Światło na świetlice

Światło na świetlice

Należy zbadać, czy świetlice szkolne zaspokajają potrzeby uczniów oraz skontrolować pod kątem bezpieczeństwa i higieny te, które połączono ze stołówkami – rekomenduje Związek Nauczycielstwa Polskiego w specjalnym opracowaniu.

Jak informuje Portal Samorządowy, Komisja Pedagogiczna Zarządu Głównego ZNP przeprowadziła na przełomie lat 2012/2013 badanie ankietowe dotyczące funkcjonowania świetlic szkolnych, w którym wzięło udział 676 oddziałów Związku z 15 okręgów (dodatkowo, wyniki z regionalnego badania z pierwszej połowy 2012 r. przekazał do wykorzystania okręg podkarpacki). Na 6657 szkół podstawowych, gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych objętych badaniem świetlice działają w 4496 placówkach, co stanowi 67,54 proc.

Według ZNP społeczne zapotrzebowanie na opiekę w świetlicach będzie rosło, co wynika z przemian gospodarczych, m.in. wydłużającego się czasu pracy rodziców. Tymczasem ponad 21 proc. szkół podstawowych i niemal 31 proc. gimnazjów nie zapewnia opieki świetlicowej swoim uczniom. Szkoły ponadgimnazjalne sporadycznie organizują świetlice (18,83 proc.). Na 1681 zbadanych zespołów szkół jedynie 1255 (74,66 proc.) prowadzi świetlice szkolne.

Badania wykazały również, że częstym problemem jest łączenie świetlic ze stołówkami w jednym pomieszczeniu. Dzieje się tak w 32,33 proc. szkół podstawowych, 31,63 proc. gimnazjów, 11,29 proc. szkół ponadgimnazjalnych oraz 34,74 proc. zespołów szkół. „Umiejscowienie świetlicy szkolnej razem ze stołówką w znacznym stopniu ogranicza jej działalność. Na czas wydawania obiadów przerywa się pracę świetlicy – z praktyki wiemy, że najczęściej to nauczyciele świetlicy pełnią dyżury w stołówkach podczas spożywania przez uczniów obiadów” – czytamy w opracowaniu.

Z badań wynika, że na 28 175 grup wychowawczych w świetlicach szkolnych, 5685 (20,18 proc.) przekracza przepisową liczebność. W badanych zespołach szkół takich zbyt liczebnych grup funkcjonuje 25,69 proc., w szkołach podstawowych – około 17 proc, a w gimnazjach 28 proc. Największy odsetek, bo aż 71 proc., jest ich w szkolnictwie ponadgimnazjalnym.

Respondenci wskazują również, że grupy świetlicowe organizowane są doraźnie. Nie są to grupy ewidencjonowane w dzienniku pracy świetlicy. Ponadto, „proporcje wykorzystania czasu pracy świetlicy w poszczególnych przedziałach czasowych wydają się nieprawidłowe. Wątpliwości budzi niski wskaźnik wykorzystania świetlic szkolnych po zajęciach lekcyjnych, a stosunkowo wysoki w czasie ich trwania. Zagadnienie to powinno zostać poddane szczegółowej analizie w kontekście faktycznych potrzeb objęcia uczniów opieką świetlicową w poszczególnych szkołach” – wynika z opracowania. ZNP rekomenduje także m.in. konieczność zbadania, czy funkcjonujące świetlice szkolne zaspokajają potrzeby uczniów oraz wzmocnienie nadzoru nad funkcjonowaniem świetlic połączonych ze stołówkami pod kątem bezpieczeństwa i higieny pracy. W zakresie zmian w przepisach, według Komisji należy wykreślić z Karty nauczyciela możliwość realizowania tzw. godziny karcianej w świetlicy szkolnej. Komisja domaga się też doprecyzowania przepisu o liczebności grup poprzez dodanie zapisu, że pod opieką jednego nauczyciela nie może pozostawać jednocześnie więcej niż jedna grupa wychowawcza.

Opracowanie dostępne jest pod tym adresem.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

O JOW-ach krytycznie

O JOW-ach krytycznie

W mediach trwa dyskusja na temat rzekomych korzyści z postulowanego wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. Z tej okazji przypominamy tekst Joanny i Andrzeja Gwiazdów, opublikowany w „Obywatelu” nr 2(16)/2004.

