Zachować i powiększyć publiczne

Zachować i powiększyć publiczne

Radni krakowskiej dzielnicy Krowodrza chcą, aby każdego roku zabezpieczano 1 procent budżetu miasta na pozyskiwanie gruntów do zasobu gminy.

– „Musimy dbać o tereny zielone, place i otwarte tereny dostępne wszystkim krakowianom, bo inaczej obudzimy się któregoś dnia w mieście, w którym będą tylko budynki” – mówi Gazeta.pl Piotr Klimowicz, przewodniczący dzielnicy Krowodrza. Dlatego dzielnicowi radni podjęli uchwałę o zabezpieczaniu w corocznym budżecie miasta jednego procentu wszystkich wydatków na pozyskiwanie gruntów. – „To oznacza, że chcemy chronić wartościowe miejsca przed zakusami deweloperów i firm” – mówi Klimowicz.

Mowa o atrakcyjnych terenach niezabudowanych, które należą w całości lub w części do prywatnych osób czy instytucji. – „Różnego rodzaju tereny, które dawno powinny być miejskimi, okazują się nagle mieć prywatnych właścicieli, którzy chcą je zabudować. A miasto? Miasto nie może nic zrobić, bo w budżecie trudno nagle znaleźć np. 5 milionów na wykup działek” – mówi Klimowicz. Radni w uzasadnieniu uchwały napisali, że stała kwota jest niezbędna dla uporządkowania własności przestrzeni publicznej, ale i dla tworzenia nowych skwerów czy terenów rekreacyjnych. Przykładowo, radni Krowodrzy od dawna chcą stworzyć przy ul. Królewskiej Rynek Krowoderski, ale nie mogą, bo wciąż nierozwiązane są problemy własnościowe.

Cały pomysł wziął się jednak przede wszystkim z bezsilności samorządowców wobec polityki deweloperów. Najpierw nie udało się ochronić w całości parku Młynówka Królewska, teraz pojawiają się pogłoski o planach zabudowy parku Wincentego a Paulo przy ul. Lea, którego stan prawny wciąż jest nieuregulowany. – „Zrozumieliśmy, że jeśli nie zostanie zabezpieczona stała kwota na wykup takich terenów, to co roku będą wpływać do urzędu miasta wnioski, a wydział skarbu będzie odpowiadał, że pieniędzy w budżecie nie ma, albo będzie to się rozciągało w czasie i deweloperzy zdążą wykupić i postawić bloki. Zabezpieczenie stałej kwoty pozwoli na szybkie reagowanie” – tłumaczy Klimowicz.

Krowodrza mogą liczyć na wsparcie innych dzielnic. Grzegorz Ficowski, radny Grzegórzek, już zapowiedział, że w sierpniu będzie chciał podjąć taką samą uchwałę w swojej dzielnicy, gdyż przeżywa ona podobne problemy. Podaje przykład wschodniej części dworca głównego: PKP zamierza sprzedać dziewięć znajdujących się tam działek. – „Chcielibyśmy uchronić największą działkę graniczącą z tunelem Magda. To obszar porównywalny wielkością do pl. Szczepańskiego, na którym można by stworzyć plac dla mieszkańców” – mówi radny i zapewnia, że będzie namawiał kolejne dzielnice do podjęcia podobnych uchwał.

Uchwała radnych z Krowodrzy trafi teraz w ręce miejskich urzędników i radnych.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Jest co czytać!

Jest co czytać!

Dziś w południe z drukarni trafił do nas letni numer „Nowego Obywatela”. Paczki dla prenumeratorów są już w drodze, a w salonach prasowych pismo pojawi się w najbliższych dniach.

Zachętą do lektury niech będzie fragment wstępniaka, autorstwa Remigiusza Okraski: Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy w dużej mierze refleksjom o tym, co i jak robić. Są w nim teksty o tym, że „małe jest piękne”, oraz wskazujące, iż „małe jest słabe”. Obszernie przedstawiamy nordycki model prospołeczny, bazujący na silnej roli państwa i instytucji publicznych. Pokazujemy też jednak, że w państwie słabym i liberalnym, czyli m.in. w Polsce, niekiedy lepiej sprawdzają się inicjatywy samorządowe, pozarządowe, charytatywne, a nawet funkcjonujące w swoistej szarej strefie, jak alternatywne systemy ekonomiczne. Na przykładzie Szkocji i Quebecu wskazujemy, że decentralizacja może służyć wartościom egalitarnym. Natomiast analiza rządów brytyjskich liberałów świadczy, iż za hasłami „lokalizmu” skrywa się kolejna ofensywa urynkowienia oraz wycofanie państwa z odpowiedzialności za godne życie obywateli. W artykule o studenckich protestach w Kanadzie mowa jest o wartościach demokracji bezpośredniej i „płynnej”. Z kolei tekst o mediach społecznościowych pokazuje słabości inicjatyw pozbawionych jasnej struktury i hierarchii decyzyjnej.

