By dało się przeżyć starość

By dało się przeżyć starość

Jak dowiedział się „Dziennik Gazeta Prawna”, rząd zgodzi się na propozycję związkowców, którzy chcą przymusowego opłacania składek na ubezpieczenia społeczne od wszystkich umów-zleceń. Zdaniem ministra pracy dzięki takiemu rozwiązaniu pracownicy będą mieli wyższe emerytury.

Zespół problemowy ds. ubezpieczeń społecznych Komisji Trójstronnej „wziął na warsztat” przygotowany przez NSZZ „Solidarność” projekt nowelizacji ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych. Związkowcy postulują oprócz zaostrzenia zasad oskładkowania zleceń m.in. rozszerzenie obowiązkowych ubezpieczeń na umowy o dzieło oraz by członkowie rad nadzorczych otrzymujący za swoją pracę wynagrodzenie przymusowo opłacali składki emerytalne, rentowe i wypadkowe, o ile nie są ubezpieczeni z innego tytułu. Kolejną propozycją jest zniesienie obecnie obowiązującej hierarchii kolejności powstania obowiązku opłacania składek, tak by przypadku zbiegu kilku tytułów danina na rzecz ZUS była odprowadzana od każdej umowy. – „To rozwiązanie zachęci firmy do zatrudniania pracowników na podstawie umowy o pracę. Równocześnie takim osobom ułatwi to odłożenie pieniędzy na przyszłe świadczenia” – wyjaśnia Wiesława Taranowska, wiceprzewodnicząca OPZZ.

Obecnie ponieważ oskładkowana jest pierwsza umowa, zazwyczaj jest ona podpisywana na niewielką kwotę, a dopiero kolejne odpowiadają prawdziwym zarobkom zleceniobiorcy. – „Zmiana spowoduje, że osoby wykonujące pracę na podstawie umów cywilnoprawnych uzyskają w przyszłości wyższe wypłaty z ZUS” – mówi Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej. Dodaje, że zmiany ograniczą ponadto możliwość manipulowania umowami przez pracodawców w taki sposób, aby wysokość należności na rzecz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych była jak najniższa.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Solidarne oszczędności

Solidarne oszczędności

W gminie Działdowo samorządowcy obniżyli swoje uposażenia o 10 procent. Publiczna kasa zaoszczędziła w ten sposób 60 tys. zł, które wykorzystano na ograniczenie cięć w wymiarze zatrudnienia pracownic miejscowych świetlic.

Niedawno pisaliśmy o radnych Jasienicy, którzy w dobie kryzysu „zaciskanie pasa” zaczęli od siebie. Tym razem dobry przykład dali radni i wyżsi urzędnicy (np. kierownicy jednostek samorządu) gminy Działdowo – informuje portal moje-dzialdowo.pl. – „Nie spinał nam się budżet i musieliśmy zastosować cięcia zarówno w administracji, jak i w naszych jednostkach – między innymi w świetlicach. Panie w listopadzie otrzymały sygnał, że możliwe, że będzie sytuacja gorsza i będą zatrudnione na pół etatu” – relacjonuje wójt Paweł Cieśliński. Ze strony radnych gminy padł pomysł, by brakujących pieniędzy poszukać we własnych kieszeniach: zaproponowali obniżenie swoich diet o 10 proc., dzięki czemu cięcia będą dla świetliczanek mniej bolesne. Podobnie postąpili urzędnicy oraz wójt. – „Zrezygnowaliśmy z części własnego wynagrodzenia i w ten oto sposób udało się ponad 60 tys. zł na ten rok uzbierać, po to, żeby zwiększyć zatrudnienie wszystkich pań zatrudnionych w świetlicach z pół do trzech czwartych etatu. Dzięki temu mają lepsze zabezpieczenie finansowe, a sześć godzin w świetlicy jest zapewnione. Myślę, że to będzie z korzyścią dla naszych mieszkańców. Myślę, że to dobry pomysł i dobra inicjatywa. My jako kierownicy może mamy nieco wyższe dochody niż inni, więc się nimi podzielmy” – powiedział wójt. Zapowiedział też, że jeśli w przyszłych latach będzie taka możliwość finansowa, poziom zatrudnienia i wynagrodzenia w świetlicach będą podnoszone.