Poniższa, lekko poprawiona wersja bazuje na wersji opublikowanej w zbiorze publicystyki Autorów, zatytułowanym „Poza Układem”. Książka ta, wydana przez nasze środowisko, dostępna jest nadal w sprzedaży wysyłkowej.

* * *

O JOW-ach krytycznie

System wyboru parlamentu w jednomandatowych okręgach wyborczych obarczony jest rozlicznymi wadami, ale w porównaniu z obecnie obowiązującą ordynacją wyborczą może wydawać się szczytowym osiągnięciem demokracji. Trudno się dziwić, że znajduje zwolenników. Natomiast niepokojące jest, że ruch obywatelski wokół JOW-ów nie stał się okazją do szerszej dyskusji o różnych rodzajach ordynacji i warunkach funkcjonowania demokracji, chociaż wśród zwolenników JOW-ów nie brak intelektualistów. Przywódcy ruchu prezentują postawę „JOW-y albo śmierć” i „kto nie z nami, ten przeciw nam” (por. artykuł Jerzego Przystawy w „Forum Polskim” nr 5/2003).

Po ostatnich wyborach w Senacie znalazł się większy procent reprezentantów dominującej partii SLD niż w Sejmie, chociaż ordynacja proporcjonalna obowiązująca przy wyborach posłów zawiera kilka istotnych ograniczeń demokracji. Podstawowa wada JOW-ów – eliminacja mniejszości, nie jest teoretycznym wymysłem. Jednak jeśli zwolennicy JOW-ów stanowią rzeczywiście większość w społeczeństwie, najbliższe wybory do parlamentu powinny odbyć się według tego systemu. Skoro musimy dochodzić do najlepszej dla Polski formuły demokracji drogą kolejnych eksperymentów, to zacznijmy jak najwcześniej, bo czas ucieka.

Problem w tym, że wprowadzenie JOW-ów wymaga zmiany Konstytucji. W art. 96 p. 2 dotyczącym wyborów do Sejmu wpisano zasadę proporcjonalności. Zmianę Konstytucji uchwala Sejm większością 2/3 głosów (art. 235 p. 4). Jest mało prawdopodobne, aby posłowie wybrani według obecnej ordynacji opowiedzieli się za ideą JOW-ów taką większością głosów. Wymagałoby to poparcia największych klubów parlamentarnych.

Entuzjaści JOW-ów tego argumentu nie chcą słuchać, jak i zresztą żadnego innego. Cytując Jerzego Przystawę: Wszystko to są próby zabicia nadziei. /…/ Nadziei, która przyświecała nam, gdy powstawała „Solidarność”, która pozwalała nam rzucić wyzwanie sowieckiemu imperium, nie bacząc na jego czołgi i rakiety…. J. Przystawa trochę tu przesadził. Gdyby nie czołgi i rakiety, „Solidarność” zażądałaby wówczas wolnych wyborów według ordynacji przedwojennej. Natomiast trudno nie zgodzić się z poglądem, że Konstytucję można nie zmienić, a po prostu obalić. Nazywa się to rewolucją, ale jakoś trudno sobie wyobrazić rewolucję pod hasłem zmiany ordynacji wyborczej. Obecnie wielu ludzi nie miałoby nic przeciw rewolucji, lecz jest mało prawdopodobne, że ten pogląd podzielają uczestnicy pragmatycznego ruchu obywatelskiego. Wbrew obiegowym opiniom, Polacy są legalistami i obalenie Konstytucji przyjętej w wyniku referendum nie będzie hasłem popularnym. Pozostaje cierpliwe przekonywanie posłów do idei JOW-ów.

I to jest główny polityczny zarzut do ruchu na rzecz JOW-ów. Czekając na cudowne nawrócenie 2/3 posłów albo na rewolucję nie wykorzystujemy szansy na poprawienie ordynacji wyborczej w ramach obowiązującej Konstytucji, do czego wystarczy przekonanie połowy posłów. Przynajmniej niektóre zmiany łatwo uzasadnić powołując się właśnie na Konstytucję. Oto kilka propozycji:

1. Zlikwidowanie progów wyborczych, które łamią zasadę proporcjonalności i nie dają żadnej szansy lokalnym inicjatywom wyborczym. Dość łatwo można wykazać prostym rachunkiem matematycznym, że 5% próg wyborczy jest sprzeczny z art. 100 p. 1 Konstytucji, który przyznaje prawo zgłaszania kandydatów „partiom politycznym oraz wyborcom”. Czy wyborcy mogą zarejestrować swoje komitety w wielu okręgach wyborczych, aby sumować głosy w celu przekroczenia progu wyborczego? Teoretycznie jest to możliwe, jeśli komitety wyborców w całej Polce przyjmą wspólną nazwę i ustanowią jednego pełnomocnika. W praktyce oznacza to utworzenie ogólnokrajowej partii. Przykładem może być Platforma Obywatelska, która ze względów propagandowych startowała w wyborach jako komitet wyborców. Obecnie nikt już nie ma wątpliwości, że była to partia polityczna jak każda inna.

2. Zlikwidowanie przeliczników, które służą ustaleniu liczby mandatów przypadających poszczególnym partiom (np. metodą Sainte-Laguë) niezgodnie z zasadą proporcjonalności. Jeśli partia uzyskała w wyborach 40% głosów, to przysługuje jej 40% mandatów, a nie więcej. „Poprawianie” woli wyborców jest jawnym pogwałceniem zasad demokracji.

3. Wprowadzenie zasady, że poseł, który chce opuścić klub parlamentarny musi złożyć mandat. W wyborach proporcjonalnych jest to żądanie całkowicie uzasadnione, ponieważ wyborca oddaje głos na wybraną listę. Taki zakaz powstrzymałby proceder powoływania coraz to nowych partii bez wyraźnego oblicza ideowego i programu, których jedynym celem jest dostanie się do Sejmu.

4. Wprowadzenie wymogu kandydowania z okręgu stałego zamieszkania. Geremek kandydujący z Olsztyna, Celiński z Płocka – to powtórka z historii PRL, kiedy sekretarz partii „przywoził kandydatów w teczce”.

5. Wprowadzenie na kartach wyborczych pozycji „Bojkot”, albo „Przeciw wszystkim”, ponieważ ordynacja wyborcza nie stawia żadnych wymagań frekwencji dla ważności wyborów. Obywatele, którzy nie uczestniczą w wyborach chcąc w ten sposób zaprotestować przeciwko całej klasie politycznej lub złej ordynacji wyborczej, są obecnie przedstawiani jako „ciemna masa” obojętna na los własnego państwa. Oddając głos nieważny można co najwyżej zakwalifikować się do grupy wyborców słabo rozgarniętych, a procent głosów oddanych na poszczególne partie i tak liczony jest od sumy głosów ważnych.

6. Konstytucja wymaga, aby wybory odbywały się w dniu wolnym od pracy (art. 98 p. 2.). Można zażądać, aby dniem wyborów była sobota. Wybory w niedzielę wikłają Kościół bezpośrednio w politykę, niezależnie od woli hierarchii.

7. Obniżenie liczby podpisów niezbędnych do zarejestrowania komitetu wyborczego w okręgu. Na uczciwe zebranie 3000 podpisów trzeba poświęcić bardzo dużo czasu i wysiłku, ponieważ ludzie traktują swój podpis jako zobowiązanie do głosowania na daną listę. Komitety wyborcze opłacają osoby zbierające podpisy albo oszukują, np. wymieniają się listami lub wykorzystują poprzednio zebrane podpisy. Nawet starannie i uczciwie zbierając podpisy, przy wymaganiu ilości 3000 osób popierających, łatwo można wejść na minę. Wystarczy, że ktoś ze zbierających dla wygody lub ze złej woli wpisze „martwe dusze”, przepisze dane z innej listy lub niestarannie sprawdzi numery dowodów osobistych, aby komitet wyborczy w niesławie musiał zrezygnować z kandydowania. Takie wpadki zdarzają się tylko osobom niepożądanym w Sejmie. Np. w ten sposób utrącono kandydaturę Rafała Krawczyka w wyborach do Sejmu II kadencji. Znany ekonomista ośmielił się mieć inną koncepcję prywatyzacji, kiedy był jeszcze czas, aby zawrócić z błędnej drogi. Teraz kłopoty ma posłanka Beger z „Samoobrony”.

