Cywilizacja? To już było

Cywilizacja? To już było

Przewozy Regionalne w woj. opolskim rezygnują z prowadzenia kas na dworcach PKP. Jeśli nie znajdą się chętni ajenci, podróżni będą mogli nabyć bilet dopiero po wejściu do pociągu, oczekując w kolejce do konduktora.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza Opole”, w całym województwie Przewozy Regionalne zamierzają prowadzić tylko 6 kas: w Opolu, Brzegu, Lewinie Brzeskim, Kędzierzynie-Koźlu, Kluczborku i Nysie. Reszta ma zostać przekazana ajentom, bo spółka uznała utrzymywanie takich punktów za nieopłacalne. Umowa ajencyjna z zewnętrzną firmą ma ponoć zmniejszyć koszty dotychczas przeznaczane na utrzymanie kas nawet o połowę.

Rozważane jest także zainstalowanie automatów do sprzedaży biletów. To rozwiązanie nie podoba się jednak pasażerom. Zwracają uwagę, iż brak kasy na dworcu oznacza brak jakiejkolwiek informacji – automat nie poinformuje o zmianach w rozkładzie jazdy, których jest dość dużo.

Sylwester Brząkała, dyrektor Przewozów Regionalnych w Opolu, uważa, że do likwidacji kas najprawdopodobniej nie dojdzie, bo znajdą się chętni ajenci. Co stanie się z dotychczasowymi kasjerami? Brząkała twierdzi, że zostaną przeniesieni na inne stanowiska. Sugeruje też, że mogą zachować dotychczasową posadę, zakładając jednoosobową działalność gospodarczą i stając do przetargu – tak uczyniła już kasjerka w Wołczynie.

Zabrakło tylko dobrych rad dyrektora, aby pasażerowie założyli jednoosobową działalność gospodarczą i zaczęli podróżować drezynami. Jak Dziki Zachód, to na całego!

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Promocja idei to polityka?

Promocja idei to polityka?

Minister kultury twierdzi, że czas skończyć z finansowaniem „pism politycznych”. Czy jednak budowa przestrzeni dla dyskusji ideowych to wąsko rozumiana polityka? Czy płytkie rozumienie kultury nie stanowi zagrożenia dla przypominania dziedzictwa narodowego?

W czwartek, 15 listopada, w Instytucie Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego odbyło się spotkanie z Ministrem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Bogdanem Zdrojewskim. Po wykładzie ministra, zatytułowanym „O przyszłości kultury”, przyszedł czas na pytania z sali. Podniesiono m.in. kwestię nowej klauzuli w programie MKiDN „Promocja literatury i czytelnictwa – priorytet 3 – Czasopisma”. Przypomnijmy, że zapis, który zaniepokoił redakcje wielu czasopism społeczno-kulturalnych, stanowi iż „celem priorytetu nie jest wspieranie czasopism o profilu społeczno-politycznym, religijnym, narodowościowym, naukowym czy historycznym. Z tego względu wysoko oceniane będą jedynie te spośród nich, dla których tematyka kulturalna i artystyczna stanowi wiodącą oś problemową”. Minister odpowiedział, że to kłopotliwa sprawa, oraz zaznaczył, że za wspomniany zapis odpowiadają urzędnicy prowadzący program.

Bogdan Zdrojewski spodziewa się, że ostateczne decyzje będzie musiał podjąć osobiście, w toku postępowania odwoławczego, co może wywołać podejrzenia o upolitycznienie decyzji. Minister oznajmił też, że celem przytoczonej klauzuli ma być zakończenie publicznego finansowania czasopism stricte politycznych, jednak egzekucja owego zapisu może skutkować „wylaniem dziecka z kąpielą” – nieobjęciem programem wartościowych pozycji, które skupiają się nie tylko na kulturze i sztuce.

Padło również pytanie o rolę resortu jako ministerstwa nie tylko (wąsko pojmowanej) kultury, ale i dziedzictwa narodowego: czy wprowadzenie omawianego zapisu w życie nie będzie skutkowało wstrzymaniem dotacji chociażby dla „Kronosa”, który publikuje teksty ważne dla rodzimego dziedzictwa ideowego w swoim „Archiwum filozofii polskiej”? Zdaniem ministra w takim przypadku wniosek prawdopodobnie zostanie rozpatrzony pozytywnie.