Wójt Cieśliński podkreślił, że inicjatywa pojawiła się na skutek dobrowolnej deklaracji wszystkich objętych nią osób.

Liberałowie z 1001 nocy

Liberałowie z 1001 nocy

W ciągu ostatnich czterech lat zyski polskich przedsiębiorstw wzrosły o 65 proc., a fundusz wynagrodzeń brutto zwiększył się zaledwie o 15 proc. Mantrę liberalnych ekonomistów o wysokich kosztach pracy w naszym kraju należy włożyć między bajki – przekonuje „Solidarność”.

Jak zauważa NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, skomplikowany sposób naliczania wynagrodzeń w Polsce, w dodatku obciążonych kilkoma składkami o zróżnicowanej wysokości, sprawia, że wśród pracodawców i pracowników panuje przekonanie, że koszty pracy są zbyt wysokie. Tymczasem są one niższe niż w wielu państwach Unii Europejskiej. Kancelaria Sedlak & Sedlak, korzystając z danych Eurostatu, przeanalizowała godzinowe koszty pracy w krajach Europy Środkowo-Wschodniej: w Polsce w 2011 r. wynosiły one 7,1 euro – mniej niż na Węgrzech (7,6), w Estonii (8,1), Słowacji (8,4), Czechach (10,5) i Słowenii (14,4). Mniejsze koszty pracy niż u nas są tylko na Łotwie (5,9), Litwie (5,5), w Rumunii (4,2) i Bułgarii (3,5), przy czym w tych dwóch ostatnich krajach są one najniższe w Europie.

Zdaniem prof. Mieczysława Kabaja z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych dyskusja o kosztach pracy bez uwzględnienia innych wskaźników ekonomicznych – jak wydajność pracy czy udział kosztów pracy w Produkcie Krajowym Brutto – nie ma sensu. – „Obciążenie PKB kosztami związanymi z zatrudnieniem w latach 2000-2011 spadło z ponad 40 proc. do 36 proc. To znaczy, że relatywnie koszty pracy zmniejszyły się. Stało się tak dlatego, że w tym okresie szybciej rosła wydajność” – ocenia prof. Kabaj. Podkreśla, że wydajność pracy zwiększyła się o 44 proc., a wynagrodzenia jedynie o 29 proc. Średnia udziału kosztów związanych z zatrudnieniem w PKB dla całej UE wynosi 50 proc. Niższy niż w Polsce ten odsetek jest tylko w Grecji (34,2 proc.).

Najlepiej dla pracowników byłoby, gdyby wydajność pracy i wynagrodzenia rosły równomiernie. – „Gdyby między wydajnością pracy a przeciętnymi wynagrodzeniami zachowana była relacja, która występuje w Unii Europejskiej, przeciętne wynagrodzenia w Polsce byłyby znacznie wyższe i w 2011 r. wynosiłyby ok. 5 tys. zł” – dodaje prof. Kabaj.

Naukowiec zwraca też uwagę, że w ciągu 4 ostatnich lat, czyli w okresie spowolnienia gospodarczego, łączne zyski przedsiębiorstw wzrosły o 65 proc., z 63 do 104 mld zł. Natomiast fundusz wynagrodzeń brutto w tym czasie zwiększył się tylko o 15 proc. – „Nastąpiło przesunięcie między zyskami a wynagrodzeniami. Byłoby to korzystne, gdyby polscy przedsiębiorcy inwestowali swoje zyski. Niestety inwestycje spadają, mimo że zasoby finansowe polskich przedsiębiorstw wynoszą 200 mld zł” – podkreśla prof. Kabaj.

Ekspert zoptymalizowany

Ekspert zoptymalizowany

Pod koniec ubiegłego roku władze Grupy PKP ogłosiły plany „optymalizacji” sieci kolejowej, które polegać mają na skróceniu polskiej sieci kolejowej o kilka tysięcy kilometrów. Pojawiały się różne liczby – sięgające nawet 8 tys. km!

