Pasażerowie obywatelscy i nieposłuszni

Pasażerowie obywatelscy i nieposłuszni

Mieszkańcy Poznania buntują się przeciwko rosnącym kosztom komunikacji miejskiej. W ciągu kilku miesięcy w stolicy Wielkopolski cena normalnego biletu miesięcznego wzrosła aż o 26 zł.

Już w marcu minionego roku Rada Miasta, głosami przedstawicieli PO, uchwaliła podwyżki, które weszły w życie z początkiem czerwca. Opozycja (SLD i PiS) argumentowała, że podwyżka z 2008 r. doprowadziła do znacznego spadku sprzedaży biletów, w związku z czym nie przyniosła wzrostu wpływów do miejskiej kasy. Radni rządzącej partii zignorowali jednak ten argument, w efekcie od połowy 2012 r. za sieciówkę w Poznaniu płacono już nie 81, ale 99 zł, zaś za bilet 15-minutowy 2,60 zamiast 2 zł.

Jak się okazało, był to dopiero początek rosnących kosztów poruszania się komunikacją publiczną. W grudniu minionego roku radni uchwalili, że cena normalnego biletu miesięcznego od początku 2013 r. podskoczy do 107 zł, natomiast kwadrans przejazdu tramwajem kosztować będzie 2,80 zł. Radni miejscy zignorowali fakt spadku sprzedaży biletów we wrześniu i listopadzie 2012 r.

Co istotne, podwyżkę uchwalono mimo zbiórki aż 16 tys. podpisów pod obywatelską uchwałą ws. zamrożenia wzrostu cen. Warto też dodać, że wzrastające koszty przejazdów tramwajami i autobusami nie idą w parze z wyższą jakością świadczonych usług. Przeciwnie: z powodu trwających prac remontowych podróż częstokroć jest dłuższa, zaś opóźnienia – częstsze.

W związku z wysokimi kosztami przejazdów coraz więcej osób przesiada się na rowery, do samochodów czy wybiera spacer. Upowszechnia się także zwyczaj przekazywania niewykorzystanego w pełni biletu czasowego innemu pasażerowi w momencie wysiadania z pojazdu. Poznańska sekcja Federacji Anarchistycznej wezwała jednak do bardziej radykalnej formy protestu, ogłaszając 16 stycznia dniem Wielkopolskiego Powstania Komunikacyjnego. W dniu tym planuje się dokonanie aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa, który polegać będzie na spotkaniu na Moście Teatralnym o godz. 16:00, a następnie demonstracyjnym przejechaniu kilku przystanków bez kasowania biletu.

Piotr Kuligowski

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Dziurawe prawo

Dziurawe prawo

Entuzjazm części społeczeństwa z powodu wprowadzenia zakazu upraw GMO może okazać się przedwczesny. Nowe prawo wprawdzie zabrania siewu nasion modyfikowanych genetycznie, ale nie ich sprzedaży.

Stanowisko w tej sprawie przedstawia Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi (ICPPC). „Takie dziurawe ustawodawstwo służy tylko międzynarodowym korporacjom, które coraz bardziej umacniają swoją pozycję w Polsce” – zwraca uwagę sir Julian Rose, prezes organizacji. Nasiona, rośliny i produkty zmodyfikowane genetycznie wciąż mogą być sprzedawane w Polsce, a tym samym nasze tradycyjne rolnictwo nadal jest zagrożone. Tym bardziej, że rząd PO-PSL nie przewiduje wzrostu zatrudnienia w państwowych służbach odpowiedzialnych za kontrolę realizacji rozporządzeń ws. GMO ani zwiększenia środków na działania kontrolne. W tej sytuacji rozporządzenia, nawet jeśli zostaną zatwierdzone przez Komisję Europejską (na co zdaniem ICPPC mamy nikłą szansę ze względu na słabe uzasadnienie) – pozostaną martwe. Konsekwencje poniesiemy wszyscy, jedząc żywność zawierającą GMO, a zanieczyszczenie tradycyjnych upraw jest w 100% pewne.

„Wzywamy wszystkich Polaków do połączenia sił w celu obrony dobrego, tradycyjnego i ekologicznego rolnictwa, naturalnego i kulturowego środowiska, które jest naszym skarbem, wolności oraz zdrowia nas, naszych dzieci i przyszłych pokoleń” – apeluje ICPPC.

