczące wieku, np. „panią do gotowania i sprzątania 25-40 lat zatrudnię” albo „barmana i kelnerkę do kawiarni w Grecji. Do 25 lat”.

Trzeci powód dyskryminacji to wygląd. W ok. 2 proc. ofert zawierających zabronione treści znajdowały się oczekiwania, aby kandydat miał „nienaganną prezencję i uśmiech na twarzy”. Najczęściej „miła powierzchowność” była warunkiem zatrudnienia kobiet, ale zdarzało się, że i mężczyznom stawiano wymóg „dobrego wyglądu”. Z kolei 1 proc. pracodawców sugerował, że preferuje osoby o określonej narodowości („kobiety z Ukrainy do pracy”) i tyleż samo jako warunek stawiało stan zdrowia („magazynier – dobry stan zdrowia”).

Warto przypomnieć, iż dyskryminacji na rynku pracy zabrania nie tylko kodeks pracy, lecz także ustawa antydyskryminacyjna obowiązująca w Polsce od siedmiu lat. Za łamanie przepisów w tym względzie pracodawcom grożą grzywny do 3 tys. zł. W 2011 r. do sądów pracy wpłynęło 913 spraw o odszkodowanie z tytułu naruszenia zasad równego traktowania kobiet i mężczyzn.