Wspomniany edytorial, spis treści oraz artykuły dostępne za darmo w Internecie znaleźć można tutaj (wersja HTML) oraz tutaj (wersja PDF).

Wszystkich, którzy nie mają jeszcze wykupionej prenumeraty – która jest najkorzystniejszym dla Czytelników oraz wydawcy sposobem nabywania naszego pisma – zachęcamy do jej zamówienia począwszy od najnowszego numeru, tj. 9 (60). Pismo można ponadto nabyć w naszym sklepie internetowym, w e-prenumeracie (istnieje ponadto możliwość nabycia pojedynczej e-wersji) oraz w salonach sieci Empik i RUCH.

Z budżetu w błoto

Z budżetu w błoto

Przed Euro 2012 Polskę ogarnęła gorączka remontów dworców. Pośpiech i bezmyślność sprawiły jednak, że duża część pieniędzy została zmarnowana.

NaTemat.pl pisze, że ponad rok po ukończeniu remontu  Wrocław Główny, dawniej tętniący życiem, świeci pustkami i przynosi rocznie ponad 1,25 mln zł straty. Jak wykazał reporter „Wiadomości” TVP Kamil Dziubka, tylko część jego powierzchni komercyjnych została zagospodarowana: ze względu na poziom cen i błędy popełnione na etapie modernizacji budynku, brakuje po prostu chętnych do prowadzenia dworcowych kawiarni, kiosków czy barów. – „Prawie identyczne problemy są na dworcu w Gdyni. I efekt jest ten sam – wiele lokali stoi pustych, a pasażerowie narzekają” – dodaje.

– „Przeprowadzona kontrola wewnętrzna ujawniła, że przed rokiem 2012 modernizacja dworców nie zawsze przebiegała właściwie. Wiele rzeczy można było zrobić lepiej, ale niestety często brakowało odpowiednich kompetencji: co prawda były pieniądze na remonty, ale nie było pomysłu, jak dobrze je wydać. Chodziło m.in. o właściwe planowanie wydatków inwestycyjnych” – przyznaje Mirosław Kuk z PKP. Dobitniej komentuje sprawę Karol Trammer, redaktor naczelny branżowego dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” i stały współpracownik „Nowego Obywatela”. – „Mechanizm działania był prosty: »są duże i łatwe pieniądze z budżetu, to remontujmy«. Nikt nie zastanawiał się za bardzo, co mają nam dać te dworce, jak mają się utrzymać i jak przyciągnąć kogoś więcej, niż tylko pasażerów” – mówi. Jego zdaniem wydanie pieniędzy – a łącznie na modernizacje poszło już ok. 1 mld zł – było celem samym w sobie.

W efekcie na 12 największych, wyremontowanych dworcach kolejowych użytkowników znalazło dotychczas zaledwie 55 proc. powierzchni handlowej. Co więcej, nawet wyremontowane dworce często nie są np. przystosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami; problemem są m.in. zbyt wąskie przejścia i za dużo schodów. Na warszawskim Centralnym liczne ruchome schody od kilku miesięcy są… nieruchome, a hala poczekalni nie jest wystarczająco ocieplona, więc potencjalni najemcy nie chcą otwierać tam swoich punktów. Na dworcach jest nieraz za mało gniazdek elektrycznych, nie przewidziano miejsca na instalację wentylacyjną lub odpowiedniej mocy linii zasilających w prąd itd.

Mirosław Kuk przekonuje, że spółka ma świadomość skali problemu i robi wiele, by wyciągnąć z niego wnioski, m.in. przeorganizowała sposób prowadzenia inwestycji i zarządzania nieruchomościami. Podkreśla, że od 1 stycznia 2013 r. w PKP działa specjalny pion zajmujący się nieruchomościami, w ramach którego departament inwestycji współpracuje blisko z departamentem komercjalizacji. – „Tak jest np. w przypadku Krakowa, gdzie modernizując dworzec bierze się pod uwagę wymagania najemców dotyczące np. mediów czy powierzchni” – przekonuje. Innym z podjętych przez spółkę działań było powołanie od początku roku w całej Polsce kilkunastu menedżerów dworców.

