Na Południu kredytom śmierć

Na Południu kredytom śmierć

Viktor Orbán zapowiedział, że w ciągu kilku lat banki działające na Węgrzech nie będą mogły udzielać kredytów hipotecznych w walutach zagranicznych. Chce też ponownie obniżać raty zadłużonych rodaków.

Wyborcza.biz pisze, że kredyty walutowe to jedna z największych bolączek Węgrów i prawdziwy konik ich premiera, który co kilka miesięcy przedstawia nowe pomysły, jak ulżyć ich posiadaczom. – „Ludzie zostali oszukani. Banki wprowadziły ludzi w błąd i zwabiły ich. Dlatego musimy pozbyć się źródła tego problemu” – powiedział niedawno Orbán. Mowa o problemie, który dotyka prawie 1,3 mln węgierskich rodzin, które zaciągnęły kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich. Niestety, w ciągu kilku lat wspomniana waluta podrożała dwukrotnie, a kryzys sprawił, że tracący pracę Węgrzy nie byli w stanie spłacać rat. Z danych rynkowego regulatora Pszaf wynika, że na koniec maja łączna wartość walutowych kredytów hipotecznych wynosiła ponad 18 mld dolarów, a aż 29 proc. tej kwoty stanowiły raty, których nie spłacano ponad 90 dni. W Polsce, która liczy cztery razy więcej mieszkańców, kredytów walutowych jest o połowę mniej.

Orbán zapowiedział ponadto, że rząd ponownie pomoże Węgrom w spłacaniu rat we frankach, jenach i euro. Poprzednia taka pomoc w 2011 r. kosztowała banki ponad miliard dolarów – parlament uchwalił wówczas prawo, które pozwalało każdemu spłacić jednorazowo kredyt walutowy po kursie o jedną trzecią niższą od rynkowego. „A to nie wszystkie wydatki, bo rząd nałożył też na banki tzw. kryzysowy podatek – w sumie od 2010 r. wydały one na rządowe pomysły 3,6 mld euro” – ubolewa liberalny portal. – „Kiedy chcesz przeprowadzić ważne reformy, trzeba działać szybko. Ale tym razem nastawiamy się na spokojne, pokojowe rozmowy. Nie chcemy uszkodzić systemu bankowego, ale pomóc ludziom” – uspokaja szef madziarskiego rządu.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Socjalista o powstaniu

Socjalista o powstaniu

W rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego warto przeciwstawiać się prawicowym, postkomunistycznym oraz lewicowo-liberalnym narracjom na temat tego i innych zrywów narodowowyzwoleńczych.

Z tej okazji przypominamy poruszający tekst wieloletniego działacza polskiej lewicy niepodległościowej i Polskiej Partii Socjalistycznej, Zygmunta Zaremby – jednego z socjalistycznych delegatów do podziemnej Rady Jedności Narodowej oraz uczestnika Powstania. W swoim tekście, przypomnianym przez redaktora naczelnego „Nowego Obywatela” na stronach portalu Lewicowo.pl, akcentuje on głęboko demokratyczny i egalitarny program polityczny Powstania oraz całej Polski Podziemnej, do których tak chętnie odwołują się różne odmiany rodzimej prawicy, przeważnie konserwatywnej społecznie i zakochanej w kapitalizmie. Zygmunt Zaremba był autorem pierwszej w dziejach całościowej relacji z powstania, zatytułowanej „Powstanie Sierpniowe”, która ukazała się w podziemiu w Polsce oraz w wydaniach emigracyjnych. Jej edycja francuskojęzyczna nosiła tytuł „La Commune de Varsovie. Trahie par Staline, massacrée par Hitler”, przez analogię do Komuny Paryskiej.

