Kraj się sypie

Kraj się sypie

Ogromna luka remontowa i pogarszający się stan mieszkań to jeden z najpoważniejszych problemów polskich miast.

Jak informuje Portal Samorządowy, według szacunków ekspertów luka remontowa wynosi w polskich miastach 8,4 mld zł rocznie. W budynkach wielorodzinnych w zasobach spółdzielni mieszkaniowych niezbędne nakłady są zaspokajane w 2/3. W przypadku zasobów komunalnych, czynszowych i wspólnot mieszkaniowych jest to już sporo poniżej 50 proc. potrzeb.

– „Brak systemowego podejścia do modernizacji zasobów mieszkaniowych miast objawia się w relatywnie niskiej obecności takich projektów w Lokalnych Programach Rewitalizacji (LPR) i innych” – mówi Alina Muzioł-Węcławowicz z Politechniki Warszawskiej. Co więcej, są to z reguły projekty warunkowe. – „Jeśli pojawi się dofinansowanie publiczne, a więc unijne, to mają szansę na realizację. Jeśli nie, to są odkładane na czas nieokreślony” – wyjaśnia.

Według danych GUS w 2009 r. w całej Polsce remontem kapitalnym objętych było zaledwie 8 tys. mieszkań na ok. 5-6 mln, które nie są mieszkaniami w zabudowie całkowicie prywatnej. – „W tej sytuacji oczywistym jest, że wsparcie ze strony publicznej jest konieczne. Mamy kilka krajowych programów wsparcia, ale są wymogi prawne, które utrudniają ich stosowanie w kontekście projektów rewitalizacji” – podkreśla Alina Muzioł-Węcławowicz.

Żeby uzyskać premię z Funduszu Termomodernizacji i Remontów, autor projektu rewitalizacyjnego musi korzystać z kredytu komercyjnego, a wsparcie wynosi najwyżej 20 proc. jego wysokości. Premii termomodernizacyjnych nie wolno również łączyć z finansowaniem ze środków unijnych. Podobny problem dotyczy programu wsparcia budownictwa socjalnego.

Programów samorządowych wspierających modernizacje i remonty już nie ma – odkąd Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że dotacja dla prywatnych podmiotów, jakimi są wspólnoty mieszkaniowe, zwiększa ich majątek i nie może być objęta zakresem zadań własnych gminy. Nieliczne miasta stosują pożyczki ze swoich budżetów na działania remontowe, jednak są to środki niewystarczające względem potrzeb.

Jeśli chodzi o środki unijne, sytuacja jest bardzo zróżnicowana, ale alokacja w perspektywie działań dotyczących infrastruktury mieszkaniowej wynosi średnio ok. 1,2 proc. (dane z końca maja tego roku). W woj. lubuskim 50 proc. środków przewidzianych w Regionalnym Programie Operacyjnym na mieszkalnictwo pochłonęło dofinansowanie projektu realizowanego już od 2007 r. w Żaganiu. Został on oparty na partnerstwie większej ilości podmiotów. Połowę jego kosztów pokryły środki z RPO, 23 proc. dołożyli partnerzy, a 27 proc. pokrywa kredyt preferencyjny. Podobne porozumienia o współpracy przyniosły też efekty m.in. w Sieradzu i Szczecinie.

Muzioł-Węcławowicz podkreśla, że wobec problemów z finansowaniem projektów rewitalizacyjnych konieczne są publiczne instrumenty wsparcia w ramach LPR-ów. – „Nie musimy się jednak oglądać na programy unijne. Mamy w Polsce bardzo rozbudowaną historię funduszy pożyczkowych. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zmienić ich strukturę i powołać fundusze zorientowane na sprawy mieszkaniowe” – podsumowuje.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Róża z kolcem

Róża z kolcem

Coraz więcej amerykańskich firm przenosi produkcję z Chin do kraju. Kupowanie rzeczy „made in USA” stało się modne i patriotyczne. Proces ma jednak także negatywne cechy.

Jak informuje Wyborcza.biz, fabryki w USA planują otworzyć m.in. General Motors, Ford i General Electric. Kalifornijska firma ET Water, wytwarzająca sprzęt do irygacji, przeniosła produkcję z Chin do ojczyzny już w zeszłym roku. – „Dzięki temu szybciej realizujemy zlecenia klientów, a dochody się podwoiły” – mówił dziennikarzom „Financial Times” jej dyrektor Mark Coopersmith. Już 37 proc. szefów firm z siedzibą w USA albo ma w planach wyniesienie się z Chin, albo rozważa taką możliwość. Myśli o tym aż 48 proc. największych amerykańskich koncernów, z obrotami powyżej 10 mld dol. Proces przenoszenia produkcji z powrotem do Ameryki określany jest jako reshoring, czyli „powrót na opuszczony brzeg”.

Na produkcję, przynajmniej częściową, w Stanach decydują się też cudzoziemcy, np. japońska Toyota, niemiecki Siemens czy brytyjski Rolls-Royce. Produkcja w USA staje się coraz tańsza. Według przewidywań Boston Consulting Group (BCG) w 2015 r. jej koszt będzie o 15 proc. niższy niż w Niemczech i Francji, o 21 proc. niższy niż w Japonii, a tylko o 7 proc. wyższy niż w Chinach. Doliczając koszty transportu i cła, import z Chin przestanie być w wielu przypadkach opłacalny. A to sprawi, jak szacuje BCG, że w Stanach powstanie pięć milionów nowych miejsc pracy, a wpływy z eksportu wzrosną o 90 mld dol. rocznie.

