Szansa dla ryb i rybaków

Szansa dla ryb i rybaków

Po raz pierwszy w historii Unii Europejskiej pojawiła się realna szansa, by rybołówstwo mogło rozwijać się bez szkody dla środowiska naturalnego i z korzyścią dla rybaków.

Jak informuje Greenpeace Polska, Parlament Unii Europejskiej głosował nad przyszłością Wspólnej Polityki Rybołówstwa. Europarlamentarzyści poparli propozycję zmniejszenia połowów do 2015 r., aby umożliwić odbudowanie przetrzebionych zasobów ryb. Obecnie ponad 60% europejskich łowisk jest przełowionych, tzn. populacje ryb spadły tam do poziomu zagrażającego ich przetrwaniu. Zatwierdzono również przepisy narzucające dostosowanie wielkości flot rybackich do istniejących zasobów ryb.

Nowa WPRyb ma także promować małe rybołówstwo przybrzeżne oraz techniki połowowe o niskim wpływie na środowisko morskie. Przyjęto również regulacje, które mają doprowadzić do wyeliminowania tzw. odrzutów (wyrzucanie za burtę ryb niepotrzebnych – martwych lub umierających). Flotom europejskim nie będzie także wolno przeławiać wód pozaeuropejskich – dziś to się dzieje, np. u wybrzeży Afryki.

Obecna polityka rybołówstwa sprzyja destrukcyjnym, dużym operacjom połowowym, co doprowadziło do nadmiernego rozrostu flot unijnych, co z kolei jest przyczyną przełowienia. Choć to najpotężniejsze statki łowią większość ryb, to jednak małe jednostki rybackie stanowią ok. 80% europejskiego sektora rybołówstwa i zwykle powodują mniejsze szkody dla środowiska. W listopadzie 2012 r. w Brukseli rybacy przybrzeżni z całej Europy podpisali wspólną deklarację o przeprowadzeniu sprawiedliwej reformy WPRyb.

Irlandzka prezydencja zobowiązała się zakończyć negocjacje w sprawie reformy w czerwcu. Teraz tekst nowej Polityki musi zostać zaakceptowany przez Radę UE ds. Rolnictwa i Rybołówstwa. Główną przeszkodą na drodze do powodzenia reformy jest negatywne wobec niej stanowisko Francji i Hiszpanii. To ogromne, przemysłowe floty tych dwóch państw, szczodrze subsydiowane ze środków unijnych, są w dużej mierze odpowiedzialne za tragiczny stan mórz i żywych zasobów morskich.

O problemie przełowień i konsekwencjach m.in. dla polskich rybaków pisaliśmy niedawno tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Biblioteka szkolna to część szkoły – nie dodatek

Biblioteka szkolna to część szkoły – nie dodatek

Sekcja Oświaty i Wychowania Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” broni bibliotek w szkołach.

W nieodległych czasach biblioteki były integralną częścią szkoły. To w nich uczniowie nieraz po raz pierwszy stykali się z magią książek. To może się wkrótce zmienić. MEN planuje biblioteczną konsolidację.

– „Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ »Solidarność« Regionu Gdańskiego z niepokojem odbiera informacje o rządowych planach konsolidacji bibliotek, co może grozić wyprowadzaniem/likwidacją bibliotek szkolnych ze szkół (podobnie negatywne zjawisko obserwujemy przy działaniach wobec stołówek szkolnych). Zwracamy uwagę, że art. 67 ustawy o systemie oświaty nakłada na organ prowadzący powinność zapewnienia szkole także biblioteki. Podobnie art. 29 ustawy Karta Nauczyciela mówi o zapewnieniu odpowiednich warunków pracy nauczycielowi, w czym mieści się dostęp do biblioteki tak jego, jak i uczniów” – czytamy w stanowisku gdańskiej oświatowej „Solidarności”.

Sekcja oświaty NSZZ „S” niejednokrotnie wyrażała opinię, że biblioteki trzeba doposażyć, aktualizować księgozbiór, czynić z nich szkolne centra informacji, zapewniać oprogramowanie i dostęp do Internetu, które umożliwią kompatybilność programów ewidencji bibliotekarskiej oraz dostęp do szerszych zbiorów bibliotecznych. W idei „Szkoły Otwartej” jest jak najszerszy dostęp do biblioteki.