W tradycji parlamentaryzmu europejskiego pięcioprzymiotnikowe wybory do parlamentu (powszechne, tajne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne) uważane są za lepiej służące funkcjonowaniu demokracji niż większościowe. Oczywiście nie jest to obowiązująca sztywno reguła, ponieważ przydatność ordynacji zależy od sytuacji. System proporcjonalny nie może dać dobrych wyników, jeśli wyborca nie wie, czego oczekiwać głosując na jakąś partię, wewnątrz partii politycznych nie stosuje się zasad demokracji, a powstawanie nowych partii i ich udział w wyborach są utrudnione. Obecnie, kiedy o wyniku wyborów decyduje dostęp do telewizji, główną przeszkodą w funkcjonowaniu demokracji (nie tylko w Polsce) jest „polityczna poprawność” popularnych stacji telewizyjnych. W Polsce sytuacja jest wyjątkowo niekorzystna, ponieważ największe partie mają swój rodowód w PRL, albo w fotografii z Lechem Wałęsą. Partie nie powstały w sposób naturalny, drogą oddolnego organizowania się ludzi o podobnych poglądach na sprawy publiczne. Przegrupowania i mutacje to wciąż mieszanie w tej samej zupie. Jedyną obecnie znaczącą partią, która zorganizowała się oddolnie i sama wylansowała jest „Samoobrona”. Wiele prób organizowania partii rozbiło się o próg finansowy, politykę informacyjną mediów, a przede wszystkim o progi wyborcze.

Spróbujmy zastanowić się, jaka ordynacja byłaby obecnie najlepsza. Według J. Przystawy, argumentem na rzecz JOW-ów są podobno dobre wyniki wyborów burmistrzów i wójtów. Być może rzeczywiście wybrano znakomitych gospodarzy gmin i miast, ale wynika z tego tylko wniosek raczej oczywisty, że jedną osobę – wójta lub prezydenta – wybieramy w okręgu jednomandatowym. Każdy, kto był w jakiejkolwiek organizacji społecznej wie, że najprostszym demokratycznym sposobem wyboru kilkuosobowej reprezentacji, np. zarządu jest wybieranie z listy kandydatów tylu osób, ile jest mandatów (głos oddany na mniejszą liczbę osób jest oczywiście ważny). W ten sam sposób można by wybierać posłów w okręgach wielomandatowych. Jest to tak samo głosowanie bezpośrednio na osobę jak w okręgu jednomandatowym, natomiast daje wyborcy większą szansę, że ważne dla niego problemy i poglądy będą w Sejmie prezentowane. Posłużę się prostym przykładem. Załóżmy, że chcemy, aby nasz reprezentant był przeciwnikiem doktrynalnego neoliberalizmu, miał poglądy lewicowe w sensie społecznym i konserwatywne w sprawach obyczajowych, był wyczulony na zagrożenie środowiska naturalnego, popierał gospodarkę rodzinną na wsi (nie produkcję żywności metodami wielkoprzemysłowymi), doceniał potrzebę lustracji, lub szerzej – odtworzenia prawdziwej historii Polski i był krytyczny wobec Unii Europejskiej. W okręgu jednomandatowym, tak jak i teraz, nie byłoby na kogo głosować. Natomiast mając do dyspozycji kilka głosów można wskazać taką reprezentację okręgu, aby w Sejmie ktoś pilnował wszystkich spraw ważnych dla konkretnego wyborcy. Nawet gdyby w okręgu jednomandatowym znalazł się kandydat o poglądach całkowicie zbieżnych z wymienionymi wyżej, to nie miałby żadnych szans z kimś o poglądach bardziej popularnych. Sądząc np. z wyników referendum, przy wyborach w JOW-ach do Sejmu nie wejdzie ani jeden przeciwnik Unii Europejskiej. Natomiast w okręgu pięciomandatowym przeciwnicy UE mieliby szansę wprowadzić do Sejmu przynajmniej jednego posła.