Forsowanym przez Grupę PKP planom likwidacji kolejnych tysięcy kilometrów linii kolejowych szybko sprzeciwił się niespotykany szeroki sojusz organizacji pracodawców, samorządu gospodarczego, organizacji pozarządowych, związkowców oraz ludzi nauki – od europejskiego stowarzyszenia przewoźników towarowych ERFA, Izby Gospodarczej Transportu Lądowego, Związku Niezależnych Przewoźników Kolejowych, przez takie stowarzyszenia i inicjatywy jak „Zielone Mazowsze”, „Kocham Radom” czy „Tiry na tory”, największe kolejarskie związki zawodowe aż po pracowników naukowych Politechniki Śląskiej czy Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Organizacje we wspólnym liście otwartym oświadczyły, iż „planowane przez polski rząd działania mogą jedynie doprowadzić do ostatecznego zmarginalizowania roli kolei w Polsce i uniemożliwienia jej rozkwitu w przyszłości”.

„Proces zamykania torów jest nieunikniony”

Choć od 1990 r. zlikwidowano w Polsce już 6,5 tys. km linii kolejowych, to bardzo szybko znalazł się ekspert, który popiera dalszy demontaż polskiej sieci kolejowej. – Proces zamykania torów jest nieunikniony, bo Polski nie stać na tak rozległą ich sieć – powiedział bez ogródek w połowie stycznia „Dziennikowi Gazecie Prawnej” Wojciech Śmiech z portalu „Rynek Kolejowy”.

Niespełna dwa tygodnie później – gdy internet obiegła robiąca wrażenie mapa porównująca gęstą sieć połączeń kolejowych z 1988 r. z poważnie przerzedzoną siecią z 2009 r. – „Gazeta Wyborcza” o komentarz poprosiła nie nikogo innego, lecz Wojciecha Śmiecha. Wyjaśnił on, dlaczego sieć kolejowa jest coraz krótsza: – Kolej nie spełnia już tej samej funkcji, którą spełniała na przełomie lat 80. i 90. Wtedy z kolei korzystał ponad miliard pasażerów rocznie. Dzisiaj to jest tylko ponad 200 milionów. Przed laty utrzymywano linie bez ekonomicznego uzasadnienia, bo nie było tego, co dziś rozumiemy jako ekonomię.

Skoro spadek liczby korzystających z kolei jest zjawiskiem zupełnie naturalnym, to jak Wojciech Śmiech wytłumaczy to, że w czasie gdy w Polsce liczba pasażerów przewożonych koleją spadła ponad pięciokrotnie, w wielu krajach Europy miał miejsce znaczący wzrost liczby podróżnych. Między innymi w Austrii (z 174 mln w 1991 r. do 214 mln w 2011 r.), Belgii (z 146 mln w 1991 r. do 229 mln w 2011 r.), Danii (z 144 mln w 1991 r. do 219 mln w 2011 r.), Francji (z 829 mln w 1991 r. do 1 mld 90 mln w 2011 r.), Niemczech (z 1 mld 397 mln w 1991 r. do 1 mld 981 mln w 2011 r.), Szwajcarii (z 291 mln w 1991 r. do 350 mln w 2011 r.), Wielkiej Brytanii (z 740 mln w 1991 r. do 1 mld 429 mln w 2011 r.) i we Włoszech (z 438 mln w 1991 r. do 530 mln w 2011 r.) – statystyki Synopsis międzynarodowego związku kolei UIC.

Dodajmy, że w Belgii, Holandii, Szwajcarii oraz we Włoszech wzrost liczby pasażerów miał miejsce jednocześnie z wydłużeniem sieci eksploatowanych linii kolejowych.

Może więc – zamiast wyjaśniać spadające wykorzystanie kolei w Polsce pustymi sloganami o tym, że „kolej nie spełnia już tej samej funkcji, którą spełniała” – warto rozważyć, czy na drastyczny spadek liczby pasażerów wpływu nie miało drastyczne skrócenie sieci kolejowej, przez co kolej odcięła się od mieszkańców całych regionów?