– „Pełni ona – oprócz funkcji dydaktycznej, często także funkcję terapeutyczną, wspierającą proces wychowawczy, a także jest miejscem wyrównywania szans edukacyjnych, czego nie można ograniczać. Oczekujemy, że w miejsce planów likwidacji (wyprowadzania bibliotek ze szkół) zostanie zapewnione ich właściwe finansowanie – między innymi w oparciu o fundusze strukturalne. Oczekujemy także, że te niezbędne warunki pracy szkoły będą zapewnione w różnych typach szkół, tak w miastach, jak i na terenach wiejskich” – czytamy w stanowisku nauczycielskiej „Solidarności”.

Z kolei Rada Główna Towarzystwa Nauczycieli Bibliotekarzy Szkół Polskich w piśmie do minister edukacji narodowej Krystyny Szumilas zwraca uwagę na nieuchronne obniżenie jakości usług edukacyjnych polskich szkół po wprowadzeniu zmian zawartych w projekcie założeń ustawy o poprawie warunków świadczenia usług przez jednostki samorządu terytorialnego, przedstawionym przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji.

– „Uważamy, że zdecydowanym nadużyciem zaufania obywateli do rządu byłaby realizacja punktu systematycznie ponawianego przez samorządy postulatu likwidacji bibliotek szkolnych. Po raz kolejny wyjaśniamy oczywistą »nieopłacalność« takiego konceptu, szczególnie w wymiarze ludzkim, a nie finansowym. Biblioteki szkolne przede wszystkim są współodpowiedzialne za jakość i osiągane efekty kształcenia w macierzystej placówce, za doskonalenie umiejętności nauczania i uczenia się, wyposażanie uczniów w pożądane kompetencje. Sugerowanie możliwości powierzenia wykonywania zadań biblioteki szkolnej przez publiczną świadczy o całkowitej ignorancji dla całkiem niedawno nowelizowanego w tym zakresie prawa. Nie można traktować biblioteki szkolnej jak agencji świadczącej usługi dla społeczności uczniów i nauczycieli. To nie to samo, co sklepik uczniowski, którego prowadzenie można powierzyć »tańszemu« ajentowi, co raczej nie wpłynie znacząco na wyniki kształcenia” – napisała do minister Szumilas prezes TNBSP Danuta Brzezińska.

Nauczyciele związkowcy i bibliotekarze apelują: nie zamykajmy drzwi bibliotek szkolnych przed uczniami!

_____

Przedruk za stroną Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”

Koniecznie czytaj także tutaj.

Opuszczeni weterani

Opuszczeni weterani

Jedyna w Polsce przychodnia wyspecjalizowana w leczeniu ofiar wojny prawdopodobnie przestanie istnieć. Dla jej sędziwych pacjentów to dramat.

Jak informuje „Dziennik Polski”, więźniów byłych niemieckich obozów koncentracyjnych jest w całym kraju około 4 tys., w Małopolsce – 300. Działająca od 1987 r. krakowska przychodnia „Pro Vita et Spe” stanowi dla nich drugi dom: personel wie, jak dodać im otuchy, tutaj są „ich” lekarze, nikt nie pyta o skierowania ani nie ustawia w kolejkach. Do tej pory placówka w połowie utrzymywała się z pieniędzy NFZ, a w połowie z dotacji, przekazywanych przez niemiecką fundację Maximilian-Kolbe-Werk oraz Fundację Pro Vita et Spe. Niestety, od ubiegłego roku niemiecka fundacja zaczęła ograniczać dotacje i w tym roku przychodnia otrzyma tylko ok. 50 tys. zł, czyli o połowę mniej niż dotąd. Dyrekcja nie miała wyjścia: zwolniła jednego z okulistów, urologa oraz specjalistę od wykonywania badań USG.

Zdaniem dr Alicji Klich-Rączki, kierowniczki placówki, NFZ powinien wypełnić lukę powstałą w wyniku zmniejszenia niemieckich dotacji. Tymczasem w tym roku przychodnia otrzyma z Funduszu tylko o 12 tys. zł więcej niż w roku 2012, a to nie wystarczy na przetrwanie. Kierowniczka szukała pomocy u różnych organizacji, relacjonowała problem w małopolskim oddziale NFZ – bez skutku. – „Sytuacja jest dramatyczna. Funduszy, którymi dysponujemy, wystarczy na funkcjonowanie przychodni zaledwie przez kilka miesięcy” – alarmuje.