Na koniec wysuńmy pewną hipotezę. Miejmy nadzieję, że jest mało prawdopodobna, ale warto i pod tym kątem obserwować rozwój wypadków. Po wejściu do Unii Europejskiej JOW-y realnie zagrażają integralności państwa polskiego. Wobec słabości gospodarki, wysokiego bezrobocia i przy dramatycznym braku środków publicznych, społeczności lokalne całą nadzieję na rozwój pokładają w dotacjach z UE i zagranicznych „inwestycjach”, nawet gdyby to miało być tylko wysypisko śmieci. Czy Sejm złożony z reprezentantów lokalnych społeczności będzie w stanie bronić interesów państwa jako całości lub przeznaczyć choćby niewielkie pieniądze na jakieś badania naukowe czy ochronę środowiska? Jest to bardzo wątpliwe. Najwięcej zwolenników wycinania Puszczy Białowieskiej jest w okolicznych wsiach, ponieważ praca przy wyrębie, wywózce drewna i w tartakach jest niemal jedynym źródłem dochodów miejscowej ludności. Poseł z Hajnówki lub z Narewki musi głosować za wyrębem puszczy, jeśli ma reprezentować poglądy i interesy większości swoich wyborców, a poseł z jakiejś dzielnicy Gdańska nie może zgodzić się na finansowanie projektów, które mieszkańcom puszczy mogłyby zrekompensować utratę jedynego źródła dochodu.

Źródło korupcji związane z prywatyzacją szybko wysycha, ale otwierają się nowe możliwości korupcji związane z rozdziałem środków finansowych, którymi dysponuje Komisja Europejska. Luminarze polskiej polityki już wiążą swoją przyszłość z agendami UE. Fotele poselskie na Wiejskiej nie są już tak atrakcyjne. Obawiamy się, że w interesie Unii Europejskiej i ponadnarodowych koncernów może leżeć dalsza dezintegracja państwa polskiego, a ścieranie się lokalnych partykularnych interesów w konkurowaniu o skromne unijne środki musi ten proces przyspieszyć.

Poparcie marszałka Borowskiego dla idei JOW-ów, które tak ucieszyło J. Przystawę, bardzo nas niepokoi. Jeśli wkrótce nastąpi cudowne nawrócenie 2/3 posłów, będzie to oznaczać, że nasze obawy były uzasadnione.

Joanna Duda-Gwiazda, Andrzej Gwiazda

Wspólna walka o Turów

Wspólna walka o Turów

Samorządowcy wsparli związkowców w sprawie budowy nowego bloku energetycznego w Elektrowni Turów w Bogatyni oraz w kwestii zapowiadanej restrukturyzacji kompleksu energetycznego.

NSZZ „Solidarność” KWB Turów przytacza treść wystąpień lokalnych samorządowców, którzy – w odpowiedzi na apel związku – skierowali listy do zarządów PGE SA i PGE GiEK SA, wicepremiera, ministra gospodarki, ministra pracy, ministra skarbu, dolnośląskich parlamentarzystów, wojewody i marszałka woj. dolnośląskiego oraz do władz dolnośląskiego sejmiku. Wyrażają w nich zaniepokojenie sygnałami wskazującymi na spowolnienie bądź nawet wstrzymanie budowy nowego bloku energetycznego w Elektrowni Turów. Podkreślają oni, że jest to inwestycja o kluczowym znaczeniu dla regionu.

Jak przypomina w swoim liście starosta Artur Bieliński, od 2009 r. elektrownia wyłącza sukcesywnie najbardziej zużyte moce wytwórcze (bloki nr 8, 9, 10). Miały być one zastąpione nowym, wysokosprawnym blokiem, który w połączeniu z już istniejącymi sześcioma zmodernizowanymi blokami pozwoliłby na utrzymanie poziomu produkcji energii elektrycznej przez najbliższe 30 lat – aż do wyczerpania węgla w złożu. Zapewniłoby to bezpieczeństwo energetyczne oraz utrzymanie miejsc pracy w kopalni i elektrowni, a tym samym – stabilność gospodarczą powiatu zgorzeleckiego. Wydłużenie pracy kompleksu dałoby też czas na przejście do innych form aktywności i stworzenie nowych miejsc pracy, które będą źródłem dochodów mieszkańców powiatu po zakończeniu eksploatacji węgla. Elektrownia i Kopalnia Turów to oprócz Polskiej Miedzi filary gospodarcze Dolnego Śląska i najwięksi lokalni pracodawcy – podkreślił starosta.