Stanowisko organizacji podziela Koalicja „Polska wolna od GMO”, a także Danuta Pilarska, prezes Związku Zawodowego Rolników Ekologicznych św. Franciszka z Asyżu – choć na łamach „Portalu Spożywczego” wyraża zadowolenie z wprowadzenia zakazu upraw kukurydzy MON 810 i ziemniaków Amflora, podkreśla zarazem, że „ustawa o nasiennictwie zezwala niestety na rejestrację nasion GMO i legalizuje nimi obrót na terenie Polski. W naszym odczuciu podjęta przez prezydenta decyzja jest regresem w stosunku do poprzednich działań głowy państwa w tym względzie”.

Nie ulegną!

Nie ulegną!

Nie doszło do pełnego porozumienia między rolnikami w Szczecinie a rządem. Wczoraj po raz pierwszy w ramach protestu ciągniki pojawiły się na drogach krajowych.

O trwających od 5 grudnia ubiegłego roku protestach szczecińskich rolników przeciwko nieprawidłowej wyprzedaży ziemi przez Agencję Nieruchomości Rolnych już pisaliśmy. Jak informuje portal Farmer.pl, podczas niedawnego spotkania protestujących z przedstawicielami rządu doszło jedynie do połowicznego porozumienia. Komitet Protestacyjny niezmiennie uważa, że dalsza współpraca środowiska rolniczego z obecną dyrekcją ANR w Szczecinie nie jest i nie będzie w dalszej perspektywie możliwa.

Nie udało się uzyskać porozumienia w dwóch kwestiach. Pierwsza z nich dotyczy komisji przetargowej. Komitet chce, aby w jej skład wchodziły trzy osoby wskazane przez Izbę Rolniczą, po zasięgnięciu opinii rolniczych związków zawodowych, i dwie osoby wskazane przez ANR. Druga kwestia związana jest z prawem odkupu. Komitet Protestacyjny chce obowiązkowego stosowania przez ANR prawa odkupu lub pierwokupu w sytuacjach, kiedy ziemia zakupiona w drodze przetargu ograniczonego i pierwszeństwa nabycia wykorzystywana jest niezgodnie z przeznaczeniem, określonym przez ustawę, a także stworzenia funduszu na odkup takich nieruchomości.

Jak informuje z kolei „Głos Szczeciński”, 7 stycznia po raz pierwszy ciągniki blokujące ulice w ramach protestu pojawiły się na drogach krajowych – nr 10 za Stargardem Szczecińskim w okolicy Krąpiela oraz od Goleniowa do Nowogardu. – „Nie jest to nasza akcja” – tłumaczył Edward Kosmal, przewodniczący komitetu protestacyjnego „Solidarności” Rolników Indywidualnych w Zachodniopomorskiem. – „Na drogi krajowe wyjadą rolnicy, którzy solidaryzują się z naszym protestem. My oczywiście tradycyjnie wyjedziemy na ulice Szczecina”.

PIP nie wystarczy

PIP nie wystarczy

Poseł PiS Stanisław Szwed zapytał w interpelacji do Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, czy resort rozważa powołanie „policji zatrudnienia” – odrębnej służby, która walczyłaby z nieuczciwymi pracodawcami.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, w odpowiedzi na interpelację Jacek Męcina, wiceminister pracy, nie wyraził zainteresowania powstaniem takiego organu, tłumacząc, że kontrolą legalności zatrudnienia zajmuje się Państwowa Inspekcja Pracy. Przejęła ona uprawnienia, które do 2007 r. należały do oddzielnych służb, w celu zwiększenia efektywności kontroli i zmniejszenia liczby organów nadzorujących pracodawców. Jednak sama PIP jest zdania, że skuteczna walka z zatrudnianiem „na czarno” wymaga wypracowania przez państwo nowych, kompleksowych rozwiązań – stworzenia systemu przeciwdziałania takim nadużyciom, którego inspekcja pracy będzie jednym (nie jedynym) z elementów. – „Wymaga to nie tylko zmian legislacyjnych, ale także opracowania nowej strategii działania w tym zakresie z udziałem wszystkich organów kontrolnych, do których właściwości należą kwestie związane z nielegalnym zatrudnieniem i uszczuplaniem w ten sposób budżetu państwa. Szczególnie dotyczy to ZUS i organów skarbowych” – podkreśla Małgorzata Kwiatkowska, zastępca głównego inspektora pracy.

W ocenie PIP narasta skala nadużyć takich jak zawieranie umów cywilnoprawnych w warunkach charakterystycznych dla stosunku pracy, w tym niepodlegających ubezpieczeniu umów o dzieło. Od stycznia do końca października 2012 r. inspektorzy sprawdzili ok. 32 tys. umów cywilnoprawnych. Aż 17 proc. z nich zostało zawartych w warunkach, w których powinna być podpisana umowa o pracę – w 2011 r. było to 13 proc.