Organizator Robotniczych Batalionów Obrony Warszawy we wrześniu 1939 r. broni także dziedzictwa Powstania, pisząc m.in., że (…) wyrosła w Polsce nowa legenda bohaterstwa i ofiary. Zrodził się nowy mit, który stał się własnością całej ludzkości, świadcząc historią 63 dni osamotnionej walki, czego dokonać może ukochanie wolności. Jego słowa dedykujemy kilku pokoleniom „politycznych realistów” z okolic Okrągłego Stołu (SLD, „Gazeta Wyborcza”) oraz tzw. radykalnej lewicy, którzy dramat i chwałę miasta, które stanęło do nierównej walki z Niemcami sprowadzają do „bohaterszczyzny” i „zbrodni przeciwko ludności cywilnej”, a wszelkie próby uhonorowania walczących są dla nich „patriotyczną histerią” oraz „typowo polskim kultem klęski”. O tego rodzaju „wychodkowej atmosferze”, wobec której sprzeciwem było Powstanie, pisaliśmy w jedną z poprzednich rocznic.

Wszystkich zainteresowanych działalnością, etosem i myślą polityczną Zygmunta Zaremby informujemy, że tej postaci poświęcimy sporo miejsca w jesiennym „Nowym Obywatelu”.

Nie marnujmy wiedzy i doświadczenia

Nie marnujmy wiedzy i doświadczenia

Związek Nauczycielstwa Polskiego zaapelowało do posłów, by wymogli na rządzie nie tyle program osłonowy dla zwalnianych nauczycieli czy program ich przekwalifikowania, lecz właściwe zagospodarowanie ich potencjału.

Portal Samorządowy pisze, że zdaniem związkowców nauczyciele powinni zostać w szkołach. – „To są przecież osoby z bardzo wysokimi kwalifikacjami i proponowanie im pracy w opiece społecznej czy innych dziedzinach gospodarki jest nieporozumieniem” – uważa wiceprezes ZNP Krzysztof Baszczyński, który zwrócił się ze stosownym apelem do posłów Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży oraz Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej. Jego zdaniem dobre rozwiązania to zmniejszanie liczebności klas oraz zatrudnianie nauczycieli do prowadzenia szkolnych zajęć wyrównawczych i opiekuńczych. Dodaje, że dwa miesiące temu Związek zwrócił się do premiera z wnioskiem o to, by wzorem wielu krajów europejskich finansować z budżetu państwa także nauczyciela, a nie tylko stosować zasadę: pieniądz idzie za uczniem.

Baszczyński dodał, że oficjalną statystykę zwolnień należy uzupełnić m.in. o ponad 2 tys. nauczycieli i wychowawców w pogotowiach opiekuńczych i domach dziecka, którzy od 1 stycznia 2014 r. stracą status nauczyciela, co wynika z ustawy o pieczy zastępczej. – „Natomiast do roku 2015 status nauczyciela stracą pracujący w kolegiach nauczycielskich – dokładnie 797 osób, w tym 611 na pełnym etacie” – wylicza.

Według oficjalnej statystyki resortu edukacji obecnie w szkołach, przedszkolach i placówkach prowadzonych przez samorządy pracuje 567 218 nauczycieli. W ubiegłym roku wypowiedzenia otrzymało 7,3 tys. pedagogów zatrudnionych w placówkach samorządowych, w tym roku przewiduje się skalę ok. 6,8 tys. nauczycieli – informuje wiceminister edukacji Przemysław Krzyżanowski. Dodaje, że nie wszyscy będą bezrobotni: część przejdzie na emeryturę, inni znajdą pracę w szkołach niepublicznych lub wrócą do placówek po zakończeniu naboru uczniów, gdy okaże się, że klas będzie więcej niż pierwotnie zakładano.

Zgodnie z przedstawionymi przez wiceministra danymi, wśród wyznaczonych do zwolnienia: 997 osób to nauczyciele uczący w gimnazjach, w szkołach ponadgimnazjalnych pracę straci 516 nauczycieli, w przedszkolach – 105, w podstawówkach – 1640, w zespołach szkół i placówek oświatowych – 3247, w zakładach kształcenia nauczycieli i kolegiach – 164 osoby, w pozostałych typach placówek – 204. Największa grupa zwalnianych uczy w miastach – liczy ona 5121 zatrudnionych, a na wsi – 1751. – „Nauczyciel to zawód wyjątkowy, dlatego resortowi edukacji zależy na tym, aby skala zwolnień była jak najmniejsza. Pracujemy z ministrem pracy nad programem osłonowym finansowanym z Funduszu Pracy. Chcemy też wykorzystać środki z programu Kapitał Ludzki na aktywizację zawodową” – zapewnia Krzyżanowski.