Bieliński ostrzega, że zaniechanie planów inwestycyjnych spowoduje powolną degradację wspomnianych firm, a co za tym idzie, podobnie jak w Wałbrzychu, dramatyczne skutki społeczno-ekonomiczne w postaci bezrobocia, emigracji zarobkowej mieszkańców oraz zmniejszonych wpływów z podatków do budżetów Jednostek Samorządu Terytorialnego (zagrozi to realizacji zadań samorządów związanych m.in. z oświatą, służbą zdrowia czy opieką społeczną). „Przemysł górniczy i energetyczny w Turowie to nie tylko ekonomia, ale przede wszystkim ludzie, tradycja i etos pracy kilku pokoleń Polaków, którzy przyjechali na »ziemie odzyskane« z różnych stron kraju właśnie po to, by znaleźć tu pracę i swoje miejsce do życia” – zwrócił uwagę starosta.

W podobnym tonie wypowiedział się burmistrz Bogatyni Andrzej Grzmielewicz. Ostrzegł, iż brak wspomnianej inwestycji będzie oznaczać marginalizację dwóch najważniejszych w okolicy zakładów pracy i doprowadzi do spadku poziomu życia lokalnej ludności. Zadeklarował przy tym pełne poparcie i pomoc w doprowadzeniu do rozpoczęcia i sfinalizowania przedsięwzięcia. „Rozwój Turowa stanowi bowiem być albo nie być dla dziesiątek tysięcy mieszkańców Bogatyni oraz całego regionu” – podkreślił.

Na znaczenie kopalni i elektrowni dla bezpieczeństwa energetycznego i społecznego regionu zwrócił uwagę także burmistrz Lubania Arkadiusz Słowiński. Byt wielu mieszkańców powiatu lubańskiego zależy od losu tych firm – przekonywał. Zauważył również, że hamowanie inwestycji w szeroko rozumianą infrastrukturę stoi w sprzeczności z zapisami Strategii Rozwoju Województwa Dolnośląskiego odnoszącymi się do powiatów zgorzeleckiego i lubańskiego.

Z kolei burmistrz Zgorzelca Rafał Gronicz do listy ww. argumentów za koniecznością realizacji inwestycji dorzucił obawy o „tu i teraz” pracowników Turowa. Za niepokojące uznał „sygnały o planowanej reorganizacji zatrudnienia w obu zakładach, która pod szyldem optymalizacji, według przedstawicieli załogi i związków zawodowych, jest jedynie próbą zakamuflowania faktycznych zwolnień dużej części pracowników”. „Dla mnie – samorządowca, któremu bliskie są losy mieszkańców mojego miasta i regionu, rozwiązania polegające na likwidacji miejsc pracy i przenoszeniu części działalności obu zakładów do spółek koncernu w innych regionach Polski są nie do zaakceptowania” – podkreślił.

Czytaj także o wstrzymaniu projektu budowy elektrowni w Ostrołęce.

Ze strachu o zdrowie

Ze strachu o zdrowie

Okoliczni mieszkańcy protestują przeciwko wydzierżawieniu augustowskiego szpitala. Obawiają się, że zmiana jego statusu prawnego negatywnie wpłynie na sytuację pacjentów.

Jak informuje Polskie Radio Białystok, szpital w Augustowie jest zadłużony na niemal 20 mln zł i co roku przynosi straty, za co zdaniem władz powiatu odpowiedzialny jest NFZ, który proponuje placówce coraz niższe kontrakty na usługi medyczne. Ponadto, szpital musi dostosować pomieszczenia i urządzenia do obowiązujących wymogów prawnych, na co potrzeba aż 15 mln zł. Takiej kwoty nie posiada ani powiat, ani sama placówka.

Powiat wyjaśnia, że nie ma także możliwości prawnych, aby dalej wspierać lecznicę, co wynika z negatywnej oceny wieloletniej prognozy finansowej, wystawionej przez Regionalną Izbę Obrachunkową. Stąd pomysł, aby skorzystać z tzw. dzierżawy operatorskiej: majątek szpitala pozostałby w rękach starostwa, a dzięki czynszowi dzierżawnemu placówka miałaby zyskać możliwość spłaty zadłużenia.

Rozwiązanie to budzi jednak obawy wielu mieszkańców i części radnych powiatowych, którzy sądzą, że będzie ono niekorzystne dla pacjentów. – „Zarząd dostanie możliwość prywatyzacji usług medycznych” – ostrzega Dariusz Szkiłądź z PiS. Dlatego radni tej partii przygotowali listy protestacyjne do zarządu powiatu i z pomocą wolontariuszy oraz parafii zbierają podpisy przeciwko „prywatyzacji szpitala”.