Rzeczniczka małopolskiego oddziału NFZ, Jolanta Pulchna, deklaruje, że jeśli pacjenci „Pro Vita et Spe” zostaną bez lekarzy, oddział podejmie rozmowy z innymi placówkami, by mogły objąć kombatantów należytą opieką. Ale dr Klich-Rączka obawia się, że ci z reguły bardzo już sędziwi pacjenci, pozbawieni „swojej” przychodni i „swoich” lekarzy, nie poradzą sobie w naszym skomplikowanym systemie opieki zdrowotnej. Mimo iż inwalidzi wojenni, wojskowi, kombatanci, byli więźniowie obozów oraz ofiary komunistycznych represji mają prawo do leczenia bez kolejek i bez skierowań, rzadko jest ono respektowane. Rejestratorki często domagają się skierowań i wyznaczają odległe terminy badań. O pierwszeństwo w kolejce do lekarza seniorzy muszą walczyć.

W odpowiedzi na skargi weteranów małopolski oddział NFZ w ubiegłym roku przeprowadził akcję, która miała przypomnieć placówkom medycznym o uprawnieniach kombatantów. Pomimo to, do Dionizego Smyka, prezesa Małopolskiej Rady Kombatantów i Osób Represjonowanych skargi napływają nadal. Jednym z głównych punktów zapowiedzianego na marzec posiedzenia MRKiOR ma być właśnie problem dostępu do leczenia.

Prywatne znaczy lepsze – dla właścicieli

Prywatne znaczy lepsze – dla właścicieli

Kontrola lubelskich prywatnych przedszkoli wykazała, że miejskie dotacje przeznaczone dla dzieci były wydawane przez zarządców placówek na własne, często luksusowe potrzeby.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, wydział audytu i kontroli lubelskiego ratusza sprawdził, na co w latach 2010-2012 prywatne przedszkola i szkoły wydawały miejskie dotacje. W tym czasie gmina przekazała niepublicznym placówkom ponad 31 mln zł. Skontrolowano 17 z nich – nieprawidłowości wykryto przy wydawaniu co trzeciej złotówki. Pracownicy przedszkoli kupowali m.in. terenowe SUV-y po prawie 90 tys. zł netto, zimowe opony do aut, wczasy w kurortach, abonamenty telefoniczne czy wizyty u fryzjerów z najlepszego salonu w mieście.

Brak miejsc w przedszkolach publicznych to problem w całym kraju. W samym Lublinie podczas ostatniej rekrutacji z tego powodu nie przyjęto ponad 700 dzieci. Właśnie dlatego państwo nałożyło na samorządy obowiązek dotowania niepublicznych placówek – ok. 500 zł miesięcznie na dziecko. Od 2009 r. prawo pozwala samorządowym urzędnikom skontrolować rachunki prywatnych placówek, bo gminne fundusze mogą być przeznaczone wyłącznie na „wydatki bieżące” i tylko w „zakresie kształcenia, wychowania i opieki, w tym profilaktyki społecznej”. Pozostałe wydatki należy pokrywać z czesnego, które w Lublinie wynosi 350-400 zł za dziecko.

– „Gdy zaczynaliśmy kontrolę prywatnych przedszkoli i szkół, zamierzaliśmy sprawdzić wyrywkowo kilka. Nikt nie podejrzewał, że wszystko tak się skończy. Okazało się, że prywatne przedszkola nagminnie zamiast rachunków za edukację pokazywały najróżniejsze faktury” – tłumaczy dyrektor wydziału audytu i kontroli Anna Morow.

Przykładowo, w przedszkolu Mali Odkrywcy prowadzonym przez Stanisława J. kontrola wykryła, że ponad połowa z 263 tys. zł miejskiej dotacji (otrzymanej w ciągu półtora roku) została wydana bezprawnie. Prawie 66 tys. zł zostało przeznaczonych na nieuprawnione i nieudokumentowane żadnymi rachunkami, fakturami czy umowami wypłaty i przelewy, które dostawali m.in. członkowie rodziny Stanisława J., a także on sam. Ponadto, 68 tys. zł zapłacił on na pokrycie rachunków, m.in. w hotelu w Chorwacji, 50 tys. wypłacił sobie z bankomatów nie wyjaśniając, na co itd.

Prezydent Lublina Krzysztof Żuk uznał, iż skoro wyrywkowe kontrole wykazały nieprawidłowości rzędu milionów złotych, w tym roku sprawdzone zostaną wszystkie pozostałe prywatne przedszkola i szkoły.