Razem, czyli społem

Razem, czyli społem

Bank Polskiej Spółdzielczości SA i SGB-Bank SA podpisały porozumienie mające na celu wspólne promowanie sektora banków spółdzielczych w Polsce.

Jak informuje portal wnp.pl, celem porozumienia jest połączenie pomysłów, aktywności i budżetów przy realizacji działań promocyjnych. Podpisany dokument zakłada też umacnianie pozytywnego wizerunku bankowości spółdzielczej i jej znaczących wyróżników na rynku w środowiskach opiniotwórczych, mediach i wśród szerokiej opinii publicznej.

– „Chcemy działać zgodnie z ideą, że zgoda buduje. Tym bardziej, że Polacy dobrze rozpoznają i pozytywnie kojarzą usługi banków spółdzielczych. Wyróżnia nas całkowicie polski kapitał i to, że u nas są ludzie – nie systemy. A ludziom przestaje odpowiadać masowość, »hurtowa« i zdalna obsługa. Banki spółdzielcze prowadzą wyjątkowy rodzaj działalności. Mamy bliskie, pełne zrozumienia relacje z naszymi klientami. Łącząc siły ze zrzeszeniem SGB możemy szerzej i częściej mówić o tym Polakom. Cel jest wspólny, zadania też – więc podanie rąk to oczywisty gest” – wyjaśnia Tomasz Mironczuk, prezes BPS.

Oba podmioty współpracowały już ze sobą. – „Wracamy do dobrych praktyk sprzed kilku lat” – podkreśla Danuta Kowalczyk, p.o. prezesa SGB-Banku. – „Po przerwie w kontaktach jesteśmy zgodni co do konieczności wspólnego wzmacniania marki, nagłaśniania dobrego imienia i prestiżu banków spółdzielczych. Zatem kierunek już znany, tyle że otoczenie rynkowe jest trudniejsze. Mimo iż nie działamy jedynie po to, by maksymalizować zysk, to jednak silna konkurencja stawia nam coraz większe wyzwania. Mamy świadomość, że bankowość spółdzielcza wymaga większej dynamiki i systematyczności w działaniach promocyjnych. Dlatego łączymy siły, by pokazać, że banki spółdzielcze są liczącym się segmentem rynku bankowości w Polsce” – podsumowuje Kowalczyk.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Wesołe jest życie… ubezpieczyciela

Wesołe jest życie… ubezpieczyciela

Otwarte Fundusze Emerytalne pobrały w 2012 r. od przyszłych emerytów ponad 1,3 mld zł opłat. Od początku działalności – przeszło 16 mld zł.

O tyle mniej pieniędzy trafiło na konta emerytalne – informuje Wyborcza.biz, przytaczając dane z najnowszego raportu Komisji Nadzoru Finansowego. Po odliczeniu kosztów (m.in. rachunków telefonicznych, wynagrodzeń pracowników i czynszów w biurowcach) w kasie zarządzających OFE w 2012 r. zostało aż 715 mln zł czystego zysku – o 16 proc. więcej niż rok wcześniej. Cała branża od wprowadzenia reformy emerytalnej zarobiła „na czysto” już ponad 6 mld zł.

– „Ubiegłoroczny wynik oznacza, że rentowność tego biznesu przekracza 50 proc. Proszę mi wskazać inną branżę, w której jest taka wysoka” – mówi wysoki urzędnik Ministerstwa Finansów, pragnący zachować anonimowość. – „Dla porównania w przypadku banków rentowność wynosi średnio kilkanaście procent” – wskazuje z kolei Sebastian Buczek z Quercus TFI.

Mimo wysokich zysków towarzystwa emerytalne nie zamierzają obniżyć prowizji pobieranych od przyszłych emerytów. Z każdej wpłacanej przez klientów składki zabierają 3,5 proc. (Polsat i Allianz – 3,4 proc.). Początkowo prowizje sięgały nawet 10 proc., jednak w następstwie długotrwałego nacisku społecznego parlament odgórnie je zmniejszył: w 2004 r. do 7 proc., a w 2010 r. do wspomnianych 3,5 proc. Przy każdej obniżce towarzystwa straszyły przyszłych emerytów groźbą bankructwa. Jak widać, do niczego takiego nie doszło, a instytucje finansowe nadal zarabiają krocie na oszczędnościach Polaków. Z roku na rok dochody firm emerytalnych rosną, m.in. dzięki wzrostowi aktywów, którymi zarządzają. Poza opłatą od składki towarzystwa pobierają bowiem również opłatę za zarządzanie – do 0,54 proc. rocznie od wszystkich zgromadzonych w OFE oszczędności.

Smaczny rozwój gospodarczy

Smaczny rozwój gospodarczy

Podjęto starania w celu utworzenia w woj. pomorskim Regionalnej Izby Gospodarczej Żywności Naturalnej i Tradycyjnej.