Z prognoz klubu parlamentarnego PiS wynika, że pracę może w tym roku stracić ok. 10 tys. nauczycieli, a drugie tyle będzie miało zmniejszone etaty. Posłanka Marzena Machałek zgłosiła wniosek, by prezydia obu wspomnianych komisji przygotowały dezyderat, wzywający MEN do działań zapobiegających tak drastycznej skali zwolnień.

Zachować i powiększyć publiczne

Zachować i powiększyć publiczne

Radni krakowskiej dzielnicy Krowodrza chcą, aby każdego roku zabezpieczano 1 procent budżetu miasta na pozyskiwanie gruntów do zasobu gminy.

– „Musimy dbać o tereny zielone, place i otwarte tereny dostępne wszystkim krakowianom, bo inaczej obudzimy się któregoś dnia w mieście, w którym będą tylko budynki” – mówi Gazeta.pl Piotr Klimowicz, przewodniczący dzielnicy Krowodrza. Dlatego dzielnicowi radni podjęli uchwałę o zabezpieczaniu w corocznym budżecie miasta jednego procentu wszystkich wydatków na pozyskiwanie gruntów. – „To oznacza, że chcemy chronić wartościowe miejsca przed zakusami deweloperów i firm” – mówi Klimowicz.

Mowa o atrakcyjnych terenach niezabudowanych, które należą w całości lub w części do prywatnych osób czy instytucji. – „Różnego rodzaju tereny, które dawno powinny być miejskimi, okazują się nagle mieć prywatnych właścicieli, którzy chcą je zabudować. A miasto? Miasto nie może nic zrobić, bo w budżecie trudno nagle znaleźć np. 5 milionów na wykup działek” – mówi Klimowicz. Radni w uzasadnieniu uchwały napisali, że stała kwota jest niezbędna dla uporządkowania własności przestrzeni publicznej, ale i dla tworzenia nowych skwerów czy terenów rekreacyjnych. Przykładowo, radni Krowodrzy od dawna chcą stworzyć przy ul. Królewskiej Rynek Krowoderski, ale nie mogą, bo wciąż nierozwiązane są problemy własnościowe.

Cały pomysł wziął się jednak przede wszystkim z bezsilności samorządowców wobec polityki deweloperów. Najpierw nie udało się ochronić w całości parku Młynówka Królewska, teraz pojawiają się pogłoski o planach zabudowy parku Wincentego a Paulo przy ul. Lea, którego stan prawny wciąż jest nieuregulowany. – „Zrozumieliśmy, że jeśli nie zostanie zabezpieczona stała kwota na wykup takich terenów, to co roku będą wpływać do urzędu miasta wnioski, a wydział skarbu będzie odpowiadał, że pieniędzy w budżecie nie ma, albo będzie to się rozciągało w czasie i deweloperzy zdążą wykupić i postawić bloki. Zabezpieczenie stałej kwoty pozwoli na szybkie reagowanie” – tłumaczy Klimowicz.

Krowodrza mogą liczyć na wsparcie innych dzielnic. Grzegorz Ficowski, radny Grzegórzek, już zapowiedział, że w sierpniu będzie chciał podjąć taką samą uchwałę w swojej dzielnicy, gdyż przeżywa ona podobne problemy. Podaje przykład wschodniej części dworca głównego: PKP zamierza sprzedać dziewięć znajdujących się tam działek. – „Chcielibyśmy uchronić największą działkę graniczącą z tunelem Magda. To obszar porównywalny wielkością do pl. Szczepańskiego, na którym można by stworzyć plac dla mieszkańców” – mówi radny i zapewnia, że będzie namawiał kolejne dzielnice do podjęcia podobnych uchwał.

Uchwała radnych z Krowodrzy trafi teraz w ręce miejskich urzędników i radnych.