Ząbki – podwarszawski Tallin

Ząbki – podwarszawski Tallin

Mieszkańcy Ząbek mogą za darmo podróżować autobusami.

Bilet normalny na przejazd autobusem komunikacji organizowanej przez miasto Ząbki kosztuje 3 zł. Jednakże osoby zameldowane w Ząbkach są z opłaty zwolnione i mogą podróżować ząbkowskimi autobusami za darmo. Dokumentem uprawniającym do bezpłatnych przejazdów jest karta mieszkańca „Jestem z Ząbek” wydawana w ratuszu. Karta przysługuje też osobom, które przy rozliczeniu podatku dochodowego jako miejsce zamieszkania wskazały Ząbki.

W Ząbkach obowiązują podobne zasady jak w Tallinie. Od początku 2013 r. mieszkańcy stolicy Estonii – po wykupieniu za 2 euro specjalnej karty – mogą bezpłatnie korzystać z transportu publicznego.

W Ząbkach na transport autobusowy organizowany przez samorząd składają się dwie linie. Całotygodniowa linia 1 kursuje między Centrum handlowym M1, Drewnicą, stacją kolejową Ząbki (gdzie część kursów skomunikowana jest z pociągami Kolei Mazowieckich) oraz południową częścią miasta. Kursująca w dni robocze linia 2 łączy Ząbki ze stacją kolejową w warszawskiej dzielnicy Rembertów, gdzie autobusy są skomunikowane z pociągami. Przewoźnikiem na linii 1 jest PKS Grodzisk Mazowiecki, a na linii 2 PKS Mińsk Mazowiecki.

Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „Z Biegiem Szyn”, nr 64, marzec-kwiecień 2013; http://www.zbs.net.pl

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Przemysł wysokich lotów

Przemysł wysokich lotów

Zdaniem uczestników konferencji na temat krajowego przemysłu lotniczego, ten sektor naszej gospodarki ma potencjał, by stać się polską specjalnością w Europie. Na razie wykorzystujemy jedną piątą swoich możliwości w tym zakresie.

Jak informuje portal wnp.pl, konferencja została zorganizowana w Warszawie przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych. W latach 2007-2012 przy jej pomocy sfinalizowano 8 inwestycji zagranicznych z sektora lotniczego o łącznej wartości 187 mln euro. Dzięki nim powstało 1268 nowych miejsc pracy – powiedział Adam Małecki, wicedyrektor Departamentu Inwestycji Zagranicznych PAIiIZ.

Inwestycje w sektorze lotniczym na świecie stanowią ok. 1 proc. wszystkich inwestycji. Polska zalicza się pod tym względem do czołówki. Według FDI Intelligence, w 2011 r. nasz kraj był szóstą najlepszą lokalizacją dla inwestycji lotniczych w Europie. A może być jeszcze lepiej. – „Polska zaledwie w 20 proc. wykorzystuje potencjał lotniczy, tj. dobrze rozwinięty rynek poddostawców, ale przede wszystkim istniejącą kadrę inżynierów i licznych absolwentów uczelni, nastawionych na kształcenie specjalistów” – stwierdził Nicola Bianco, dyrektor zarządu PZL Świdnik, spółki z włoskiej grupy AgustaWestland. Z kolei Ivan Valcuende, członek zarządu EADS PZL Warszawa-Okęcie, stwierdził, że cała Polska, nie tylko jedna czy dwie Doliny Lotnicze, ma szansę stać się liderem w sektorze lotniczym w Europie.

Z debaty wynikało, że warunkiem dalszego rozwoju przemysłu lotniczego jest nie tylko ugruntowanie przewagi nad innymi rynkami wschodzącymi, lecz także rozwój potencjału badawczo-rozwojowego oraz oferowanie własnych projektów i rozwiązań. – „Musimy rozwijać innowacyjność i inwencyjność polskich pracowników” – stwierdził Wojciech Łuczak, wiceprezes zarządu Agencji Lotniczej „Altair”. O możliwościach naszych inżynierów świadczy chociażby ich spory wkład w powstanie wchodzących wkrótce do produkcji w PZL Świdnik trzech nowych typów helikopterów.

