Spisana na straty?

Spisana na straty?

Zakłady Przemysłu Odzieżowego „Warmia” zostały sprzedane przez Ministerstwo Skarbu Państwa „inwestorowi”, który doprowadził już kilka spółek do upadku.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, resort skarbu podjął decyzję o sprzedaży 85 proc. udziałów w dobrze prosperującej spółce „Warmia” zamieszkałemu obecnie w Niemczech Walerianowi Pichnowskiemu, za niecałe 7 mln zł. Załoga firmy obawia się, że nowy inwestor doprowadzi zakład do upadku. Taki los spotkał kilka kupionych wcześniej przez niego spółek, m.in. szczecińskie zakłady „Dana” czy powstałe na bazie „Modeny” spółki „Rawi” i „Tiziana” w Rawiczu. – „Wiemy, że wszystkie firmy odzieżowe, które kupił w Polsce pan Pichnowski, już nie istnieją, a tysiące ich pracowników poszło na bruk. Obawiamy się więc, że i nas czeka podobny los” – mówi Barbara Szczepuł-Krasowska, przewodnicząca Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Pracowników „Warmia” SA w Mrągowie. Ocenia też, że decyzja resortu świadczy o braku zainteresowania losem zakładu i jego pracowników po prywatyzacji.

Co istotne, była szansa na uratowanie zakładów. Niedawno pojawił się drugi oferent – pozytywnie zweryfikowany przez Związek Pracodawców Przemysłu Odzieżowego. Związkowcy poprosili ministerstwo, aby właśnie jemu sprzedać zakłady. Pracownicy podkreślili, że chcą prywatyzacji, ale z wiarygodnym inwestorem, który utrzyma wszystkie miejsca pracy. Nowego oferenta poparł także Marian Podziewski, wojewoda warmińsko-mazurski, który zwrócił się do resortu z prośbą o wstrzymanie prywatyzacji kętrzyńskiej spółki w celu zmiany inwestora. Resort odpowiedział jednak związkowcom i wojewodzie, że drugi oferent zgłosił się za późno.

Zakłady Przemysłu Odzieżowego „Warmia” w Kętrzynie to jedna z największych na Warmii i Mazurach firm należących do Skarbu Państwa. W zakładach na terenie Kętrzyna i Mrągowa zatrudnionych jest blisko 700 osób.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Podziały rosną

Podziały rosną

Przez ostatnie 10 lat pogłębił się podział na Polskę A i B. Zdaniem ekonomistów sytuacja będzie się pogarszać.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, w ciągu dekady (2000-2010) nastąpił w Polsce wzrost gospodarczy o ponad 46 proc., jednocześnie pogłębiły się jednak różnice między najsilniejszymi a najsłabszymi regionami kraju. Wartość PKB wytworzona w najprężniejszym z nich była na początku dekady ok. 25 razy wyższa niż w najsłabszym, po 10 latach – 29 razy wyższa.

Najszybciej rozwijają się metropolie i tereny wokół nich, rejony zasobne w bogactwa naturalne i te o wysokim stopniu uprzemysłowienia. Przykładowo, przez 10 lat PKB Szczecina wzrósł o 14 proc., Warszawy o 59 proc., a bogatego w miedź okręgu legnicko-głogowskiego o ponad 100 proc. – „To efekt kuli śnieżnej. Tam, gdzie był rozwój, tam ludzie ściągali na studia i do pracy. Nic więc dziwnego, że i tam były najlepsze warunki do kolejnych inwestycji, co przyciągało kolejnych mieszkańców. Ci, którzy są dobrzy, będą bardzo dobrzy” – mówi dr Maciej Tarkowski z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

– „Nie chodzi o to, żeby wszyscy mieli po równo, bo to niemożliwe. Gra idzie o to, by wszystkim się poprawiało” – dodaje prof. Grzegorz Gorzelak z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem zbyt mała ilość środków unijnych wydawana jest na cele, które mogą zapewnić trwały wzrost gospodarczy. A w co warto inwestować? Według prof. Gorzelaka w edukację. – „Wszystkie dzieci powinny chodzić do przedszkola, warto też dokształcać nauczycieli” – podkreśla.