Trammer pozostaje sceptyczny. – „Weźmy owych menedżerów dworców. Przecież ci ludzie nie są cudotwórcami. Z bagażem popełnionych już wcześniej zaniedbań nawet najzdolniejsi z nich nie będą w stanie wiele zrobić. Polska kolej wymaga zmian na poziomie systemowym” – podsumowuje.

Lokatorskie piekło

Lokatorskie piekło

Tylko w 14 największych miastach do wykonania jest ponad 20 tys. orzeczonych przez sąd eksmisji zadłużonych lokatorów. Część z nich może trafić na bruk.

„Metro” podaje, że w Łodzi komornik zapuka do prawie 6 tys. mieszkań, w 400-tysięcznym Szczecinie do wykonania są 3754 eksmisje, w Warszawie – o tysiąc mniej. Ich liczba znacząco wzrośnie w miastach, które do tej pory oszczędzały lokatorów, np. w Poznaniu, gdzie w ciągu pięciu ostatnich lat było tylko 161 eksmisji.

W centrach dużych miast atrakcyjne budynki opróżniają właściciele kamienic, ale postrachem lokatorów są też spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe, Wojskowa Agencja Mieszkaniowa, a także samorządy – jak w Gdańsku, który żąda wyrzucenia 1,5 tys. lokatorów, czy Warszawie (1885; dla porównania kamienicznicy – 352, a spółdzielnie – 511).

Przyczyną eksmisji są zwykle długi, na które składają się niezapłacone czynsze, odsetki oraz kary. – „W Warszawie wielu osób nie stać na opłaty, bo podwyżki robią nie tylko kamienicznicy, ale też miasto [w 2009 r. podwyżka wyniosła 200 proc.]. Lokatorzy komunalni to raczej ubożsi i starsi ludzie. Nie mają pracy, bo pozamykali w Warszawie fabryki, a praca jest tylko dla młodych i wykształconych” – mówi Marek Jasiński z Komitetu Obrony Lokatorów.

To, że takie osoby będą masowo tracić dach nad głową, wynika także z ubiegłorocznej nowelizacji prawa. Teraz nawet w okresie ochronnym od listopada do końca marca można eksmitować m.in. tych, którzy bezprawnie zajmują mieszkanie. Ponadto sądy coraz częściej nie przyznają prawa do mieszkania socjalnego. Zamiast tego przydzielają na koszt miasta tzw. pomieszczenia tymczasowe: najczęściej wynajęty minimalnie na miesiąc pokój w hotelu robotniczym lub mieszkanie w suterenie. Dzięki temu łatwiej można wyeksmitować lokatora.

Gazeta przypomina, że w Polsce nie ma wyrażonego wprost zakazu eksmisji na bruk, zaś przepisy otwierają do niej furtkę. Większość lokatorów dostaje od sądów prawo do niewielkiego mieszkania socjalnego; to najczęściej mało zarabiający, emeryci, bezrobotni i kobiety w ciąży. Problem w tym, że miasta mają za mało takich lokali, np. w Gdańsku na mieszkanie socjalne czeka ponad 1,1 tys. osób z zasądzoną eksmisją, miasto posiada ich jednak tylko 700 i wszystkie są zajęte. Komornicy czekają więc z eksmisją, a w tym czasie lokator popada w jeszcze większe zadłużenie (kamienicznik może się za to domagać od miasta odszkodowania). – „Ci, którzy mogą pracować i są zdrowi, nie mają szans na socjalne. Jak kogoś nie stać na komercyjny wynajem, to trafia na miesiąc do hotelu, a potem na bruk” – mówi Jasiński. – „Jeśli miasto przez pół roku nie wskaże pomieszczenia tymczasowego, to takie osoby możemy wywieźć do schroniska dla bezdomnych. Czyli faktycznie trafiają na bruk” – przyznaje warszawski komornik Michał Leszczyński.

W Gdańsku prawa do mieszkań socjalnych nie dostało 600 eksmitowanych osób, w Łodzi 1804, w Szczecinie 1272. W Poznaniu tylko w 2012 r. sądy odmówiły go 522 osobom.

Nasz artykuł o zapaści mieszkalnictwa komunalnego i socjalnego, niestety wciąż aktualny, przeczytać można tutaj.