– „Usługi B+R [prace badawczo-rozwojowe] w lotnictwie rozwijają się w Polsce także dlatego, że usługi inżynieryjne są tańsze niż na Zachodzie. Ale według indeksu »B« OECD, żeby zainwestować w Polsce w B+R, trzeba dołożyć 2 centy, tymczasem inwestorzy w Czechach mogą liczyć na zwrot wtedy 27 centów, a we Francji 45 centów” – podkreślił Michał Turczyk, starszy menedżer Aerospace & Defence Desk w Deloitte Polska. Według niego oraz m.in. Pawła Poncyljusza, członka zarządu Avio Polska, to od odpowiedniej polityki rządu zależy zarówno dalszy los przemysłu lotniczego, jak i utrwalenie istniejących obecnie 25 tys. miejsc pracy w tym sektorze.

I tylko strasznie szkoda, że choć miejsca pracy i myśl techniczna są rodzime, działające w kraju firmy lotnicze w większości należą do zagranicznego kapitału…

Będzie lepiej, ale tylko na papierze

Będzie lepiej, ale tylko na papierze

Jeśli rządowy projekt nowelizacji ustawy zatrudnieniowej wejdzie w życie, urzędy pracy będą mogły wykreślić bezrobotnego z ewidencji od razu na 9 miesięcy.

Skutkiem planowanej reformy pośrednictwa pracy będzie zafałszowanie obrazu bezrobocia – ostrzega „Dziennik Gazeta Prawna”. Zmiany spowodują, że bezrobotni, którzy odmówią współpracy z urzędem na jego warunkach, zostaną wykreśleni z rejestru aż na 270 dni, a nie, jak obecnie, na 120 dni. Wydłużenie tego okresu spowoduje, że oficjalne statystyki się poprawią. – „Rzeczywiste bezrobocie będzie prezentowane już tylko przez GUS w ramach Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności. Ostatnie dane z tego badania z IV kw. 2012 r. wskazują, że oficjalną liczbę bezrobotnych należałoby zwiększyć o ponad 450 tys. osób nierejestrowanych. A będzie jeszcze gorzej” – tłumaczy Bogdan Grzybowski z Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. Wskazuje również, że przez to nowe rozwiązanie wiele osób nie będzie mogło liczyć na pomoc państwa. A już teraz zasiłku dla bezrobotnych nie otrzymuje prawie 85 proc. zarejestrowanych w pośredniakach.

Na 9 miesięcy z ewidencji wypadną osoby długotrwale bezrobotne, którymi zajmowanie się jest dla „pośredniaków” najtrudniejsze. Dzięki temu odnotowana zostanie także wyższa skuteczność aktywizacji. A od niej zależy wysokość wynagrodzeń urzędników – 7 proc. środków z Funduszu Pracy przeznacza się na nagrody dla nich i, zgodnie z propozycjami zawartymi w projekcie założeń do nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, sytuacja w tym względzie nie ulegnie zmianie. Podczas konsultacji społecznych tego projektu OPZZ przypomniało, że taki sposób pozyskiwania środków na wypłaty miał się zakończyć w 2013 r. – „Ten model finansowania służb zatrudnienia miał obowiązywać przez ograniczony okres trzech lat. Nie mamy nic przeciwko odpowiedniemu wynagradzaniu urzędników, ale nie ze środków Funduszu” – przekonuje Grzybowski. Przypomina, że finansowany przez pracodawców Fundusz Pracy został utworzony w innym celu. – „Ma zabezpieczać byt pracowników, którzy tracą zatrudnienie, a nie dotować nagrody dla kadry urzędniczej” – podkreśla.