Reshoring jest jednym z głównych tematów tegorocznej kampanii wyborczej. Prezydent Obama zapowiada ulgi podatkowe dla firm, które będą przenosić produkcję do kraju. Kupowanie rzeczy „made in USA” stało się modą i wyrazem patriotyzmu; jest też coraz częściej wykorzystywane w promocji. Z badań Massachusetts Institute of Technology wynika, że w 21 proc. przypadków decyzja o reshoringu jest wynikiem politycznego i społecznego nacisku na tworzenie miejsc pracy w kraju.

Są też jednak i inne powody, z punktu widzenia pracowników niekorzystne. Związki zawodowe w USA są znacznie słabsze niż w Europie, dlatego prawa amerykańskich robotników są gorzej chronione. Tymczasem w Chinach w ostatnim czasie pensje pracowników rosną (w tempie kilka razy szybszym niż w USA), co skłania firmy do poszukiwania tańszych rynków. Ponadto w USA istnieją spore nierówności – zarobki w stanach Południa są ponad dwa razy niższe niż na bogatej Północy czy w Kalifornii. To w tych biedniejszych stanach powstają najczęściej nowe fabryki.

„Mały Wawel” uratowany!

„Mały Wawel” uratowany!

Agencja Rozwoju Przemysłu odstąpiła od zamiaru sprzedaży Zespołu Zamkowo-Parkowego w Baranowie Sandomierskim. Wciąż jednak szuka dzierżawcy dla części hotelowo-gastronomicznej.

O planach sprzedaży „Małego Wawelu” pisaliśmy tutaj. Jak informuje „Nasz Dziennik”, Agencja Rozwoju Przemysłu, która zarządza Zamkiem w imieniu Skarbu Państwa, odstąpiła od zamiaru sprzedaży obiektu. Jako oficjalny powód ARP podała, iż „nie wyłoniono nabywcy, bowiem przedstawione Agencji oferty nie były satysfakcjonujące. Tym samym Zamek w Baranowie zostaje w zasobie Agencji, a ARP S.A. kontynuuje działania zmierzające do wyłonienia profesjonalnego operatora, do którego zadań będzie należało zarządzanie obiektem”.

Do sukcesu bez wątpienia przyczyniło się nagłośnienie sprawy przez „Nasz Dziennik”, wskutek czego został utworzony Komitet Obrony Zamku w Baranowie Sandomierskim. Sprzeciw wobec sprzedaży zamku wyraziło wiele środowisk, w tym spadkobiercy dawnych właścicieli – rodzina Leszczyńskich. Ponadto w sprawę ratowania renesansowej perły architektury przed oddaniem w niepowołane ręce włączyli się przedstawiciele lokalnych władz, Zarząd Regionu Ziemia Sandomierska NSZZ „Solidarność”, parlamentarzyści, a także kilka tysięcy Polaków, którzy podpisali się pod protestem na stronie www.ratujmymalywawel.pl.

Niestety, wygląda na to, iż starania Samorządu Podkarpacia o przejęcie pod zarząd województwa zabytkowego obiektu wciąż nie są możliwe do zrealizowania. – „Zamek jest własnością Agencji Rozwoju Przemysłu, która jest spółką akcyjną, a nie Skarbu Państwa” – zaznaczyła rzecznik ARP, Roma Sarzyńska-Przeciechowska. Sprawą otwartą pozostaje kwestia wyłonienia profesjonalnego dzierżawcy, do którego zadań należałoby zarządzanie częścią hotelowo-gastronomiczną zespołu. Póki co nie wiadomo, kto nim będzie i w jakim trybie miałby zostać wyłoniony.

Praca ma płeć?

Praca ma płeć?

Główną przyczyną dyskryminacji na rynku pracy jest płeć – wynika z analizy 60 tys. ofert pracy publikowanych w gazetach, na portalach internetowych i w bazach agencji pośrednictwa pracy.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, z badania Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego wynika, że aż 86% dyskryminujących sugestii zawartych w ofertach pracy dotyczyło płci. Pracodawcy szukając pracowników na prestiżowe stanowiska zdecydowanie preferują mężczyzn. Za to „kobiet pilnie poszukiwano do magla”, a „dziewczyn do przyuczenia w restauracji”.

Często pojawiały się również sugestie dotyczące wieku, np. „panią do gotowania i sprzątania 25-40 lat zatrudnię” albo „barmana i kelnerkę do kawiarni w Grecji. Do 25 lat”.

Trzeci powód dyskryminacji to wygląd. W ok. 2 proc. ofert zawierających zabronione treści znajdowały się oczekiwania, aby kandydat miał „nienaganną prezencję i uśmiech na twarzy”. Najczęściej „miła powierzchowność” była warunkiem zatrudnienia kobiet, ale zdarzało się, że i mężczyznom stawiano wymóg „dobrego wyglądu”. Z kolei 1 proc. pracodawców sugerował, że preferuje osoby o określonej narodowości („kobiety z Ukrainy do pracy”) i tyleż samo jako warunek stawiało stan zdrowia („magazynier – dobry stan zdrowia”).

Warto przypomnieć, iż dyskryminacji na rynku pracy zabrania nie tylko kodeks pracy, lecz także ustawa antydyskryminacyjna obowiązująca w Polsce od siedmiu lat. Za łamanie przepisów w tym względzie pracodawcom grożą grzywny do 3 tys. zł. W 2011 r. do sądów pracy wpłynęło 913 spraw o odszkodowanie z tytułu naruszenia zasad równego traktowania kobiet i mężczyzn.