Trzeba zaznaczyć, że Zdrojewski zajął wobec nowej klauzuli stanowisko ambiwalentne. Obawy wielu ważnych czasopism niszowych prawdopodobnie zostaną rozwiane bądź potwierdzone dopiero po rozpatrzeniu odwołań od pierwotnych decyzji.

Dawid Junke

OD REDAKCJI: Przypomnijmy, że „Nowy Obywatel” także promuje polskie dziedzictwo narodowe, m.in. regularnie publikując teksty w ramach działów „Z Polski rodem” i „Nasze tradycje”.

Catering, czyli wątpliwości

Catering, czyli wątpliwości

Władze Białegostoku rozważają możliwość zastąpienia kuchni w miejskich żłobkach posiłkami dowożonymi przez firmy cateringowe. Rodzice maluchów i pracownicy żłobków nie kryją obaw.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, pomysł motywowany jest szukaniem oszczędności. – „Przyrządzanie posiłków kosztuje: gaz, prąd, personel – to są wydatki” – mówi białostocki radny i zarazem przewodniczący komisji spraw społecznych i zdrowia Stefan Nikiciuk. Dodatkowy argument to możliwość przekształcenia pomieszczeń, w których znajdują się kuchnie, na przestrzeń dla dzieci, dzięki czemu żłobki mogłyby przyjmować więcej maluchów. Pilotażowo nowe rozwiązanie ma być wprowadzone na trzy miesiące w jednej z placówek.

Rodzice dzieci i pracownicy żłobków nie są jednak przekonani do tego pomysłu. – „Jestem przeciwna cateringowi. Kto będzie sprawdzał, czy to, co dostają nasze dzieci, jest świeże? Gdzie to jedzenie będzie przetrzymywane? Czy jadłospis zawsze będzie dostosowany dla dzieci np. na diecie bezmlecznej?” – dopytuje Magda Łuczewska, mama 1,5-rocznego Kuby.

– „Pod naszą opieką są bardzo małe dzieci, które wymagają specjalnego żywienia. Na miejscu wyciskamy im sok ze świeżych owoców i robimy owocowy mus – która firma cateringowa mi to zapewni? Dbamy o jakość i czystość mięsa, jakie przyrządzamy dzieciom. Moim zdaniem nie ma również w regionie tak wyspecjalizowanej firmy, która kilka razy dziennie dostarczałaby nam świeżo zrobione, gotowe posiłki przystosowane do diety dzieci” – mówi z kolei Teresa Walaszek, dyrektor Żłobka Miejskiego nr 1.

Rodzice obawiają się także wzrostu cen posiłków oferowanych w ramach cateringu. Przykładowo, we wspomnianym wyżej żłobku dzienna stawka żywieniowa wynosi 5 zł i ustalana jest wspólnie z rodzicami.

Wyspiarze na dobrych torach

Wyspiarze na dobrych torach

Coraz więcej brytyjskich sieci supermarketów stara się zaopatrywać swoje sklepy w towary, wykorzystując kolejowe kontenery zamiast tirów.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna” za agencją Bloomberg, prym w tej ekologicznej tendencji wiedzie Tesco, ale w jego ślady poszły już m.in. Marks & Spencer, największa sieć odzieżowa na brytyjskim rynku, sieć marketów Asda, której właścicielem jest amerykański koncern Wal-Mart, czy sieć marketów budowlanych B&Q, należąca do grupy Kingfisher, właściciela znanej w Polsce Castoramy. Firmy zamierzają w coraz większym stopniu rezygnować z zatłoczonych dróg, aby w ten sposób poprawić terminowość dostaw, a także zredukować koszty transportu. Jest to także rozwiązanie korzystniejsze dla środowiska niż transport samochodowy.

W ciągu ostatnich pięciu lat sklepy dwukrotnie zwiększyły wykorzystanie kolei w transporcie towarowym – ocenia John Holwell, menedżer w Malcolm Group, która zamawia pociągi dla sieci Tesco, Asda i firmy handlowej Argos z Home Retail Group.