Zdaniem ekspertów w wyrównywaniu szans pomocne może być bogate, autonomiczne życie kulturalne w danym regionie. Kulturalny ferment sprzyja bowiem tolerancji i swobodnej wymianie poglądów – a od tego już tylko krok do innowacyjnych, przekładających się na rozwój pomysłów.

Nie przyłożą do tego ręki

Nie przyłożą do tego ręki

170 madryckich ordynatorów i dyrektorów ośrodków zdrowia podało się do dymisji. To wyraz ich sprzeciwu wobec przyjętej przez autonomiczną Wspólnotę Madrytu reformy lecznictwa.

Jak informuje Polskie Radio, w ramach zmian sprywatyzowanych ma zostać 6 szpitali i 27 ośrodków zdrowia. Jest to największa prywatyzacja placówek służby zdrowia w historii Hiszpanii. Władze Wspólnoty Madrytu argumentują, że ich celem jest zaoszczędzenie ponad pół miliarda euro i uchronienie publicznego lecznictwa przed bankructwem. Lekarze są jednak przekonani, że reforma ograniczy liczbę wykonywanych badań i zabiegów. Ponieważ nie pomogły trwające ponad miesiąc protesty, odpowiedzialni za ośrodki zdrowia i szpitalne oddziały podali się do dymisji.

– „Odrzucamy współpracę w realizowaniu tego planu. Uważamy, że godząc się na reformę, wspieralibyśmy decyzje, które nie są dobre dla pacjentów” – argumentowała jedna z protestujących lekarek.

Wspólnota Madrytu to jeden z siedemnastu autonomicznych regionów Hiszpanii. Jego populacja wynosi ponad 6 milionów, z których połowa mieszka w stolicy.

Lecznice na krawędzi

Lecznice na krawędzi

Szpitale podległe uczelniom są zadłużone i obawiają się przekształceń w spółki.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, spośród 44 szpitali klinicznych w Polsce 7 jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej, a 17 grozi zakończenie 2012 r. z ujemnym bilansem. Według resortu zdrowia zobowiązania placówek klinicznych wynoszą teraz łącznie 634 mln zł.

Długi oznaczają, że w 2013 r. wiele szpitali, również te podległe uniwersytetom, będzie zmuszonych się przekształcić. Zgodnie z ustawą o działalności leczniczej jeśli właściciel placówki medycznej nie jest w stanie spłacić długu szpitala, musi albo przekształcić go w spółkę prawa handlowego, albo zlikwidować.

Władze uczelni będące właścicielami klinik są mocno zaniepokojone. – „Rektorzy nie wyobrażają sobie, by szpital kliniczny funkcjonował jako spółka. Jej celem jest generowanie zysków, a to trudno pogodzić z zadaniami, jakie ma uczelnia uniwersytecka” – mówi prof. Jacek Wysocki, rektor Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Podkreśla, że celem szpitali klinicznych jest świadczenie wysokospecjalistycznych usług i leczenie pacjentów z ciężkimi przypadkami chorób, ale także kształcenie przyszłych lekarzy i pielęgniarek, a spółki nie będą miały interesu w przyjmowaniu bez opłat studentów na staże. – „Uczelni z kolei nie stać na płacenie za to, bo kwoty przekazywane na cele dydaktyczne przez Ministerstwo Zdrowia są dużo niższe niż opłaty, których oczekują podległe uczelniom szpitale” – zaznacza prof. Wysocki.

Dyrektorzy szpitali również obawiają się zmian. Już we wrześniu 2012 r. Maciej Kowalczyk, dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Krakowie, alarmował premiera, że placówka jest w ciężkiej sytuacji finansowej – ma 20 mln zł długu. Poważnie zadłużone jest również Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku. – „Cały czas trwają restrukturyzacje. Potrzebne są jednak regulacje prawne, które potraktują inaczej szpitale uczelniane niż samorządowe” – wskazuje Tomasz Jędrzejczak, wicedyrektor gdańskiej placówki.