Jak informuje Portal Samorządowy, inicjatorami powołania instytucji są urząd marszałkowski woj. pomorskiego oraz Pomorski Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Gdańsku. Jej celem będzie wspieranie producentów żywności naturalnej, tradycyjnej i produkowanej w ramach systemów jakości. Dyrektor PODR Aleksander Mach przyznał, że rozmowy na ten temat trwają od kilku lat, a obecne starania to już druga próba utworzenia izby. Do jej powołania potrzeba co najmniej 50 producentów. Idea utworzenia izby jest propagowana podczas szkoleń nt. produkcji i sprzedaży spożywczych produktów lokalnych i regionalnych. W szkoleniach organizowanych w każdym z szesnastu powiatów regionu łącznie ma uczestniczyć ponad 300 osób.

Zdaniem Macha „ludzie są coraz bardziej zainteresowani zdrową żywnością, jest moda na zdrowie, omijanie chemii, dobre nawyki żywieniowe”. Według szacunków PODR w woj. pomorskim działa ok. 800 producentów żywności lokalnej i tradycyjnej oraz ok. 600 gospodarstw ekologicznych, a zainteresowanie rolników przejściem na „naturalny” sposób produkcji wciąż się zwiększa.

Edyta Klasa z urzędu marszałkowskiego poinformowała, że dzięki powołaniu izby możliwe byłoby utworzenie w Gdańsku stałego punktu sprzedaży żywności lokalnej. Rozważane jest jego powstanie w Garnizonie Kultury, czyli w kompleksie powstającym na terenie b. jednostki wojskowej przy ul. Słowackiego we Wrzeszczu.

Nie z nami ten feudalizm

Nie z nami ten feudalizm

Związkowcy krytykują planowane przez rząd zmiany w Kodeksie pracy. W ich rezultacie „będziemy pracować przez 26 tygodni z rzędu, po 12 godzin na dobę!” – przestrzegają.

Jak informuje portal Money.pl, wśród propozycji zmian w ustawie znalazło się m.in. wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy, co oznacza, że przedsiębiorcy będą mogli dużo później niż dotychczas oddać pracownikom dni wolne w zamian za przepracowane nadgodziny albo pracę w weekendy i święta. Projekt przewiduje ponadto zmianę definicji doby pracowniczej, ułatwienia we wprowadzaniu przerywanego czasu pracy, wydłużenie niepłatnej przerwy w pracy oraz obniżenie stawek za pracę ponadwymiarową (za pracę w nocy, niedzielę lub święto zatrudniony otrzyma dodatkowo 80 proc., a nie 100 proc. wynagrodzenia, a za nadgodziny w pozostałe dni – dodatek w wysokości 30 proc. zamiast 50 proc. płacy).

– „Ten projekt jest skandaliczny i całkowicie nie do przyjęcia” – ocenia Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność”. – „Nie doszliśmy do porozumienia na Komisji Trójstronnej i będziemy w tej sprawie nadal protestować” – zapowiada. Przekonuje, że proponowane przez rząd zmiany w prawie są sprzeczne z unijną dyrektywą dotyczącą czasu pracy. Podkreśla, że już przy czteromiesięcznym okresie rozliczeniowym dochodzi do licznych nadużyć. – „Jeżeli te zmiany wejdą w życie, staniemy się pracownikami na żądanie” – oburza się Duda. – „Obliczyliśmy, że w skrajnych przypadkach zgodna z prawem będzie praca 26 tygodni dzień w dzień, po 12 godzin na dobę”.

Wśród planowanych przez resort pracy zmian pojawił się też pomysł korzystny dla pracowników. O dopłaty z budżetu państwa do funduszu płac będą mogły się ubiegać firmy, które udokumentują swoją trudną sytuację finansową i konieczność zwolnień. Publiczne środki miałyby pomóc w utrzymaniu miejsc pracy, pod warunkiem ich rzeczywistego zachowania. – „Trwają dyskusje nad wysokością dopłat, ale nie mogę jeszcze podać żadnych kwot. Dotacje byłyby przeliczane na jednego pracownika i zależne od okresu utrzymania miejsc pracy przez pracodawcę” – mówi poseł Adam Szejnfeld, który kieruje sejmową komisją nadzwyczajną rozpatrującą projekty tzw. ustaw deregulacyjnych.

Minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz wspominał w mediach o kwocie 400 mln zł. Przeznaczenie tych środków na utrzymanie miejsc pracy ma być dla państwa bardziej korzystne niż finansowanie zasiłków dla rosnącej rzeszy bezrobotnych. W tej chwili bez pracy jest już ponad 14 proc. Polaków, czyli aż 2,3 mln osób. Z dopłat mogłoby skorzystać nawet 15 proc. działających w Polsce przedsiębiorstw. Jak wynika z danych firmy Manpower, która regularnie bada perspektywy zatrudnienia w kraju, właśnie taki odsetek pracodawców planuje zwolnienia w I kwartale 2013 r. Łącznie pracę stracić może nawet 300 tys. osób.