Rząd zamierza jednak w dalszym ciągu pieniądze z Funduszu Pracy przekazywać na urzędnicze premie. Większość, bo aż 5 z 7 proc. przeznaczonych na wynagrodzenia, trafi do wszystkich urzędów pracy, bez względu na jakość ich pracy (jako stałe dofinansowanie wynagrodzeń tzw. doradców klienta).

„DGP” przypomina, iż liczba osób bez pracy w Polsce osiągnęła 2 mln 315 tys., a w marcu odnotowano jedynie nieznaczny spadek bezrobocia, z 14,4 do 14,3 proc. Część ekspertów prognozuje, że na koniec 2013 r. nastąpi wzrost bezrobocia do 15 proc.

Bogdan Grzybowski jest „ministrem pracy” w ankiecie „Nowego Obywatela”, którą przeczytać będzie można w numerze 1/2013 (premiera jeszcze w kwietniu).

Zdrowie poza kontrolą

Zdrowie poza kontrolą

Według raportu Najwyższej Izby Kontroli, Narodowy Fundusz Zdrowia zbyt rzadko sprawdza dostępność i jakość świadczeń medycznych. Łamie w ten sposób własne regulacje oraz naraża zdrowie pacjentów.

Kontrolerzy NIK wyliczyli, że Fundusz kontroluje placówki, z którymi zawarł umowy o wykonywanie świadczeń medycznych, średnio co… 12-13 lat. Jednostki podstawowej opieki zdrowotnej, które sprawują kontrolę nad zdrowiem ludności całego kraju (obejmują m.in. lekarzy pierwszego kontaktu, przychodnie, nocną i świąteczną opiekę zdrowotną) mogą spodziewać się kontroli przeciętnie co 24 lata, a przychodnie stomatologiczne raz na 18 lat.

Zarazem wiele dużych jednostek, szczególnie szpitali, sprawdzanych jest po kilka razy w roku. Kontrole te jednak pomijają aspekt jakościowy, koncentrując się na rozliczeniach dużych kwot kontraktów. Ta nierównowaga sprawia, że większość jednostek służby zdrowia jest poza nadzorem NFZ. Zbyt rzadko prowadzone kontrole oznaczają łamanie zasady działania Funduszu, która nakazuje oddziałom nadzorować pod względem jakości i dostępności świadczeń medycznych każdą jednostkę co najmniej raz na pięć lat.

Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest zbyt mała ilość środków finansowych przeznaczanych przez prezesa Funduszu na działalność kontrolną – zaledwie 0,05 proc. wszystkich kosztów ponoszonych przez NFZ. W efekcie brakuje pieniędzy na kontrole oraz zatrudnianie w komórkach kontrolnych wysoko kwalifikowanych kadr. Brak kontrolerów z medycznym wykształceniem uniemożliwia ocenę jakości i prawidłowości świadczeń medycznych.

W odpowiedzi na uwagi NIK prezes NFZ planuje… wykreślenie wymogu kontrolowania każdej jednostki przynajmniej co pięć lat. Według Izby to złe rozwiązanie, i to zarówno ze względu na zdrowie pacjentów, jak i interes budżetu państwa. Świadczą o tym efekty tych nielicznych kontroli, które NFZ udało się przeprowadzić. Wynikające z nich korzyści finansowe były w latach 2010-2011 ponad trzykrotnie wyższe niż koszty przeprowadzenia kontroli. NIK docenia sprawność oddziałów NFZ w egzekwowaniu kar i nienależnie przekazanych kwot.

Izba zwraca ponadto uwagę na nierzetelność Centralnego Wykazu Ubezpieczonych, którym dysponują oddziały NFZ. Dane w nim zawarte są często błędne lub nieaktualne. Nie są więc wiarygodną informacją o statusie osób ubezpieczonych. Nie mogą być także podstawą do sprawnej weryfikacji rozliczeń z jednostkami służby zdrowia. NIK wnioskuje do instytucji przekazujących dane (MSW, ZUS, KRUS) o poprawę sposobu ich gromadzenia i weryfikacji.

Pełny raport przeczytać można tutaj.