„Nie stać nas na tę liczbę linii”

– Nas nie stać nawet na tę liczbę linii, które mamy teraz. Chciałbym, żebyśmy mieli bardzo gęstą sieć, ale trzeba pamiętać, że teraz mamy jedną z gęstszych w Europie – ciągnął dalej w komentarzu dla „Gazety Wyborczej” Wojciech Śmiech.

Ze stwierdzeniem, że polska sieć jest jedną z gęstszych w Europie, zgodzić się jest bardzo trudno. Mianowicie w Polsce gęstość sieci kolejowej wynosi 63 km linii na 1000 km2, co stanowi jedynie połowę najwyższych europejskich wskaźników – 117 km/1000 km2 dla Belgii oraz 120 km/1000 km2 dla Czech.

Gęstszą od Polski sieć kolejową mają jeszcze między innymi: Wielka Brytania (66 km/1000 km2), Holandia (69 km/1000 km2), Słowacja (74 km/1000 km2), Węgry (82 km/1000 km2), Szwajcaria (87 km/1000 km2), czy Niemcy (94 km/1000 km2) – dane na podstawie rocznika statystycznego Komisji Europejskiej „EU transport in figures 2012”.

„Dalej tak dużo linii?”

– Pytanie, które teraz sobie zadajemy, to czy dalej chcielibyśmy mieć tak dużo linii, czy mniej, ale dobrze utrzymanych – stwierdził na koniec wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” Wojciech Śmiech. Zagadką pozostaje, na jakiej podstawie ekspert „Rynku Kolejowego” uważa, że im krótsza sieć kolejowa, tym wyższy poziom jej utrzymania. Dotychczasowe doświadczenia pokazują coś zupełnie odwrotnego.

Przez minionych 20 lat w Polsce masowe likwidacje linii kolejowych oraz pogarszający się stan wciąż istniejącej sieci były bowiem procesami jednoczesnymi. Od 1990 r. do 2010 r. polska sieć kolejowa skróciła się z 26,2 tys. km do 19,7 tys. km, czyli o jedną czwartą – to niechlubny europejski rekord. Równocześnie stan zachowanej sieci ze względu na brak bieżącego utrzymania wciąż się pogarszał. Tylko w okresie od 2000 r. do 2010 r. – gdy w sumie zdemontowano 2,9 tys. km sieci kolejowej – łączna długość odcinków objętych obniżeniem prędkości rokrocznie wyraźnie przekraczała długość odcinków objętych podwyższeniem prędkości. Przykładowo w ramach rozkładu jazdy 2002/2003 pociągi przyspieszyły na łącznie 176 km toru, jednocześnie jednak musiały zwolnić na w sumie 1979 km torów! Spółka PKP Polskie Linie Kolejowe w raporcie rocznym za 2010 r. – a więc na zwieńczenie dwóch dekad demontowania linii kolejowych na masową skalę – sama przyznała, że w dobrym stanie znajduje się jedynie 36% sieci kolejowej.

„Sieć kolejowa jest generalnie za duża”

29-letni Wojciech Śmiech jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, gdzie obronił pracę magisterską „Grupy interesu w Unii Europejskiej” analizującą aktywność grup interesu pod kątem wpływu na instytucje unijne.

Zanim Wojciech Śmiech stał się ekspertem kolejowym, pracował w miesięczniku „Mice Poland”. Jak czytamy na stronie internetowej tego czasopisma, „w magazynie ukazują się publikacje dotyczące zarówno rynku eventów, konferencji i kongresów, jak i incentive i podróży biznesowych”.

Wojciech Śmiech – będąc obecnie nie tylko jednym z dziennikarzy miesięcznika „Rynek Kolejowy”, ale także redaktorem prowadzącym portal internetowy www.rynek-kolejowy.pl – rzeczywistości kolejowej musiał się szybko nauczyć. Wygląda na to, że nauczycielem Śmiecha był jego szef – Henryk Klimkiewicz, prezes wydającego „Rynek Kolejowy” Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. Człowiek, który w 2007 r. w wywiadzie dla „Polskiej Gazety Transportowej” powiedział: – Sądzę, że sieć kolejowa w Polsce jest generalnie za duża.

Karol Trammer

Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „Z Biegiem Szyn”, nr 64, marzec-kwiecień 2013; http://www.zbs.net.pl.